Za dwa tygodnie rozpocznie się transport sprzętu i ludzi na misję UNIFIL. Dzieje się to w czasie, w którym Liban i Izrael są na skraju wojny.
W pierwszej kolejności wysłane zostaną elementy przygotowawcze, czyli logistycy i łącznościowcy. Oni ruszą na Bliski Wschód w pierwszej dekadzie października. Ich zadaniem będzie stworzenie zaplecza dla głównych sił. Cięższy sprzęt, m.in. kilkanaście transporterów opancerzonych Rosomak i wozy Humvee, do Libanu zostaną wysłane drogą morską. Ludzie polecą samolotami wojskowymi i liniami komercyjnymi. W sumie w czasie jednej zmiany służyć będzie ok. 250 polskich żołnierzy. Trzon pierwszej stanowią wojskowi z 12 Brygady Zmechanizowanej w Szczecinie. Główną bazą będzie Camp Shamrock, gdzie stacjonują m.in. Irlandczycy. – Naszym głównym zadaniem będzie patrolowanie i obsadzenie posterunków obserwacyjnych. Rotacja będzie następować co sześć miesięcy – tłumaczy ppłk Piotr Walatek, rzecznik prasowy Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych.
Misja UNIFIL (United Nations Interim Force in Lebanon) działa na pograniczu izraelsko-libańskim od 1978 r. Polacy wycofali się z niej 10 lat temu i w ogóle zrezygnowali z udziału w misjach ONZ. Brali za to udział w operacjach sojuszniczych w ramach NATO. Rozmowy o powrocie do działań w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych toczyły się od 2016 r. – wśród potencjalnych miejsc wyjazdu był m.in. Mali i Wzgórza Golan. – Budujemy wizerunek Polski w innym wymiarze niż na misjach bojowych jak w Afganistanie czy Iraku. Zależy nam, by Polska była widoczna w działaniach związanych z utrzymaniem międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa – mówi DGP Dariusz Gwizdała, wiceszef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, które było głównym pomysłodawcą naszego powrotu do operacji ONZ. – UNIFIL należy do jednych z najbezpieczniejszych misji. W ciągu ostatnich 10 lat w wyniku działań bojowych zginął jeden żołnierz, który był ofiarą przypadkowego ostrzału – stwierdza nasz rozmówca. – Co do zasady granica libańsko-izraelska od zakończenia wojny w 2006 r. była dość spokojna. Nie dochodziło do poważniejszych incydentów ani do wymiany ognia. To się zmieniło w ostatnim czasie – poziom napięcia wzrósł po atakach Izraela na cele Hezbollahu w Syrii, które rozpoczęły się w 2013 r. – wyjaśnia Michał Wojnarowicz, analityk programu Bliski Wschód i Afryka w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. – Ale żadnej ze stron nie zależy na wybuchy wojny – dodaje ekspert.
Reklama
Wynika to m.in. z tego, że w Izraelu po niedawnych przyspieszonych wyborach wciąż nie utworzono nowego rządu. Z kolei Hezbollah, wspierana przez Iran organizacja szyicka, tak naprawdę współrządzi Libanem i wojna osłabiłaby rząd, który popiera. Jednak temperatura na granicy izraelsko-libańskiej gwałtownie się podniosła na przełomie sierpnia i września, gdy z obu stron doszło do ataków. Przywódca Hezbollahu, Hassan Nasrallah zapowiedział odwet za zabicie przez siły Izraela dwóch swoich bojowników w Syrii i za atak bezzałogowców w południowym Bejrucie. Te działania były stonowane i obie strony powstrzymały się od dalszej eskalacji.
Misja UNIFIL musi balansować pomiędzy Izraelem, Hezbollahem i rządem Libanu. Ten pierwszy pod koniec roku zniszczył tunele pod granicą, którymi bojownicy mogli się przemieszczać z Libanu. Żołnierze ONZ nie wykryli ich budowy, co spotkało się z krytyką Tel Awiwu. Polski Kontyngent Wojskowy ma być w gotowości operacyjnej w listopadzie.