W związku z katastrofą awionetki na Alasce, polskie służby konsularne pozostają w stałym kontakcie z miejscowymi służbami, biurem podróży oraz z rodzinami Polaków, którzy znajdowali się na pokładzie rozbitego samolotu - poinformował w środę PAP resort dyplomacji.
Reklama

W sobotniej katastrofie samolotu wycieczkowego, na pokładzie którego znajdowała się czwórka polskich turystów, zginęły cztery osoby. Ciała piątej osoby nie odnaleziono; jest ona uznawana za zaginioną. Do tej pory nie udało się ustalić, czy osoba ta była pilotem czy jednym z polskich turystów podróżujących awionetką.

Według informacji podanych wcześniej przez lokalne władze, z powodu złych warunków atmosferycznych i niedostępnego górskiego terenu na razie niemożliwe jest prowadzenie czynności na miejscu katastrofy.

Biuro prasowe MSZ, pytane przez PAP o ustalenia dotyczące losów i tożsamości osób poszkodowanych w katastrofie, potwierdziło, że "samolotem podróżowali obywatele polscy". Resort poinformował zarazem, że do tej pory "nie wydobyto i nie zidentyfikowano ciał ofiar katastrofy".

Jak podkreśliło MSZ, sprawa katastrofy "znana jest Konsulatowi Generalnemu RP w Los Angeles, który od momentu uzyskania informacji o wydarzeniu podjął odpowiednie działania konsularne w tej sprawie". Polskie służby konsularne - dodano - pozostają w stałym kontakcie z miejscowymi służbami oraz biurem podróży.

Resort poinformował również, że konsul nawiązał kontakt z rodzinami podróżujących awionetką. "Niemniej, z uwagi na charakter sprawy oraz prawo do poszanowania prywatności rodzin, MSZ nie jest upoważnione do udzielania osobom trzecim szczegółowych informacji związanych z tą sprawą" - zaznaczono w odpowiedzi skierowanej do PAP.

Do sobotniej katastrofy doszło w trudnych warunkach atmosferycznych, przy niskim pułapie chmur i poważnie ograniczonej widoczności, na wysokości ok. 3200 metrów, blisko wierzchołka masywu górskiego zwanego lokalnie Thunder Mountain w odległości ok. 23 km na południowy zachód od góry Denali (do 2015 roku szczyt oficjalnie znany był jako McKinley) - najwyższego szczytu w Ameryce Północnej.

Wiadomo, że pilot samolotu przeżył uderzenie samolotu w zbocze góry, ponieważ dwukrotnie - w chwilę po uderzeniu i godzinę później - kontaktował się on przez telefon satelitarny z wieżą kontrolną lotniska w miasteczku Talkeetna, oddalonym od miejsca tragedii o 22 km.

W poniedziałek ekipom ratunkowym udało się zlokalizować wrak samolotu. Ratownik, który brał udział w akcji powiedział mediom, że przekopał się przez zwały śniegu i zobaczył w kabinie samolotu zwłoki czworga pasażerów. Z powodu trudnych warunków na miejscu katastrofy przebywał jednak "nie dłużej niż pięć minut", co tłumaczy, dlaczego nie udało mu się odnaleźć ciała piątej ofiary. Ratownik był pierwszą i jedyną dotąd osobą, która dotarła na miejsce tragedii. (PAP)