Agencja Wywiadu teraz się chwali swoimi osiągnięciami, a przecież zdecydowana część z nich to sukcesy byłych oficerów Departamentu I MSW, którzy tak jak i ja zostali wymazani z historii. Co więcej, ujawniono nasze prawdziwe nazwiska i operacje, w których braliśmy udział. Z Romualdem Skrzypeckim rozmawia Magdalena Rigamonti.
Dziennik Gazeta Prawna
Komu pan ma za złe?
O polityków pani pyta?
Reklama
Tak.
Za ustawę?

Reklama
Tak.
Za 2016 r. to mam generalnie pretensje do obozu rządzącego, do PiS. A w ogóle to wszyscy mamy za złe prof. Andrzejowi Rzeplińskiemu, który w 2009 r., będąc prezesem Trybunału Konstytucyjnego, swoim głosem przeważył, że zgodne z konstytucją jest odebranie nam części praw emerytalnych. Gdyby prof. Rzepliński stanął po stronie siedmiu sędziów, którzy twierdzili, że to niekonstytucyjne, dziś PiS miałby związane ręce. Byłby wyrok TK, że nie można odbierać nam emerytur. Teraz PiS mówi, że to PO zaczęła, ba, uznała, że jest to zgodne z konstytucją.
Panu wtedy nie obniżono emerytury.
DGP
Nie obniżono, bo jako oficer operacyjny byłem w tzw. zbiorze zastrzeżonym. Razem z ponad 400 osobami. Pamiętam, jak jeszcze w 2015 r. jeden z moich kolegów, czynny oficer, twierdził, że jest zapewnienie z najwyższego szczebla, że ten zbiór przez co najmniej 30 lat jest nie do ruszenia. I co? Szefem Agencji Wywiadu został Piotr Krawczyk i okazało się, że wszystko jest do ruszenia. Jego poprzednik, płk Grzegorz Małecki, poleciał ze stanowiska, bo nie chciał się zgodzić na ujawnienie zbioru zastrzeżonego i miał krytyczne uwagi do obcięcia nam emerytur. Przynajmniej taka jest fama. Kiedy go wymieniono w 2016 r., ja i wielu moich kolegów zostaliśmy uznani za bandytów, komuchów służących Moskwie. Choć przez 21 lat od 1990 r. byłem oficerem wywiadu wolnej Polski. Nie, nie siedziałem za biurkiem, byłem oficerem polowym w takich krajach, jak choćby Iran czy Syria. W 2016 r. okazało się, że to nie ma żadnego znaczenia, że prawo działa wstecz i dwa razy można karać za to samo. Wielu moim kolegom obniżono emerytury i w 2009 r., i siedem lat później. Proszę przeczytać tę ustawę z 2016 r. Naprawdę musiał pisać ją ktoś nieznający się kompletnie na prawie. Teraz znowu czekamy na wyrok TK w kwestii konstytucyjności ustawy z 16 grudnia 2016 r. o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu (z pytaniami prawnymi w tej sprawie wystąpił w 2018 r. Sąd Okręgowy w Warszawie, TK ma się nimi zająć 15 lipca – red.).
Pokazał mi pan list, który grupa emerytowanych funkcjonariuszy napisała do Agencji Wywiadu.
To list otwarty. Podpisało go 35 osób, w tym ważni oficerowie Agencji Wywiadu, którzy przez lata narażali życie i zdrowie, służąc wolnej Polsce. Większość to ludzie z cienia. A w zasadzie już wycięci z tego cienia. 29 czerwca świętowano 18. rocznicę powstania Agencji Wywiadu. Firma chlubi się, że to 18 lat służby w cieniu dla Polski. Tylko jakoś nie ma żadnej wzmianki, kto tę Agencję Wywiadu zakładał, kto tam pracował, kto to wszystko robił. Nie ma słowa o nas. Zostaliśmy usunięci. Tak, jakbyśmy tam nigdy nie pracowali, jakby nas tam nigdy nie było. A to my tworzyliśmy Zarząd wywiadu i później Agencję Wywiadu. Większość kadry to byli ludzie, którzy pracowali tam przed 1989 r. Agencja teraz się chwali swoimi osiągnięciami, a przecież zdecydowana część z nich to sukcesy byłych oficerów Departamentu I MSW, którzy tak jak i ja zostali wymazani z historii. Co więcej, ujawniono nasze prawdziwe nazwiska oraz operacje, w których braliśmy udział. Na stronach IPN w zbiorze zastrzeżonym jest ponad 400 nazwisk oficerów i informacji, które powinny być tajne i chronione dla dobra Polski, naszych relacji sojuszniczych i bezpieczeństwa wielu ludzi.
