Sędzia Brett Kavanaugh zdobył nominację do Sądu Najwyższego USA nie tylko dzięki orzekaniu zgodnie z konserwatywnym credo, lecz także wieloletnim zasługom na rzecz partyjnego establishmentu.
Ledwie prezydent Donald Trump zdążył ogłosić nazwisko kandydata na następcę odchodzącego na emeryturę sędziego Anthonny’ego Kennedy’go, a liberalny świat już zatrząsł się w posadach. „Głos na sędziego Kavanaugha to głos za tym, aby pięciu mężczyzn zasiadających w Sądzie Najwyższym kryminalizowało aborcję w Ameryce. To głos za powrotem do czasów, kiedy kobiety musiały szukać pomocy medycznej w szarej strefie” – alarmowała senator Patti Murray na forum izby wyższej Kongresu. „Sędzia Brett Kavanaugh uosabia bezpośrednie i fundamentalne niebezpieczeństwo dla gwarancji równości. Jego nominacja powoduje w szczególności egzystencjalne zagrożenie dla opieki zdrowotnej setek milionów Amerykanów” – powiedziała dziennikarzom wpływowa senator z Partii Demokratycznej Kamala Harris. „Ta nominacja może na całe pokolenie przechylić w sądzie szalę w stronę grup interesu oraz odebrać prawa pracownicze i obywatelskie milionom Amerykanom” – napisał w oświadczeniu Chuck Schumer, lider demokratów w Senacie. Słowem: liberałowie za Atlantykiem zareagowali tak, jakby ich najważniejsze zdobycze społeczne i kulturowe ostatnich dziesięcioleci – prawo do aborcji, Obamacare, małżeństwa jednopłciowe i lepsza ochrona konsumentów i środowiska – nagle zawisły na włosku.
W rzeczywistości ten wybuch moralnej paniki nadciągał od dawna, bo odejście centrowego sędziego Kennedy’ego, nierzadko głosującego w sprawach światopoglądowych po myśli lewicy, oznacza zdobycie przez młodszą, konserwatywną frakcję w SN przewagi na lata. Wrzenie wśród demokratyków ma niewiele wspólnego z nazwiskiem prezydenckiego nominta. Było jasne, że Trump postawi na jurystę z listy przygotowanej mu przez The Federalist Society, eliarną organizację prawników o prawicowych poglądach, która w dobie dominacji republikanów w Kongresie i administracji stała się kuźnią kadr dla sądownictwa (prezydent wybierał z 25 zaproponowanych mu osób). Tak naprawdę demokraci mogli trafić dużo gorzej. Kavanaugh na prawicowym spektrum umieszczany jest raczej po stronie pragmatyków bez wyraźnych ciągot ideologicznych i skłonności do absolutyzowania. To jeden z głównych powodów, dla których wśród niektórych wysoko postawionych republikańskich polityków i ich wyborców z najbardziej „czerwonych” stanów zdobywa raczej umiarkowany aplauz.
Reklama

Za ojcami założycielami

Owszem, konserwatywny glejt 53-letniego sędziego nie budzi żadnych wątpliwości. Wiadomo też, że polityczny mainstream preferuje absolwentów prestiżowych uczelni z Ivy League i wychowanków doświadczonych sędziów SN. Kavanaugh spełnia oba te warunki – skończył Yale Law School i uczył się zawodu pod okiem sędziego Kennedy’ego, którego teraz ma zastąpić. Na dodatek w swoim orzecznictwie hołduje filozofii oryginalizmu nakazującej uwzględniać w interpretacji konstytucji intencje ojców założycieli. W ciągu 12-letniej kariery w Sądzie Apelacyjnym dla Dystryktu Kolumbii (uznawanym za trampolinę do SN) dał się poznać jako jako wyraźny oponent poszerzania władzy niezależnych agencji rządowych oraz regulacji administracyjnych w dziedzinie środowiska czy kwestiach konsumenckich. Wielokrotnie stanął za to na straży mocnej pozycji prezydenta.

Reklama
Szczególnie długa jest jego lista zdań odrębnych wyrażających sprzeciw wobec nadmiernych kompetencji Agencji Ochrony Środowiska (EPA). Wąsko interpretując ustawowe uprawnienia urzędu, Kavanaugh kwestionował m.in. swobodę w regulowaniu elektrowni (uważał, że należy przy tym uwzględniać ekonomię, nie tylko wpływ na klimat) czy ustanawiania ograniczeń emisji gazów cieplarnianych. W styczniu naraził się Urzędowi ds. Ochrony Finansowej Konsumentów, stwierdzając (znów w zdaniu odrębnym), że stojący na jego czele dyrektor cieszy się ogromną, dyskrecjonalną władzą, która praktycznie nie podlega kontroli ze strony prezydenta. „Niezależne agencje stwarzają poważne zagrożenie dla indywidualnej wolności oraz konstytucyjnego systemu separacji władz i zasady checks and balances” – napisał.

