Rezygnacja przewodniczącego Izby Reprezentantów Paula Ryana oznacza, że umiarkowana tradycyjna frakcja przegrywa z populizmem obecnego prezydenta. Ale utrzymanie większości w Kongresie będzie trudne.
Reklama
Zwolennicy Donalda Trumpa mogą zacierać ręce. Rezygnacja Paula Ryana, najważniejszego republikańskiego polityka w Kongresie, z ubiegania się o reelekcję oznacza, że partia jeszcze mocniej odejdzie od tradycyjnych konserwatywnych wartości na rzecz populizmu prezentowanego przez prezydenta. Choć skutkiem ubocznym będzie to, że po listopadowych wyborach jej reprezentacja w Kongresie zapewne się skurczy.
Ryan, który od końca 2015 r. pełni funkcję przewodniczącego Izby Reprezentantów, ogłosił w minionym tygodniu, że nie wystartuje w kolejnych wyborach i zakończy karierę kongresmena. – To jeszcze jeden gwóźdź do trumny republikańskiego establishmentu. Zmierzamy do tego, że klub będzie mniejszy, ale bardziej trumpowski – skomentował Stephen Myrow, były urzędnik z administracji George’a W Busha. Nie tylko z racji długiego stażu – w Izbie zasiada od ponad 19 lat – i sprawowanego stanowiska była to polityczna bomba. Ryan jako najważniejszy przedstawiciel umiarkowanej frakcji próbował bronić partii przed zawłaszczeniem jej przez Trumpa.
Początkowo nawet nie chciał poprzeć Trumpa jako jej kandydata w wyborach prezydenckich w 2016 r. Ta obrona zresztą niezbyt mu się udawała. Wielu komentatorów zarzuca mu, że w zamian za realizację własnych priorytetów, jakimi są cięcia wydatków budżetowych, ograniczenie regulacji i obniżki podatków, pozwolił Trumpowi na populistyczną, nacjonalistyczno-rasistowską retorykę, izolacjonizm i drastycznie obniżanie standardów moralnych w polityce. „W efekcie Ryan, bardziej niż którykolwiek z pozostałych czołowych republikanów, uosabia pakt, który partia zawarła z Trumpem-diabłem. A jego odejście krystalizuje trudne wybory, jakie czekają republikanów w związku z tym, że Trump przedefiniowuje partię zgodnie ze swoim wojowniczym wizerunkiem” – napisał w magazynie „The Atlantic” Ronald Brownstein.
Dowodem skutecznego przejmowania przez Trumpa Partii Republikańskiej jest choćby marcowy sondaż stacji NBC i dziennika „Wall Street Journal”. Wyborcy tej partii dobrze oceniają Ryana (50 proc. ocen pozytywnych i 11 proc. negatywnych), ale Trumpa wyraźnie lepiej (78 proc. opinii pozytywnych i 13 proc. negatywnych). Odejście Ryana spowoduje, że ten proces jeszcze przyspieszy. Faworytami do przejęcia schedy po nim są Kevin McCarthy, lider republikańskiej większości w Izbie Reprezentantów, oraz Steve Scalise, który odpowiada za dyscyplinę klubową wśród republikańskich kongresmenów. Obaj mają znacznie lepsze relacje z prezydentem niż Ryan.
Ale nie tylko zmiana na funkcji przewodniczącego Izby spowoduje dalszą trumpizację partii, bo swoje zrobią też wyniki wyborów. Kandydaci na kongresmanów i senatorów widzą, w którą stronę wieje wiatr. W bezpiecznych okręgach republikańskich często wprost odwołują się do retoryki Trumpa bądź korzystają z jego byłych wyborczych doradców. Z kolei tam, gdzie wynik jest niepewny, republikanie muszą wystawiać bardziej umiarkowanych polityków.
Prognozy wskazują, że Grand Old Party prawdopodobnie straci część mandatów i w efekcie jej klub się zmniejszy, ale frakcja populistyczno-trumpowska będzie w nim stanowić większy odsetek niż dotychczas. W skrajnie niekorzystnym wypadku republikanie mogą wręcz stracić kontrolę nad Izbą Reprezentantów. W 2016 r. zdobyli przewagę 47 miejsc, co oznacza, że demokraci muszą przejąć netto 24 okręgi, by uzyskać większość. A to wcale nie jest niemożliwe. Według analizującego trendy wyborcze Cook Political Report, w 53 republikańskich obecnie okręgach wynik jest trudny do przewidzenia, podczas gdy demokraci mają tylko 17 okręgów zagrożonych przejęciem.
Na dodatek rezygnacja Ryana osłabia szanse republikanów jeszcze z dwóch powodów. Po pierwsze, wyjątkowo skutecznie pozyskiwał on fundusze na kampanie wyborcze. Po drugie, choć oficjalnym powodem emerytury są względy rodzinne, to tak czy inaczej bardzo mocno osłabi ona partyjne morale. I tak jest ono na niskim poziomie, o czym świadczy to, że prawie 40 urzędujących republikańskich kongresmenów – czyli jedna szósta – ogłosiło, że nie będzie się ubiegać o reelekcję, gdyż zamierza wycofać się z polityki lub ubiegać o inne stanowisko. To rekordowa liczba we współczesnej historii USA.
Stawką w listopadowych wyborach do Kongresu będzie nie tylko utrzymanie większości przez republikanów, bez której Trumpowi bardzo trudno będzie forsować swoje inicjatywy ustawodawcze. Demokraci już zapowiadają, że jak tylko przejmą kontrolę nad parlamentem, uruchomią proces impeachmentu prezydenta.