Wchodzę w zbiór zastrzeżony i...
I tam jest moje prawdziwe nazwisko, nazwisko legalizacyjne, dane identyfikujące oraz lata i moje miejsce pracy przed 1990 r.
Romuald Skrzypecki to pana prawdziwe nazwisko.
Tak. A Romuald Ilecki to moje nazwisko legalizacyjne. W IPN wszystko jest napisane. Ktoś, kto mnie znał np. w Iranie, sprawdza, myśli sobie: rany boskie, ten facet był szpiegiem! A ja byłem przez kilka lat chargé d'affaires placówki w Teheranie i miałem kontakty na bardzo wysokim szczeblu z wieloma ludźmi z różnych krajów. I ci wszyscy, którzy mnie znali, spotykali się ze mną, mogą być w tych krajach uznani za szpiegów. A u nich za szpiegowanie nie głaszcze się po główce, tam się nawet nie idzie do więzienia, tylko podcina się im gardło i koniec zabawy. Coś pani przeczytam: „Polska jest państwem prawa, w którym w myśl artykułu 7 ustawy o ochronie informacji niejawnych obowiązuje przepis, że chronione bez względu na upływ czasu są dane mogące doprowadzić do identyfikacji funkcjonariuszy, żołnierzy bądź pracowników służb specjalnych i instytucji uprawnionych do wykonywania na podstawie ustawy czynności operacyjno-rozpoznawczych”. Czyli ustawa jasno mówi, że nie można dożywotnio ujawniać danych takich ludzi jak ja.
Więc w sądzie pan wygra.
Nie słyszy pani, że to absurd? Że to ja muszę udowadniać, iż władza złamała prawo? Do mojego odwołania do sądu dołączył się rzecznik praw obywatelskich, choć ja o to nie prosiłem. Proszę, tu są dokumenty, całe uzasadnienie RPO, w którym wykazuje absurdy tej ustawy. Do sądu odwołało się tylko ponad 20 tys. pokrzywdzonych. Część mówi wprost, że honor im nie pozwala, że nie będą się kopać z koniem, są też tacy, których nie stać na adwokatów.
Pana stać?
Nie mam rodziny, coś odłożyłem. I uznałem, że będę walczył o swoje do końca, łącznie ze Strasburgiem. I wierzę, że państwo zwróci należne mi pieniądze wraz z odsetkami. Znam wielu polityków, rozmawiałem z kilkoma posłami PiS. Nie są to politycy z pierwszego szeregu, ale mówią tak, jak reszta PiS-owców: „Możecie iść do sądu. Wiemy, że i tak to wygracie, wcześniej czy później. Ale to nie my będziemy wam zwracać wasze pieniądze, tylko jakiś inny rząd. A ilu was do tego czasu umrze?”. Niezły cynizm. Poszedłem do sądu i co z tego. Sądy nic w naszych sprawach nie robią, bo czekają na Trybunał Konstytucyjny. Nasi partnerzy z zagranicy nie mogli uwierzyć, że w Polsce tak potraktowano byłych oficerów wywiadu. Byli zszokowani, że nazywa się nas bandytami, ujawnia się nasze nazwiska. Obawiali się, że zostaną ujawnione inne osoby biorące udział we wszystkich operacjach, które robiliśmy wspólnie.
Dlaczego Amerykanie w waszej sprawie nic nie zrobili?
Słyszałem już takie pytania. Chyba nie wierzy pani, że prezydent Trump powie prezydentowi Dudzie: Andrzej, oddaj tym chłopakom pieniądze, bo oni tu dla nas i dla was pracowali. Proszę nie wierzyć w wielką przyjaźń między nimi. Myślę, że kiedy zmieni się prezydent w USA – co nie jest wykluczone, lecz bardzo realne – to nasze relacje mogą ulec przewartościowaniu.
Pan wiele lat udawał dyplomatę.
Nie udawałem. Miałem dwa zawody: oficera wywiadu i dyplomaty. Równocześnie. Praca 24 godziny na dobę, w ciągłym stresie, szczególnie za granicą. I oczywiście są różne zagranice. Można być na placówce w Paryżu czy Londynie, a można w Teheranie czy Bagdadzie i naprawdę narażać życie.
