Kryzys – jak afera związana z byłym już wiceszefem resortu sprawiedliwości Łukaszem Piebiakiem – to też jest test. Sprostanie mu może polityka wzmocnić.
okładka Magazyn 23 sierpnia 2019 / Agencja Gazeta
Jesteśmy świadkami największego być może kryzysu w politycznej karierze Zbigniewa Ziobry. Afera ze zorganizowanym systemem hejtu, którym kierowali ludzie podlegli mu w resorcie sprawiedliwości, może podkopać jego pozycję w Zjednoczonej Prawicy.
Z PiS już dochodzą sygnały, że ministra szeryfa być może trzeba będzie odsunąć na boczny tor lub w ostateczności poświęcić w imię wyższego dobra – wygranej w jesiennych wyborach. I to nawet mimo ryzyka, że taka decyzja może zaowocować wewnętrzną wojną na prawicy.
Reklama

Marginalizacja

Reklama
– Nasi zwolennicy głosują przede wszystkim na PiS. Jeśli na listach zabraknie kogoś spośród naszych koalicjantów, nikt raczej nie będzie po nich płakać – w ten sposób polityk Prawa i Sprawiedliwości z kręgów rządowych podsumowuje sytuację Zbigniewa Ziobry (jego Solidarna Polska i Porozumienie Jarosława Gowina tworzą wraz z PiS rządzącą Zjednoczoną Prawicę).
Nie wiadomo, czy minister sprawiedliwości wiedział o kampanii internetowego hejtu wymierzonej w sędziów, a rozpętanej przez jego podwładnych. Oficjalnie zapewnia, że nie. – Jak tylko się dowiedziałem o możliwym naruszeniu standardów przez sędziów zatrudnionych w Ministerstwie Sprawiedliwości, natychmiast podjąłem decyzję o ich zwolnieniu. Nie będę tolerował tego rodzaju zachowań – zapewnił w środę na antenie TVP Info Ziobro.
Niezależnie od tego, czy wiedział, czy też nie, to na niego spada polityczna odpowiedzialność za kryzys, w jakim znalazł się cały obóz dobrej zmiany tuż przed wyborami. I w związku z tym nawet w szeregach Zjednoczonej Prawicy pojawiają się spekulacje co do dalszej politycznej kariery ministra szeryfa.
– Przede wszystkim musimy wygrać wybory. Nikt nie zamierza „umierać” za Zbyszka – wskazuje mój rozmówca z PiS. – W tym obozie nikt, poza Jarosławem Kaczyńskim, nie jest nie do ruszenia. Jeśli prezes uzyska kompromitujące informacje o Ziobrze, a sytuacja zacznie zagrażać popularności Zjednoczonej Prawicy, raczej się nie zawaha – ocenia też jeden z polityków Porozumienia, koalicjanta PiS.
Podobnego zdania jest część ekspertów. – PiS jest w zupełnie innej sytuacji niż wtedy, gdy Zjednoczona Prawica powstawała i Zbigniew Ziobro wnosił do niej swoje mikroskopijne, ale wówczas ważne aktywa. Dziś PiS ma ogromną siłę, a Ziobro nie jest już niezbędną częścią tej układanki – ocenia dr Adam Gendźwiłł, socjolog i politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem ewentualne zmarginalizowanie Ziobry nie przyniesie PiS większej wyborczej szkody. Chyba że zaowocuje wyniszczającą walką w obozie władzy.
Wtóruje mu prof. Antoni Dudek, politolog UKSW. – Ziobro miał szczęście, bo gdyby afera wybuchła miesiąc temu, gdy kształtowały się listy, mógłby nie dostać jedynki, a jego ludzie zajęliby gorsze miejsca, o ile w ogóle. Mamy jeszcze półtora miesiąca kampanii, jeśli sprawa będzie się rozwijać, być może zaważy na jego dalszych losach politycznych i nie znajdzie się on w przyszłym rządzie – ocenia politolog. Jego zdaniem widać, że od jakiegoś czasu minister sprawiedliwości jest obciążeniem dla Zjednoczonej Prawicy. – A to choćby z powodu nieefektywnie przeprowadzonej reformy wymiaru sprawiedliwości, który działa gorzej niż przed zmianami – podkreśla prof. Dudek.
Nie wszyscy są przekonani co do scenariusza zepchnięcia Ziobry na boczny tor. – W obecnym zestawieniu Zjednoczona Prawica musi po prostu dotrwać do końca kadencji – ocenia Paweł Poncyljusz, były polityk PiS i Polska Jest Najważniejsza, a obecnie jedynka na listach Koalicji Obywatelskiej w Rzeszowie. Tego samego zdania jest wysokiej rangi polityk koalicji rządzącej. – Dymisję wykluczam. Zbigniew Ziobro jest niezwykle wpływowym politykiem, ma w ręku część dyspozycyjnych prokuratorów i sędziów. Do tego chroni go parasol telewizji publicznej (szef TVP Jacek Kurski został wraz ze Zbigniewem Ziobro usunięty z PiS w 2011 r. – obaj byli wtedy europosłami; potem wspólnie utworzyli Solidarną Polskę – red.), środowiska Radia Maryja i wpływy w spółkach Skarbu Państwa. Z tych powodów jest nieodwoływalny – ocenia nasz rozmówca z rządu. Nie znaczy to jednak, że nie dochodzi do prób jego marginalizacji. – Proszę spojrzeć na udział polityków Solidarnej Polski w programach telewizji publicznej w ubiegłym tygodniu i w tym. Od razu widać, że jest dużo mniejszy – przekonuje. – Mimo prezesury Kurskiego? – dopytuję. – Zarząd telewizji jest trzyosobowy – tłumaczy.
– To afera bez precedensu i przejdzie do historii naszej polityki. Być może jest jedną z największych sytuacji kryzysowych w karierze Ziobry. Ale kryzys to też test, sprostanie mu może wzmocnić polityka – ocenia prof. Sławomir Sowiński, politolog z UKSW. Jego zdaniem losy Zbigniewa Ziobry nie są przesądzone. Pod warunkiem że szybko oraz stanowczo zareaguje. – Takie minimum to zwołanie konferencji, tak jak zrobił to Donald Tusk po ujawnieniu afery hazardowej, gdy premier odpowiadał na pytania – mówi Sowiński.