Prawica daleka od skrajności

Ponieważ waszyngtoński sąd apelacyjny zajmuje się głównie skomplikowanymi sprawami z prawa konstytucyjnego i administracyjnego, zahaczającymi o zakres dozwolonej ingerencji rządu federalnego, wśród sporządzonych przez Kavanaugha prawie 300 uzasadnień i zdań odrębnych niewiele jest wypowiedzi na najbardziej politycznie drażliwe tematy. A jeśli się zdarzały, to nie skręcały one na tyle daleko w prawo, by stać się łatwym celem ataków ze strony demokratów (ani by zdobyć mu poparcie wpływowych przywódców religijnych i aktywistów antyaborcyjnych). Konserwatyści społeczni marzyli o kandydacie, którego poglądy w kwestii prawa do aborcji, reformy opieki zdrowotnej prezydenta Obamy czy imigracji są wyraziste oraz dobrze udokumentowane. Opinie Kavanaugha z grubsza idą po ich myśli, lecz w jego dorobku orzeczniczym pojawiają się niepokojące dla nich prawnicze niuanse. Z drugiej strony, to właśnie czyni sędziego akceptowalnym kandydatem dla republikańskiego mainstreamu. W zeszłym roku sędzia nie zgodził się z wyrokiem pozwalającym ciężarnej nastolatce zatrzymanej przy nielegalnym prekroczeniu granicy na wyjście z izolacji, aby dokonać aborcji. Według Kavanaugha oparto go na błędnym założeniu, że istnieje coś takiego, jak natychmiastowe prawo nielegalnych imigrantek do przerywania ciąży na żądanie. Inaczej niż jego koleżanka, która również zgłosiła zdanie odrębne, nie stwierdził jednak, że dziewczynie w ogóle nie przysługuje prawo do aborcji w USA ze względu na brak dokumentów pobytowych.
Jeszcze ostrożniejsze były opinie wydane przez sędziego na kanwie sporu o Obamacare. W 2011 r. Kavanaugh uchylił się od odpowiedzi na pytanie, czy kara finansowa za niewykupienie ubezpieczenia zdrowotnego jest niekonstytucyjnym podatkiem. Stwierdził, że sąd nie powinien zajmować się tą sprawą z powodów jurysdykcyjnych – reforma opieki zdrowotnej zaczęła w pełni obowiązywać dopiero od 2014 r. Kiedy już weszła w życie, do sądu apelacyjnego w Waszyngtonie trafił z kolei głośny pozew organizacji antyaborcyjnej Priests for Life, która skarżyła rząd za zobowiązanie jej jako pracodawcy do oferowania środków antykoncepcyjnych w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Kandydat do SN (znowu będąc w mniejszości) przekonywał, że taki wymóg nieproporcjonalnie obciąża stowarzyszenia religijne i karze je finansowo za prowadzenie działalności zgodnej z przekonaniami. Jednocześnie jednak zaznaczył, powołując się na orzecznictwo najwyższej instancji, że „rząd ma istotny interes w ułatwieniu kobietom dostępu do antykoncepcji”. Niektorzy krytycy zinterpretowali to zdanie jako jego opinię, inni uznali je po prostu za podsumowanie dotychczasowego stanowiska SN. Watpliwości pozostają.

Zawsze na miejscu

Nie można też wykluczyć, że podczas przesłuchania przed komisją senacką padnie najwięcej pytań nie o dorobek orzeczniczy kandydata, lecz jego wieloletnie związki z republikańskim establishmentem. Niespełna 20 lat temu Kavanaugh odegrał ważną rolę w śledztwie dotyczącym afery rozporkowej, które zakończyło się postawieniem prezydentowi Cintonowi m.in. zarzutów krzywoprzysięstwa i utrudniania działań wymiaru sprawiedliwości. Jako młody prawnik pod okiem niezależnego prokuratora Kennetha Starra przygotował kluczową część raportu zawierającą podstawy prawne do impeachmentu. Kilka lat później wspierał kandydata George’a W. Busha w batalii sądowej o liczenie głosów na Florydzie, a po ostatecznym rozstrzygnięciu wyników wyborów przez SN został radcą Białego Domu. Za swoją karierę w jednej z najbardziej krytykowanych amerykańskich administracji przyszło mu już raz słono zapłacić. W 2003 r., kiedy Bush wręczył mu nominację na sędziego federalnego, demokraci w Senacie przez trzy lata skutecznie blokowali jego kandydaturę, uważając, że nawet jak na ambitnego waszyngtońskiego insidera jest zbyt upartyjniony. „Jeśli w ciągu ostatniej dekady w jakiejś batalii politycznej potrzebowano prawnika, to Brett Kavanaugh prawdopodobnie był na miejscu” – powiedział w 2004 roku kongresmen Chuck Schumer.
Dziś niepokój liberałów budzi też to, jak konserwatywny sędzia zachowa się na wypadek, gdyby trwające śledztwo w sprawie ingerencji Rosjan w amerykańskie wybory przyniosło jakieś dowody obciążające Trumpa. W 2009 r., odwołując się do własnych doświadczeń z zespołu Kennetha Starra i Białego Domu, Kavanaugh napisał na łamach „Minnessota Law Review”, że prezydenci powinni mieć zagwarantowaną wolność od dokuczliwych pozwów czy dochodzeń, gdyż nie służą one interesowi publicznemu. Dotyczy to także przesłuchiwania przez prokuratorów (o co wnioskował Robert Muller prowadzący postępowanie w sprawie rosyjskiej ingerencji). „Jeśli prezydent zrobiłby coś nikczemnego, zawsze można sięgnąć po procedury impeachmentu” – skwitował Kavanaugh.