Biegać po dachach pędzących pociągów jak Bond?
Nie, nie biegałem. My w wywiadzie nie jesteśmy Bondami. Jesteśmy intelligence. Poza tym, jak się wyjmuje pistolet w wywiadzie, to znaczy, że trzeba kończyć robotę, bo to już nie jest wywiad. Z mojej pracy oficjalnej, ambasadzkiej też mnie nikt nie zwalniał. W Iranie pracowałem przez wiele lat, ponad przyjęte standardy. Nie mam medali za siedzenie za biurkiem.
Pan jest w jakiś sposób formalnie chroniony?
Widzi tu pani jakąś ochronę? Siedzę na Mazurach, rozmawiam z panią. Nic, żadnej formalnej ani nieformalnej ochrony. A powinny być chronione moje dane. I te prawdziwe, i te legalizacyjne.
Ilecki – sam pan sobie wymyślił nazwisko?
Nie, to tak nie działało. Jak się przychodziło do departamentu, to była lista kilkudziesięciu nazwisk. Można sobie było wybrać takie, które pasowało, leżało. I na to nazwisko wyrabiano dokumenty. Wybrałem „Ilecki”, bo dobrze współgrało z imieniem.
Imienia pan nie zmienił.
Nie, nie chciałem. Bałem się, że mi się będzie mylić. Zostałem przy Romualdzie. Tylko datę urodzenia trochę zmodyfikowałem. Odmłodziłem się o rok. To było w 1988 r. Byłem wtedy w Kiejkutach, w Szkole Wywiadu. Jednak promocję miałem już po wyborach 4 czerwca 1989 r. Kiedy trafiłem do Warszawy, do Departamentu I, do wywiadu, nastał tam okres wyczekiwania – ja nazywam to żartobliwie „okresem brydżowym”. Wszyscy czekali, co się wydarzy. Wtedy zaczęli przychodzić pierwsi nasi nowi koledzy, m.in. Bartek Sienkiewicz, Piotr Niemczyk, Wojtek Brochwicz. Pojawił się minister Milczanowski, szefem firmy został minister Kozłowski. Jedni twierdzili, że nas wszystkich wyrzucą, inni – że ci, którzy mają poniżej pięciu lat służby, zostaną. Były różne opcje.
Ale miał pan refleksje, że są dwie Polski, dwa systemy myślenia o patriotyzmie?
Mogą być dwa różne systemy polityczne, ale patriotyzm jest jeden. Wcześniej, od 1984 r., służyłem w kontrwywiadzie, od razu po studiach prawniczych na Uniwersytecie Wrocławskim. Najpierw jednak chciałem być milicjantem.
W tych czasach? Rok po zakończeniu stanu wojennego, po zamordowaniu przez milicjantów Grzegorza Przemyka, kiedy ludzie się buntowali przeciwko władzy, pan chciał być tą władzą?
Chciałem pracować w wydziale kryminalnym. Marzyłem o tym, że będę tropił przemytników dzieł sztuki. To mnie interesowało. Poza tym strasznie nie chciałem iść do wojska, a wtedy przecież po studiach szło się obowiązkowo na rok. Jeszcze w trakcie studiów, na III roku, zgłosiło się do mnie wojsko, konkretnie Prokuratura Wojskowa. Zaproponowali mi, żebym zrobił prokuratorską aplikację wojskową. Wytypowali mnie po prostu. Powiedziałem, że mam inne plany. Rodzice mieli znajomego, który był komendantem milicji w mieście powiatowym. Namówił mnie i po studiach zostałem przyjęty do milicji. Miałem nadzieję, że trafię do kryminalnej. 1 września 1984 r. zgłosiłem się do Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych. Tam, oprócz znajomego komendanta, czekał na mnie dystyngowany pan ubrany po cywilnemu i usłyszałem, że szkoda mnie do milicji, że jest dla mnie inna propozycja, poza tym znam angielski. I co bym powiedział na przejście do kontrwywiadu.
Czyli Służba Bezpieczeństwa.