Zemsta

Jeden z naszych rozmówców zbliżonych do PiS uważa, że milczenie Jarosława Kaczyńskiego nie jest przypadkowe. – Sprawa wiceministra Łukasza Piebiaka jest dowodem, że na prezesa i jego popleczników także mogą być zbierane kompromitujące materiały, i to na masową skalę. Długie milczenie prezesa może świadczyć o tym, że sprawdza, co Ziobro ma – przekonuje.
Sceptycznie o „wszechwładzy” Zbigniewa Ziobry wypowiada się prof. Antoni Dudek. – Krążą legendy o jego wiedzy o prezesie Kaczyńskim i jego ludziach. Ale takie informacje miał też mieć szef MON Antoni Macierewicz. Ale gdy się go pozbyto, to okazało się, że takiego arsenału nie ma. I sądzę, że podobnie jest z arsenałem Zbigniewa Ziobry. On jest raczej człowiekiem od brudnej roboty. Ale w tej chwili koszt utrzymywania Ziobry jest chyba zbyt wysoki – ocenia politolog.
Polityk PiS, jeden z ministrów w pierwszym rządzie PiS w latach 2005–2007, również nie wierzy w segregatory z „hakami”, które rzekomo są w dyspozycji ministra Ziobry. – Na pewno będzie się bronić, ale wątpię, by miał zbiór kompromatów. To przypominałoby metody z systemu słusznie minionego. W dodatku taka działalność zostawia po sobie ślady. Nie da się takich rzeczy zbierać po cichu i nie wywołać zawczasu niepokoju – przekonuje.
Inaczej sprawę postrzega opozycja. – Ziobro ma więcej instrumentów niż Macierewicz, który jest mitomanem, w którego opowieści nie wierzyli nawet niektórzy w PiS – przekonuje Jan Grabiec, poseł PO. – Niewątpliwie kolekcjonował przez ostatnie cztery lata różnego rodzaju kwity na osoby także z własnego obozu politycznego. Dlatego stanowi realne zagrożenie. Do tego dochodzi jego permanentny spór z premierem Mateuszem Morawieckim o obsadę spółek Skarbu Państwa. Wcześniej Ziobro ograł premier Beatę Szydło. W związku z tym ma silną pozycję i wielu ludzi uzależnionych od siebie. Obawa przed tym może motywować PiS do osłabiania jego pozycji – dodaje poseł.
Inny polityk z opozycji twierdzi, że w ostatnim czasie relacje Zbigniewa Ziobry i Mariusza Kamińskiego, ministra koordynatora służb, a od niedawna szefa MSWiA, polepszyły się. – A jeśli tak, to powierzenie Kamińskiemu tak rozległych funkcji to po części wzmocnienie Ziobry – stwierdza mój rozmówca. Jego zdaniem m.in. dlatego politykom PiS na rękę jest to, by był zajęty swoimi problemami i „nie jątrzył”. – Słychać głosy, że Ziobro jest zainteresowany niezbyt dużym zwycięstwem PiS, bo wtedy jest wciąż niezbędny w układankach powyborczych. Jeśli wygrana będzie zdecydowana, to Solidarna Polska przestaje być potrzebna PiS do sprawowania władzy – wskazuje polityk.
To, że Zbigniew Ziobro potrafi zaszkodzić własnemu obozowi, jest tajemnicą poliszynela. Do dziś działacze PiS wypominają mu, jak na finiszu ubiegłorocznej kampanii samo rządowej wywołał dyskusję o polexicie, gdy na kilka dni przed wyborami skierował wniosek do TK o uznanie niezgodności z konstytucją jednego z artykułów traktatów UE. Z kolei w 2017 r. w parlamencie krążyła anonimowa notatka wyliczająca grzechy lub kłopotliwe afiliacje ludzi Mateusza Morawieckiego (w sejmowych kuluarach mówiło się wówczas, że notatka jest dziełem ludzi Zbigniewa Ziobry). Do tego dochodzą nieustanne przepychanki o kontrolę nad strategicznymi spółkami między ludźmi Morawieckiego a ziobrystami – zwłaszcza nad PZU.

