Pierwszy raz od 2008 r. został przełamany poziom siedmiu juanów za amerykańskiego dolara. Wczoraj ruch na rynku był bardzo gwałtowny: kurs chińskiej waluty w ciągu jednego dnia spadł o ponad 1,5 proc.
Poziom siedmiu juanów za dolara ma istotne znaczenie polityczne. Wcześniej, w czasie negocjacji handlowych, Amerykanie wskazywali, że władze w Pekinie pod żadnym pozorem nie powinny ani samodzielnie osłabiać swojej waluty, ani pozwalać, aby stało się to samoistnie na wolnym rynku. W związku z tym, że jej notowania od dawna były w okolicach siedmiu juanów za dolara, właśnie ten poziom wszyscy traktowali jak symboliczną granicę, której nie należy przekraczać. W styczniu 2017 r. chińskie władze powstrzymały osłabienie waluty na poziomie 6,99. W listopadzie 2018 r. – na poziomie 6,98. Tym razem kurs został „przepuszczony” wyżej. Chiny nie pozostawiają wątpliwości, że to nie jest przypadek.
Bank centralny w specjalnym komunikacie twierdzi, że osłabienie juana to reakcja na ostatnie wypowiedzi prezydenta USA Donalda Trumpa na temat możliwości wprowadzenia dodatkowych ceł na import towarów o wartości aż 300 mld dol. Dodatkowo pojawił się potęgujący niepewność chaos informacyjny: światowe agencje – powołując się na nieoficjalne źródła – doniosły o tym, że władze w Pekinie nakazały państwowym firmom wstrzymanie importu towarów rolnych ze Stanów Zjednoczonych. Telewizja jednak zapewniła, że Chiny nadal importują i soję, i kukurydzę z USA.
Reklama
Komentarze ze strony analityków rynkowych są jednoznaczne: osłabienie juana może oznaczać dalszą eskalację wojny walutowej, która dla światowej gospodarki jest równie szkodliwa jak nakładanie nowych ceł w ramach wojen handlowych. USA uznają, że Chiny, pozwalając na wyraźne osłabienie waluty, wspierają w ten sposób swoich eksporterów i łagodzą siłę uderzeniową amerykańskich ceł, przez co mogą się one okazać nieskuteczne. Donald Trump niedawno o to samo, czyli o nieuczciwe jego zdaniem wspieranie własnego eksportu kosztem amerykańskich firm, miał pretensję do Europejskiego Banku Centralnego, który skłania się do obniżenia stóp procentowych (obniżenie stóp w teorii powinno osłabiać walutę). Z drugiej strony amerykański Fed taką obniżkę stóp przeprowadził już pod koniec lipca, wygląda więc to tak, jakby i Amerykanie, i strefa euro, i Chiny chciały obronić się przez złymi skutkami wojen handlowych w ten sam sposób, nasilając tym samym specyficzną odmianę tych wojen – wojnę walutową.
Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers, powiedział w swoim komentarzu internetowym, że biorąc pod uwagę coraz gorsze dane ekonomiczne z całego świata, eskalacja konfliktów handlowych akurat w takim momencie może oznaczać, że globalna gospodarka w końcu stoczy się w kierunku recesji. Z kolei zdaniem Konrada Białasa, głównego ekonomisty z Domu Maklerskiego TMS Brokers, ruchy ze strony Pekinu oznaczają, że Chiny nie chcą szybko wrócić do negocjacji z USA i w efekcie amerykańskie cła, którymi straszył Trump, mogą faktycznie zostać nałożone. A bez wizji pojednania na horyzoncie nerwowa sytuacja na rynkach finansowych będzie się utrzymywać.
W poniedziałek na giełdach całego świata taniały akcje, a indeksy największych giełd europejskich i azjatyckich traciły na wartości ponad 2 proc. Giełda w Szanghaju spadła do poziomu najniższego od sześciu miesięcy. Z drugiej strony drożeją obligacje skarbowe postrzegane jako bezpieczna przystań na czas kryzysów. Z tego samego powodu coraz droższy jest także frank szwajcarski.
Ta nerwowość ma wpływ również na polski rynek. Wspomniany frank jest już po 3,97 zł i pierwszy raz od kwietnia 2017 r. jest tak blisko okrągłej bariery 4 zł. Euro na naszym rynku w poniedziałek kosztowało już blisko 4,32 zł – najwięcej od lutego tego roku.