Mnie się wtedy Służba Bezpieczeństwa w ogóle nie kojarzyła z kontrwywiadem, tylko ze strajkami w 1981 r. na uniwersytecie, z tym, że po strajku kazali nam wszystkim pójść po plecaki do komendy wojewódzkiej i nikt nie poszedł. O SB miałem „pojęcie ulotkowe”. Bardziej baliśmy się ZOMO, bo to była rzeczywistość na ulicach Wrocławia. Trafiłem więc do kontrwywiadu – najpierw rok szkoły podyplomowej, oficerskiej w Iwicznej, a potem po dwóch latach przyszła propozycja z Warszawy, by przejść do wywiadu. I zaczęła się nowa Polska. No, ale to już pani opowiadałem. Ludzie, którzy przyszli do wywiadu w 1990 r., mieli do nas dobre podejście. Nie, nie uważali nas za bandytów, komuchów. Zaczęli przeglądać sprawy, którymi się zajmowaliśmy i mogę powiedzieć, że nas zaakceptowali. Zresztą w tej chwili oni są po jasnej stronie mocy. Część z nich też podpisała ten list.
A która to jasna strona?
Nasza. Oni widzieli nasz list. Popierają. Zresztą nasz Departament I, czyli wywiad, w 1990 r. prawie cały został pozytywnie zweryfikowany.
Na czym to weryfikowanie polegało?
Mieliśmy oczywiście legitymacje Służby Bezpieczeństwa, ale Departament I i II to była Służba Wywiadu i Kontrwywiadu. Sprawdzano, czy oficer nie miał żadnych nagan, czy nie popełnił przestępstwa oraz czy „nie pracował na kierunkach zwalczania opozycji”. Poza tym każdego z nas pytano, czy chce przejść do nowych służb z zachowaniem wszystkich uprawnień. Miałem wrażenie, że oczekiwano od nas, iż podejmiemy pracę w nowych służbach. Miałem 29 lat, za sobą pięć lat służby. I nie po to skończyłem szkołę wywiadu w Kiejkutach, żeby odejść. Wiadomo mi również, że kierownictwo nowych służb otrzymywało jasne sygnały od dotychczasowych przeciwników, a obecnych partnerów, iż oni oczekują, że gros wysoko ocenianej przez nich kadry Departamentu I pozostanie w służbie. Proszę sobie wyobrazić, że po puczu Janajewa w Rosji w 1991 r. kierownictwo nowych służb zwróciło się do nas, „starych”, o wytypowanie kolegów, którzy odeszli ze służby pod kątem ich powrotu, bo dramatycznie brakuje kadr. Kilku powróciło, a dzisiaj żałują. Przez 21 lat pracy w wolnej Polsce, zarówno w kraju, jak i poza nim, głównie na Bliskim Wschodzie, dosłużyłem się stopnia podpułkownika. Minister Milczanowski i minister Kozłowski zapewniali, że będziemy mogli bezpiecznie pracować. Państwo polskie się z nami umówiło – moje państwo, Polska się ze mną umówiła w 1990 r. Nikt mi nie powiedział: dziękujemy, radźcie sobie, budujemy te służby od nowa. Zawierzyliśmy państwu. A ono po 26 latach sobie o nas przypomniało, bo trzeba było dać ludziom igrzyska. Po odejściu ze służby w 2011 r. miałem wiele propozycji wypowiedzi czy wywiadów, ale zawsze odmawiałem. W 2016 r. poczułem się jednak zwolniony z obowiązku bycia lojalnym wobec agencji, która przestała być lojalna wobec mnie, moich kolegów oraz wpojonego nam etosu pracy.
A co z lojalnością wobec Polski?
