Rok po rozpoczęciu protestów żółte kamizelki zamierzają masowo wyjść na ulice. Demonstrantów zjednoczyć może nowy cel: zatrzymanie reformy emerytalnej.
Reklama
Ruch sprzeciwu wobec polityki Emmanuela Macrona obchodzić będzie w ten weekend pierwszą rocznicę. Z tego powodu na terenie całego kraju demonstranci w charakterystycznych żółtych odblaskowych kamizelkach znów przemaszerują przez centra miast oraz utworzą drogowe blokady. Organizatorzy protestów w Paryżu namawiają w mediach społecznościowych, aby zgromadzeni w weekend pozostali na ulicach na kolejne tygodnie.
W ewolucję protestów w kierunku ulicznej rewolty nie wierzy dr Łukasz Jurczyszyn. – Nie wydaje mi się to możliwe. Policja na to nie pozwoli. Jej funkcjonariusze mieli wiele miesięcy, aby nauczyć się izolować poszczególne osoby i małe grupki. Nie pozwolą na wielodniowe koczowanie demonstrantów – przekonuje w rozmowie z DGP ekspert ds. Francji Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Przed rokiem blisko 300 tys. osób zareagowało na spontaniczne odezwy w internecie i wyszło na ulice protestować przeciwko reformom wdrażanym przez obóz prezydenta Macrona. Bezpośrednim powodem były rosnące ceny oleju i benzyny oraz rządowa zapowiedź kolejnej podwyżki podatku od paliw.
Politycy uzasadniali działania potrzebą zapobiegania skutkom zmian klimatycznych i ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Jednak przez mniej zamożnych mieszkańców Francji, w szczególności na prowincji, ruch ten został odebrany jako kolejne sięganie polityków do ich portfeli. – To był ruch niewidzialnych, wszystkich ludzi, którzy tak jak moja matka, od dziesięcioleci chodzą do pracy, ale zarabiają tak mało, że na koniec miesiąca widzą pustą lodówkę – jedna z byłych twarzy ruchu Ingrid Levavasseur opowiada niemieckim dziennikarzom magazynu „Spiegel”. Działaczka zdystansowała się od ruchu po tym, jak na jednej z demonstracji tłum niemal nie zlinczował jej za to, że nie wykluczała dialogu z władzą. Po roku działalności ruch dalej nie ma oficjalnych struktur i wyrazistych liderów.
Działalność kamizelek poza stolicą najczęściej sprowadzała się do pokojowych blokad na drogach. Ale w centrum Paryża z czasem zaczęło dochodzić do coraz ostrzejszych starć z policją, demolowania kawiarni i plądrowania sklepów. Wraz z upływem kolejnych miesięcy liczba protestujących zaczęła maleć. – Ruch został w dużej mierze spacyfikowany przez obóz rządzący wydatkami socjalnymi, które Macron zadekretował bezpośrednio po najbardziej burzliwych miesiącach. I widać, że to zadziałało, bo większa część protestujących postanowiła wrócić do domów. Na ulicach pozostali radykałowie – tłumaczy dr Jurczyszyn. Macron zapowiedział m.in. zwiększenie płacy minimalnej oraz zwolnienie nadgodzin z opodatkowania.
Powodem, który wyprowadzi ludzi na ulicę, może być planowana przez francuskiego prezydenta reforma zbyt kosztownego dla państwa systemu emerytalnego. Związki zawodowe już zapowiadają, że ze względu na rządowe plany, 5 grudnia zablokują transport w całym kraju. Doktor Jurczyszyn wskazuje, że Macron wyciągnął lekcję z protestów. – Dlatego teraz, gdy pojawia się nowe potencjalne zarzewie protestów, czyli reforma emerytalna, to jej wprowadzenie poprzedza wiele konsultacji, w których on sam bierze udział – mówi.
Uchwalenie nowych zasad przewidywane jest na przyszły rok, a wejście reformy w życie na rok 2022. – Nowe przepisy doprowadzą do zmniejszenia emerytur i uderzają w przywileje wielu branż. To doprowadzi do zmniejszenia stabilności życiowej emerytów. Z drugiej strony Macron argumentuje, że po to został wybrany, aby reformować kraj – tłumaczy ekspert PISM.
– Reforma emerytalna będzie takim polem bitewnym, na którym cała opozycja od Marine Le Pen po Jean-Luca Mélenchona (szef skrajnie lewicowej partii Francja Niepokorna – red.), a do tego protestujący na ulicach, będą wykorzystywać tę jedyną dużą reformę, którą Macron zamierza w najbliższym czasie wprowadzać. To będzie laboratorium potencjału opozycyjnego wobec Macrona – dodaje dr Jurczyszyn.
Nowa fala protestów nakłada się na utrzymujący się negatywny trend sondażowy gospodarza Pałacu Elizejskiego. Z najnowszych pomiarów wynika, że tylko 37 proc. Francuzów jest zadowolonych z działań głowy państwa. To i tak znacznie lepszy wynik niż w epicentrum protestów żółtych kamizelek. Wskazuje on jednak, że brylujący na arenie międzynarodowej francuski prezydent ma problem z przekonaniem do siebie swoich rodaków. – Udało się zneutralizować potencjał polityczny żółtych kamizelek. Ale potencjał stałego sprzeciwu wobec Macrona cały czas istnieje – uważa dr Jurczyszyn.