W okresie poprzedzającym głosowanie już nie miejsce na podium czy dwucyfrowy wynik, ale uniknięcie kompromitacji wyznaczało horyzont ambicji Lewicy w tych wyborach. Z zaplecza politycznego Roberta Biedronia w ostatnich tygodniach coraz głośniej było słychać obawy, czy lider Wiosny zdoła pobić wynik Magdaleny Ogórek sprzed pięciu lat.
Warto przypomnieć, że kandydatka z wynikiem niespełna 2,4 proc. głosów jest symbolem nie tylko największej dotąd porażki lewicowych formacji w wyborach głowy państwa, lecz także kluczowym elementem sekwencji wydarzeń, które doprowadziły do utraty sejmowej reprezentacji przez Sojusz Lewicy Demokratycznej.
Formacja, która w ubiegłorocznej elekcji wróciła do Sejmu jako „trzecia siła” i miała rywalizować z Koalicją Obywatelską o pozycję najważniejszej siły opozycyjnej, stoi w obliczu utraty ostatniego miejsca na podium. Ostatnie sondaże partyjne dawały jej wynik o kilka punktów słabszy niż w wyborach parlamentarnych i ustawiły w jednej lidze z PSL i Konfederacją.
Reklama
Szczególnie niebezpiecznym dla niej scenariuszem będą w związku z tym przedterminowe wybory, które groziłyby usankcjonowaniem nowego układu sił i – w najlepszym przypadku – poważnym uszczupleniem sejmowej reprezentacji.
Dokończona analogia z Ogórek poprowadziłaby nas jednak na manowce. Słabość kandydatury Biedronia – związana m.in. ze zużyciem się tego polityka w kampaniach przed wyborami europejskimi i parlamentarnymi, to – obok wymiany Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na bardziej umiejętnie grającego na progresywnych sentymentach Rafała Trzaskowskiego – gwóźdź do trumny Lewicy. Zasadnicze przyczyny jej słabości są jednak strukturalne.

Reklama
Wybory pokazały, że Lewica w niewielkim stopniu uformowała sobie w ostatnich latach elektorat lojalny i autonomiczny wobec szerszego obozu liberalno-demokratycznego czy antypisowskiego. Wyzwaniem jest też panujący na scenie politycznej bałagan pojęciowy. Jak pokazują od lat m.in. badania elektoratów realizowane przez CBOS, profil światopoglądowy wyborcy lewicowego i liberalnego nadmiernie od siebie nie odbiegają. Dlatego nietrudno przekonać go do głosowania na silniejszego kandydata reprezentującego w tych kwestiach podobną wrażliwość.
Stworzenie poważniejszego przyczółka w elektoracie socjalnym jest dla Lewicy – logicznie rzecz biorąc – jedyną szansą na zbudowanie pewnej autonomii względem obozu liberalno-antypisowskiego i wejścia do gry o wyższą stawkę niż ubiegłoroczne 12,5 proc. Sklejenie ze sobą tych w Polsce zasadniczo odmiennych wrażliwości wymagałoby jednak przejścia po polu minowym. Dokonać tego mógłby tylko sprawny lider cieszący się mocnym wsparciem lojalnej i kompetentnej drużyny. Trudno mieć pretensje do Biedronia, że kimś takim nie jest.
Wbrew wszystkiemu okazuje się tymczasem, że na większą polityczną dojrzałość i wzajemną lojalność, mimo zaszłości, różnic i trudnych charakterów, stać ekipę z drugiego bieguna polityki – Konfederację. Jej kandydat Krzysztof Bosak znalazł sobie czytelne modus operandi. To bardziej on pełni dziś rolę kandydata spoza systemu, którego chciałby grać Szymon Hołownia. Otoczony gronem dziwacznych postaci, które można oskarżyć o wszystko, tylko nie o nudę. Można marudzić o rozdawnictwie, a można też zgłosić poprawkę, „żeby wszyscy byli zdrowi, piękni, bogaci, a pani minister Emilewicz aby miała własny helikopter do rozrzucania pieniędzy nad Polską na każde wezwanie”.
Bosaka z Wołodymyrem Zełenskim łączy nie tylko udział w „Tańcu z gwiazdami”. Konfederata znacznie lepiej radzi sobie w przesiąkniętej popkulturą i Twitterem polityce niż krzykliwy lub płaczący Hołownia, który do końca nie wie, na ile chce być tym mitycznym Zełenskim, a na ile tradycyjnym politykiem-nudziarzem.
Nie porównujemy już nawet w tym kontekście Bosaka do Biedronia, który przemawia tak, jakby ktoś zamontował mu pod koszulą magnetofon Unitra z wystąpieniami, które w odpowiednim momencie są odtwarzane. Wielkim sukcesem Bosaka była ucieczka od wizerunku faszyzującego nacka, pryszczatego młodzieńca w pretensjonalnej brunatnej koszuli. Praca, którą wykonał w tej kampanii, jest początkiem, a nie – jak w przypadku Biedronia – schyłkiem. Każde potknięcie PiS będzie grało na korzyść Konfederacji. Bo to ona będzie przejmowała prawicowy hardcore z tego ugrupowania.
Po lewej stronie jest zupełnie inaczej. Najpierw każdy chciał uniknąć odpowiedzialności za start w wyborach prezydenckich, potem – za słabnącą kampanię Biedronia. Teraz pewnie będziemy świadkami ucieczki od odpowiedzialności za niesatysfakcjonujący wynik. Lewica przypomina dziś skupiony na kanapowych dyskusjach, a nie walce o realną władzę Konwent św. Katarzyny, w którym Biedroń pełni rolę ks. Józefa Maja. I ma szansę skończyć dokładnie tak samo, jak tamta przedziwna platforma z lat 90.