Jestem lojalny wobec państwa, nie ujawnię rzeczy, które robiłem, jak robiłem, gdzie robiłem. Ale lojalność wobec agencji przestała mnie obowiązywać, skoro jej szef nie jest w stanie wydusić z siebie żadnego oficjalnego pisma w naszej sprawie. Niech on chociaż napisze, że to jest uczciwe, iż nam zabrano te pieniądze. Stąd pomysł listu otwartego. Może to da obecnemu kierownictwu impuls, a przynajmniej przypomni mu, że żyjemy i będziemy walczyć. Wcześniej, kiedy PO przygotowała ustawę obniżającą emerytury, wiceminister Zieliński, który jest symbolem ustawy z 2016 r., mówił, że prawa nabyte funkcjonariuszy powinny być szanowane i niepodważalne. I coś się nagle zmieniło. Staliśmy się ubekami. PiS obiecał, że jak obywatele zbiorą 100 tys. podpisów pod jakimś projektem ustawy, to Sejm się nim zajmie. Dwa lata temu zebrano ponad 300 tys. pod obywatelskim projektem zmiany ustawy represyjnej. No i co? Nic, do kosza. Tylko w naród poszła informacja, że bandyci, komuchy, ubecy, mordercy, co to wyrywali ludziom paznokcie domagają się przywrócenia przywilejów. A ja nie życzę sobie, żeby mówiono o mnie „ubek”, bo ja nigdy w UB nie pracowałem. Byłem oficerem kontrwywiadu i wywiadu, do 1989 r. podlegającego pod Służbę Bezpieczeństwa. W 1989 r. miałem za sobą pięć lat pracy, do podstawowej emerytury brakowało mi 10 lat. Emeryturę wypracowałem po 1990 r., nie za PRL-u. Wielu moich kolegów też. Są tacy, którzy pracowali po 25 lat od 1990 r., a też im obcięto emerytury. Gadanie, że Moskwa nam powinna płacić w rublach, to jest upodlenie nas. W Moskwie byłem pierwszy raz w 2009 r., jak leciałem na naradę ambasadorów. Mnie, jeżeli już, to powinni płacić w dolarach, koronach, funtach, szeklach, ale na pewno nie w rublach. Słyszę, że zabrano nam przywileje, które dali nam komuniści. Jakie przywileje? Przecież my wypracowaliśmy emerytury w wolnej Polsce. A przywileje? Służby zawsze je miały. Teraz mają jeszcze większe niż my. O ile to w ogóle były przywileje. Państwo polskie zwyczajnie nie dotrzymało umowy. Tak jak wielu kolegów złożyłem odwołanie do sądu, powołując się na art. 8a dotyczący tych, którzy krótko pracowali za PRL-u i długo za wolnej Polski. A jeśli dodatkowo z narażeniem zdrowia i życia, to minister mógł tę ustawę obniżającą emeryturę zawiesić wobec takiego funkcjonariusza.
I darować mu tę pracę dla PRL?
Tak. I na parę tysięcy ludzi, którzy złożyli odwołanie, powołując się na art. 8a, może kilkanaście zostało pozytywnie rozpatrzonych. Mnie odmówiono. Na ośmiu stronach. Mogę pani pokazać. Jedno zdanie jest takie: „Co prawda po 1990 r. pracował z narażeniem zdrowia i życia, ale...”. Mam dokument jawny z Agencji Wywiadu, który potwierdza moją pracę z narażeniem zdrowia i życia. Więcej, ja wcześniej dostałem dodatek do emerytury za narażanie zdrowia i życia. Zwróciłem się do AW z prośbą o zwolnienie mnie z tajemnicy państwowej, żebym mógł przed sądem wykazać, że się narażałem, opowiedzieć, za co otrzymałem Krzyże Zasługi od prezydenta Kwaśniewskiego i prezydenta Kaczyńskiego, za co od służb partnerskich. Ale tutaj też odmowa. Uzasadnienie medali, nagród, wszystko jest tajne. A przecież można też dostać Krzyż Zasługi za przepracowanie 30 lat w Warszawie za biurkiem. Wie pani, może górnolotnie powiem, ale pracowanie w wywiadzie bez żadnych patriotycznych pobudek naprawdę nie ma sensu. No, nie ma. Ludzie tu szli do pracy, bo lubili to, co robili. I nie czarujmy się, ma się w wywiadzie wiele pokus – inne służby, propozycje współpracy, przejścia na drugą stronę za duże pieniądze. Zna przecież pani przejścia na drugą stronę.
Mówi pan o płk. Kuklińskim?
Też. Dla mnie i dla wielu moich kolegów on nie był patriotą. Może nie od razu zdrajca, ale na pewno człowiek niegodny takiego uwielbienia. On ma być dla nas przykładem? Przecież zdradził. Przysięgał, a potem zdradził kraj, kolegów, zdradził Polskę.
Musi pan to sobie jakoś racjonalizować, prawda?
Żyjemy w kraju, w którym Kukliński to patriota, a Gromosław Czempiński, który przez lata robił ważną robotę, to komunistyczny bandyta. Teraz ma 1,4 tys. zł emerytury na rękę. Czempiński, Jasik, Czerniak, wszyscy moi byli szefowie, patrioci zostali pozbawieni należnych im emerytur.
Kukliński działał na rzecz wolnej Polski.