Nastroje

– Wszystkie ważne decyzje w polityce poprzedzają badania opinii. Kluczowe, co z nich wyjdzie – zaznacza w rozmowie z nami polityk Porozumienia, gdy pytamy o dalsze losy Zbigniewa Ziobry i Zjednoczonej Prawicy.
Choć to, co działo się w Ministerstwie Sprawiedliwości, bulwersuje, to w opinii ekspertów niekoniecznie musi okazać się punktem zwrotnym kampanii. – Dla części elektoratu PiS może to być mało ważna sprawa, część uzna ją za teorię spiskową, która ma osłabić obóz dobrej zmiany – ocenia dr Adam Gendźwiłł. Wskazuje jednak, że są i tacy wyborcy PiS, którzy nie aprobują tak bezwzględnego sposobu zwalczania środowiska sędziowskiego. – Kampania to jednak z reguły walka o centrum pomiędzy dwoma spolaryzowanymi obozami. Pytanie, jak bardzo opozycji uda się ten temat podbić i dotrzeć z przekazem do elektoratu centrowego, pokazać mu, że nie tylko punktujemy obóz rządzący, ale też wskazujemy wiarygodną alternatywę – zaznacza Gendźwiłł.
Marcin Palade, zajmujący się prognozami wyborczymi, zwraca uwagę, że mamy do czynienia z dwoma kłopotliwymi dla PiS zdarzeniami w krótkim odstępie czasu – jeszcze nie wygasły emocje wokół lotów rządowym samo lotem byłego już marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, a opinia publiczna już żyje aferą wiceministra Łukasza Piebiaka. – Czy to podwójne uderzenie może naruszyć obserwowaną od miesięcy stabilizację w notowaniach PiS? Warto przypomnieć sobie sytuację z drugiej kadencji rządów PO – mówi socjolog polityki. – Mimo olbrzymich zawirowań i idących z nimi w parze wahań popularności udawało się formacji Donalda Tuska do wyborów prezydenckich w 2015 r. odrabiać straty. Ale klęska Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich dołożyła się do wcześniejszych grzechów i nastąpiło znaczne osłabienie notowań PO i przegranej z PiS w wyborach parlamentarnych – przypomina.
W związku z tym otwarte pozostaje pytanie, czy swoista „teflonowość” PiS utrzyma się do końca kampanii? – To jest przede wszystkim kwestia nie tyle twardego, ile umiarkowanego elektoratu PiS. Ten pierwszy zdania nie zmieni. Co zrobi ten mniej rewolucyjny? Czy zaciśnie zęby i mimo zastrzeżeń co do stylu rządzenia zagłosuje na PiS? Przekonamy się, śledząc sondaże we wrześniu. Spadek PiS o 2–3 pkt proc. jest do nadrobienia w kampanii i nie spowoduje zapewne nerwowych ruchów na Nowogrodzkiej – przekonuje Marcin Palade. Jego zdaniem dopiero zejście w sondażach do poziomu 40 proc. wśród zdecydowanych wyborców, czyli niżej od obecnych poziomów o 5–6 pkt proc., będzie sygnałem alarmowym i zapowiedzią jeszcze ostrzejszej walki w końcówce kampanii.