Reklama

Parę godzi przed szczytem brexitowym w Brukseli przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker napisał na Twitterze, że jest porozumienie w sprawie brexitu. Nowa umowa wyjściowa już gotowa i czeka na akceptację przez przedstawicieli wszystkich państw członkowskich.

UE-27 zgodziło się na propozycje Borisa Johnsona. Euforii nie było końca. Brytyjski premier odebrał to jako sukces osobisty, a Donald Tusk i Jean-Claude Juncker powiedzieli, że jest to światełko w tunelu, że jesteśmy coraz bliżej uporządkowanego wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej.

Czy faktycznie propozycje Johnsona można nazwać „uporządkowanym wyjściem”? I tutaj pojawiają się kontrowersje.

Reklama

Alternatywa dla backstopu, czyli granica na Morzu Irlandzkim

Brytyjski premier nie wymyślił nic nowego w sprawie węzła gordyjskiego, którym jest brexit. Wrócił on do pomysłu, który został odrzucony przez jego poprzedniczkę – Theresę May. Była premier powiedziała, że w życiu nie zgodziłaby się podzielić kraj w taki sposób, w jaki Johnson chce to zrobić teraz.

Otóż, brytyjski premier uznał, że aby rozwiązać kwestę backstopu, granicę należy postawić na Morzu Irlandzkim. „A co w tym takiego? Przecież to jest granica na wodzie, będzie niezauważalna” – śmieją się brytyjscy komentatorzy, krytykując umowę wynegocjowaną przez Johnsona. I byłoby to śmieszne, gdyby nie było takie smutne.

Z treści umowy wynika, że po okresie przejściowym, który ma trwać do końca 2020 roku ( i może być przedłużony o kolejny rok czy dwa lata) na Morzu Irlandzkim powstanie granica, która miałaby oddzielać Wielką Brytanię od Republiki Irlandii i reszty Unii Europejskiej.

Irlandia Północna uzyskałaby tzw. status specjalny. Byłaby ona jednocześnie w jednolitym rynku unijnym oraz w systemie celnym Wielkiej Brytanii. „Czy te pojęcia nie wykluczają się?” – kontynuują brytyjscy eksperci, próbując zrozumieć jak tak skomplikowany mechanizm miałby działać w praktyce.

Z kolei dla Johnsona to jest prosta arytmetyka. Po wygaśnięciu okresu przejściowego Irlandia Północna pozostaje częścią obszaru celnego Zjednoczonego Królestwa. W praktyce oznacza to dwie rzeczy. Po pierwsze, prowincja zostanie uwzględniona w ramach przyszłych umów handlowych, które Wielka Brytania będzie zawierać z państwami trzecimi. Po drugie, jeżeli Wielka Brytania będzie chciała wysłać towar tylko do Irlandii Północnej, cła nie będzie.

Ale nie zapominajmy, Irlandia Północna jednocześnie pozostaje w unii celnej z UE. To z kolei oznacza, że jeżeli Wielka Brytania najpierw wysyła towar do Irlandii Północnej, a później ten sam towar wchodzi na rynek unijny, cła już będą obowiązywać.

Nowe porozumienie Borisa Johnsona z zasady nie może być dobrym rozwiązaniem, bowiem przepisy umowy – nie wprost oczywiście – ale mówią o tym, że Irlandia Północna będzie stanowić oddzielne terytorium celne od pozostałej części Zjednoczonego Królestwa.

Ponadto, ta alternatywna formuła Johnsona jest sprzeczna z brytyjską ustawą o opodatkowaniu i handlu transgranicznym. Zgodnie z przepisami ustawy Irlandia Północna musi podlegać takim samym przepisom celnym, jak pozostałe części Zjednoczonego Królestwa, bowiem w przeciwnym wypadku narusza to integralność terytorialną państwa. I tutaj mamy kolizję prawną, ponieważ według nowego porozumienia prowincja z jednej strony podlega brytyjskim przepisom, z drugiej zaś respektuje regulacje unijne.

Kluczowe głosowanie w Izbie Gmin

Przedstawiciele Północnoirlandzkiej Demokratycznej Partii Unionistów (DUP) powiedzieli, że na umowę w takim kształcie oni nie zgadzają się i w Izbie Gmin będą głosować przeciwko jej przejęciu. Głos DUP w sprawie umowy rozwodowej jest bardzo ważny, bowiem to właśnie tej części Zjednoczonego Królestwa dotyczy kontrowersyjna alternatywa dla backstopu.

Opozycyjna Partia Pracy też oświadczyła, że nie ma zamiaru głosować za przyjęciem takiego porozumienia. Z kolei Johnson uparcie powtarza, że liczy na sukces i że wygrana będzie po jego stronie. Zapomina tylko, że od momentu objęcia schedy po premier May, obecny szef rządu już zdążył przegrać 8 głosowań w Izbie Gmin.

- To, czy Johnsonowi uda się przekonać brytyjski parlament pozostaje wielką niewiadomą. Według szacunków Financial Times za porozumieniem zagłosowałoby 318 posłów, przeciwko - 321. Wiemy, że przeciwko umowie zagłosuje północnoirlandzkie DUP. Zdaniem jej członków propozycja premiera “przejeżdża końmi i powozem przez uznawane za świętość porozumienie wielkopiątkowe”. Według krążących w Westminsterze plotek, umowę może poprzeć duża grupa posłów Partii Pracy (chodzi o podziały wewnątrzpartyjne – red.). Takie deklaracje - w nieoficjalnych rozmowach - mają zgłaszać laburzyści. Jeżeli jednak porozumienie nie uzyska poparcia większości posłów, najbardziej prawdopodobne jest wystosowanie listu do UE o przedłużenie brexitu oraz przyspieszone wybory w możliwie najszybszym trybie – mówi Jarosław Wiśniewski, ekspert ds. polityki brytyjskiej.

Posłowie zgadzając się na „super Saturday”, czyli posiedzenie nadzwyczajne w Izbie Gmin powiedzieli, że chcą zmian w harmonogramie obrad. Zmiany te są nam znane z poprzednich głosowań w sprawie umowy rozwodowej, czyli z czasów, kiedy premierem Wielkiej Brytanii była Theresa May. Oprócz debaty posłowie będą składać swoje poprawki do nowej umowy wyjściowej oraz będą próbować poddać pod głosowanie inne rozwiązania dotyczące brexitu.

Warto również zaznaczyć, że w brytyjskich mediach coraz częściej pojawiają się zdania na temat tego, że należy przeprowadzić kolejne referendum. Tym razem Brytyjczyków zapytano by czy chcą pozostać w UE, czy opuścić Wspólnotę na zasadach zaproponowanych przez Johnsona. I tutaj trzeba przyznać, że ewentualne kolejne referendum nie pomoże w rozwiązaniu problemu, a tylko pogłębi go.

Boris Johnson obiecuje Brytyjczykom uporządkowany brexit dokładnie tak samo, jak pan Zagłoba szwedzkiej jasności Niderlandy. W każdym razie kluczowa decyzja zapadnie dzisiaj. Obserwując jednak brytyjską scenę polityczną wciągu ostatnich trzech lat, nie warto spodziewać się, że w Londynie dziś wydarzy się cud brexitowy.