Nas się oskarża o to, że nie byliśmy patriotami, bo przez kilka lat pracowaliśmy za poprzedniego systemu i nasze informacje mogły być przekazywane do Moskwy, a on jest patriotą, choć jego informacje trafiały do Waszyngtonu. Gorzej będzie, jak się okaże, że przekazywał je na polecenie Moskwy. Przecież nie mamy dostępu do akt Łubianki, nie mamy dostępu do innych akt. Zobaczymy, co się okaże za 50 lat.
Ale pan tak mówi, bo ma jakieś przesłanki, czy tylko tak sobie gada?
Stawiam hipotezę popartą różnymi argumentami. Nam, oficerom operacyjnym, polowym, zleca zadanie państwo, Polska, rząd. Wywiad nie pracuje sam dla siebie. Patriotyzm dla mnie polega na tym, że mówię „won”, kiedy podchodzi do mnie obca służba i chce mnie zwerbować.
Ile razy takie „won” pan powiedział?
Zdarzyło się, że rozmawiałem z oficerami obcych służb.
I?
I pracowałem dla Polski. Obce służby podchodzą do konkretnych ludzi, co do których mają pewność, że jest szansa na rozmowę. Wiedzieli, że mnie nie ma sensu takiej propozycji składać. Gdybym miał coś na koncie, to można by mnie szantażować. A ja byłem czysty.
Ile pan ma teraz emerytury?
Ja mam generalską, czyli 1914 zł na rękę.
A przed 2016 r.?
Około 6 tys. Krążą legendy o 15, 20 tys. zł. Może takie emerytury mają ci szefowie, którzy przyszli do wywiadu po 1990 r. Nie my. W jakiejś debacie słyszałem, że przywrócenie naszych emerytur to są 4 mld zł, a oszczędności z ich zabrania pozwoliły na sfinansowanie wielu prospołecznych inicjatyw tego rządu. Jak to ludzie słyszą, do tego ten koronawirus... I teraz tym wstrętnym ubekom, którzy brali po 15 tys. zł emerytury, trzeba oddać 4 mld zł... Przecież to jest woda na młyn propagandy. A prawda jest taka, że policzono nam po 0 proc. za każdy rok służby przed 1990 r. Nie wiem, czy pani wie, że więzień skazany za morderstwo za każdy rok odsiadki dostaje 0,4 proc. Tylko że więźniowi udowodniono morderstwo, a nam nic nie udowodniono. Jeśli byłem bandytą, trzeba było postawić mnie przed sądem, a ja bym czekał na akt oskarżenia. Nie miałbym żadnych pretensji. Na razie mam poczucie wielkiej niesprawiedliwości. Tak się nie dziękuje za dekady pracy dla Polski. Słyszę, że i tak mamy dobrze, bo emerytury mogli nam obciąć do zera. Łaskawcy, że tego nie zrobili. Europoseł Tarczyński mówił, że powinno się nam zabrać wszystko, żebyśmy beton gryźli. Mieszkania, całe majątki. Prezydent Duda mówi, że tylko my jesteśmy tymi złymi. Ci, którzy służyli w ZOMO, w wojsku, w WSI już nie.
WSI nie ucierpiało.
Nie ucierpiało. I raczej nie ucierpi. Na pewno nie ucierpi. Być może mają lepsze relacje w PiS, lepsze układy. Być może też mieli lepsze argumenty, które są wciąż niewygodne dla władzy. Co ja pani będę tłumaczył. Może przyszli do któregoś ministra z prostym komunikatem: jak pan nas ruszy, to my wyciągniemy papiery... WSI to wciąż siła. A Agencja Wywiadu? Cóż, mam kilku przyjaciół, którzy przyszli do firmy po 1990 r. Szkoliłem ich, pracowałem z nimi w Polsce i zagranicą. Odeszli z pracy sami z siebie lub zostali do tego zmuszeni. Pamiętają trochę inny wywiad niż ten, który jest dziś. W mojej i moich kolegów ocenie to, co się dziś dzieje w służbach, tylko w niewielkim stopniu jest zgodne z założeniami, jakie stały u podstaw powstania UOP i ZW UOP.
Tak pan mówi, bo tam pana nie ma.
Umiem czytać między wierszami, umiem czytać, co się pisze w mediach, mam kontakty z kolegami i sygnały od byłych partnerów z zagranicy o jakości informacji, o jakości współpracy. I słyszę, że tam w środku, na polityczne zlecenie, z ludzi, którzy tyle lat przepracowali dla Polski, próbuje się robić szpiegów i wrogów. Wie pani, umiem opanowywać emocje, ale serce pęka.