Szefa dyplomacji USA Europa coraz częściej ignoruje, jego misję torpedują konflikty z pracownikami, a prezydent coraz mniej mu ufa.
Reklama
Kłopoty w Departamencie Stanu zaczynają się wraz z zaprzysiężeniem Donalda Trumpa. Prezydent nie kryje się z pogardą dla dyplomatów oraz organizacji międzynarodowych, w których Ameryka dotąd grała główną rolę, głównie ONZ i NATO. Minęły już dwa lata, odkąd Trump zamieszkał w Białym Domu, a w dalszym ciągu nie powołał ambasadorów na placówkach w Arabii Saudyjskiej, Chile, Egipcie, Irlandii, Jordanii, Kambodży, Pakistanie, Iraku, Południowej Afryce i pomniejszych krajach. Nawet negocjacje dotyczące przyjazdu Georgette Mosbacher do Warszawy trwały ponad rok.
Brakuje też połowy wiceministrów. Na wszystkich tych posadach co chwilę zmieniają się „pełniący obowiązki”, na których kandydatury nie musi się zgadzać Senat. Klęską skończyła się także misja jego pierwszego sekretarza stanu Rexa Tillersona, który za namową Condoleezzy Rice został ściągnięty z przemysłu naftowego. Na finiszu współpracy on i Trump publicznie wyzywali się od idiotów i ludzi o niskim ilorazie inteligencji. Dlatego kiedy Mike Pompeo w kwietniu zeszłego roku przechodził z kierowania Centralną Agencją Wywiadowczą do resortu dyplomacji, miał złą sytuację wyjściową.
I chociaż jako jeden z liderów Partii Herbacianej, ultraprawicowych buntowników wewnątrz stronnictwa Republikanów, ma izolacjonistyczne poglądy i w dużym stopniu podziela Trumpowską wizję świata, to trudno mu jest pogodzić zwaśnione żywioły. Osią ostatniego konfliktu było to, że prezydent kazał pracownikom Departamentu Stanu wrócić do pracy, chociaż w związku z „shutdownem”, czyli zamrożeniem budżetu, nie dostają swoich pensji. W tym samym czasie Pompeo dostał 10 tys. dol. podwyżki, bowiem pobory politycznej wierchuszki są dalej wypłacane.
To wpłynęło na morale. – Podwójne standardy rzucają się w oczy. Poza tym jest jeszcze sprawa wykonywanej misji. Tillerson się niczym nie interesował. Pompeo udaje, że się interesuje, ale tak naprawdę nikogo nie słucha – powiedział ostatnio dziennikarce „Vanity Fair” jeden z pracowników resortu. Eksperci i publicyści spodziewają się masowych odejść z Departamentu Stanu. Ludzie, którzy zaczynali swoją karierę jeszcze za prezydentur Jimmy’ego Cartera i Ronalda Reagana, są rozgoryczeni tym, że w ciągu ostatnich dwóch lat roztrwonione zostało to, na co pracowali przez dekady. A sektor prywatny chętnie przyjmie ludzi z takim doświadczeniem i o wiele więcej im zapłaci.
Rezygnacje sięgają też najwyższego szczebla. We wtorek do dymisji podał się zastępca sekretarza stanu ds. europejskich Wess Mitchell z powodów – jak podaje dziennik „Washington Post” – zawodowych i osobistych. Odejście tego powszechnie szanowanego specjalisty do spraw atlantyckich zasmuciło nie tylko etosowych republikanów, ale także dyplomatów związanych z Partią Demokratyczną. Daniel Fried, ambasador USA w Warszawie za drugiej kadencji Billa Clintona, powiedział, że Mitchell był „filarem najbardziej konstruktywnych polityk obecnego rządu”. Trzeba dodać, że jest on architektem niedawnego porozumienia grecko-macedońskiego, a po ochłodzeniu relacji z Rosją pilotował powolne ocieplenie relacji z Białorusią.
Tymczasem na początku lutego mija 60-dniowe ultimatum, które Mike Pompeo dał Moskwie na powrót do realizacji postanowień traktatu o likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu (INF). Jeśli Władimir Putin nie posłucha, czyli nie zamknie programu zakazanych pocisków i nie rozbroi wyposażonych w nie jednostek wojsk rakietowych, Stany Zjednoczone wycofają się z porozumienia zawartego jeszcze w 1987 r. przez Michaiła Gorbaczowa i Ronalda Reagana. Pociski rakietowe średniego zasięgu, czyli zdolne uderzać w cele w odległości od 500 do 5 tys. km, zostały rozmieszczone na początku lat 80. w zachodniej części ZSRR i w zasadzie mogły w mniej niż kwadrans zrzucić głowicę nuklearną na niemal każdy cel w Europie.
Trump, który w czasie kampanii wyborczej mówił, że gdyby on rządził, nie doszłoby do aneksji Krymu, pomachał szabelką przed Putinem, kiedy kazał to ultimatum postawić. Ale paradoksalnie służy to interesom Rosji. Przede wszystkim ucierpi na tym wizerunek USA. Sojusznicy z NATO stanowczo odradzają Waszyngtonowi ten krok i jeśli dojdzie do wypowiedzenia, relacje dyplomatyczne ulegną dalszej erozji. Dlatego też sekretarza Pompeę coraz bardziej męczy jego praca, bo coraz mniej poważnie traktują go partnerzy w europejskich stolicach. A Rosja poczuje się upoważniona do przerzucania kolejnych jednostek do obwodu kaliningradzkiego i nie będzie robić z tego tajemnicy, bo to w końcu Ameryka zrywa porozumienie.
Pompeo, który zanim został szefem CIA, reprezentował Kansas w Izbie Reprezentantów, spotkał się niedawno z Wardem Bakerem, republikańskim strategiem i autorem wielu udanych kampanii wyborczych. Rozmowy dotyczyły ewentualnego startu szefa dyplomacji w wyborach do Senatu z jego rodzinnego stanu w 2020 r. Urzędujący senator Pat Roberts odchodzi na emeryturę, więc gdyby Pompeo zdecydował się na start, jego zwycięstwo byłoby niemal pewne. Tak wpływowy polityk odstraszyłby słabszych republikańskich rywali, a po drugie od 1932 r. żaden demokrata nie wygrał w Kansas i to się pewnie szybko nie zmieni.
Według portalu Politico do startu namawia go szef senackiego klubu rządzącej partii Mitch McConnell. Co więcej, ani on, ani Pompeo nie pozwoliliby sobie na przeciek takiej informacji do mediów, gdyby nie myśleli o tym scenariuszu poważnie. Upublicznienie tego jest też ewidentnym sygnałem dla prezydenta, że jego sekretarz stanu poważnie myśli o odejściu ze stanowiska.