Pjongjang pokazał ludzką twarz reżimu, ale to nie znaczy, że zmienił politykę.



Na zakończonych wczoraj zimowych igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu tematem równie ważnym, jak wyniki sportowe, było niespodziewane ocieplenie w stosunkach pomiędzy Koreą Północną i Południową. Jednak doświadczenie pokazuje, że nie należy wyciągać z tego zbyt daleko idących i zbyt optymistycznych wniosków na przyszłość.
Jeszcze kilka tygodni temu poważnie liczono się ze scenariuszem, że reżim Kim Dzong Una będzie próbował zakłócić przebieg najważniejszej od 16 lat imprezy sportowej organizowanej przez południowego sąsiada, np. dokonując jakiejś prowokacji na granicy, przeprowadzając kolejną próbę rakietową lub nawet test atomowy. Tymczasem do niczego takiego nie doszło, a Korea Północna sama zdecydowała się wziąć udział w igrzyskach, co wcale nie jest regułą – cztery lata temu tak się nie stało.
Reklama
Na dodatek podczas ceremonii otwarcia sportowcy z obu Korei defilowali razem pod jedną flagą, zaś w turnieju hokeja na lodzie kobiet wystartowała reprezentacja złożona z zawodniczek z obu państw, co było pierwszym takim przypadkiem w historii. Do tej pory wspólna reprezentacja koreańska wystąpiła jedynie na mistrzostwach świata w tenisie stołowym i młodzieżowych mistrzostwach świata w piłce nożnej, ale to imprezy o nieporównywalnie mniejszej randze, poza tym obie miały miejsce w 1991 r.

Reklama
Oprócz garstki sportowców Korea Północna wysłała do Pjongczangu znacznie liczniejszy zespół cheerleaderek, które z racji urody, jednakowych strojów i skoordynowanego dopingu wzbudzały na trybunach większe zainteresowanie niż same zawody, zaś na czele delegacji oficjeli stała Kim Yo Dzong, młodsza siostra Kim Dzong Una. Kim Yo Dzong, która pozostaje w bliskich relacjach z bratem i odpowiada m.in. za propagandę, jest pierwszym członkiem rządzącej dynastii odwiedzającym Koreę Południową.
Dzień po rozpoczęciu igrzysk spotkała się z jej prezydentem Moon Jae-inem, któremu przekazała odręcznie napisany list od brata. Zaprosiła go do złożenia wizyty w Pjongjangu. - Wizyta Moon Jae-ina wydaje się mało prawdopodobna, ponieważ Korea Północna musiałaby najpierw dać wyraźne sygnały, że nie będzie dalej rozwijać broni nuklearnej, a to jest sprzeczne z jej doktryną – mówi DGP dr Nicolas Levi, analityk Centrum Studiów Polska-Azja, autor kilku książek o Korei Północnej.
Nie zmienia to faktu, że wszystkie te działania były wizerunkowym majstersztykiem, bo ludzka twarz reżimu w postaci Kim Yo Dzong oraz cheerleaderek skupiła na sobie uwagę mediów, które w sporej części chwilowo przestały pisać o Korei Północnej w kontekście jej programu nuklearnego, nieobliczalnego dyktatora, brutalnego łamania praw człowieka i braku podstawowych produktów. To ocieplenie wizerunku nie znaczy jednak, że KRLD postanowiła zmienić swoją politykę i przestała być zagrożeniem dla światowego ładu. Ani że niespotykana wcześniej atmosfera pewnej serdeczności między obydwoma państwami koreańskimi utrzyma się po igrzyskach.
– Ocieplenie nie będzie długo trwało. Wskazuje na to choćby to, że na ceremonię zamknięcia igrzysk został zaproszony gen. Kim Yong Chol, który jest uważany za odpowiedzialnego m.in. za zatopienie korwety Cheonan w 2010 r. (zginęło wówczas 46 południowokoreańskich marynarzy – red.). Jest on objęty międzynarodowymi sankcjami i uważany za persona non grata w Korei Południowej. Myślę, że Korea Południowa została zmuszona do takich działań, by mieć gwarancję, że igrzyska przebiegną bez zakłóceń. Inaczej mówiąc, Korea Południowa stała się zakładnikiem Północnej – mówi dr Levi.
Kluczowym pytaniem jest to, co się kryje za PR-ową ofensywą Pjongjangu – bo wydaje się oczywiste, że ma on w tym swój plan – oraz czy jest on gotowy do jakichkolwiek realnych ustępstw. Jeśli chodzi o plan Pjongjangu, to pierwsze przypuszczenie jest takie, że chodzi o sankcje gospodarcze. Te przyjęte pod koniec zeszłego roku, jak się wydaje, mocno uderzyły w północnokoreańską gospodarkę, więc tamtejszy reżim próbował doprowadzić do ich złagodzenia w zamian za obietnicę wznowienia rozmów, a lepszy wizerunek kraju pomoże w przekonaniu sceptyków co do ich sensowności.
Według południowokoreańskich mediów prawicowych Pjongjang może – wykorzystując olimpijskie ocieplenie relacji – domagać się odwołania dorocznych wspólnych manewrów wojsk Korei Południowej i USA. W tym roku zostały one przełożone do czasu zakończenia igrzysk olimpijskich oraz paraolimpijskich, co oznacza, że odbędą się prawdopodobnie w drugiej połowie marca. – Innym celem Pjongjangu jest skłócenie Waszyngtonu z Seulem, choć Amerykanie powinni być świadomi, że Seul musi brać pod uwagę oczekiwania Północy – uważa dr Nicolas Levi.
Stany Zjednoczone i Korea Południowa różnią się co do podejścia do kwestii programu nuklearnego Korei Północnej. Administracja Donalda Trumpa jest bardzo konformacyjna (w piątek amerykański prezydent zapowiedział nowy, najostrzejszy jak do tej pory pakiet sankcji), zaś Moon Jae-ina raczej koncyliacyjna, a do tego dochodzi jeszcze głęboka niechęć w południowokoreańskim społeczeństwie do osoby amerykańskiego prezydenta. Gdyby Kimowi udało się wciągnąć Moona w dwustronne rozmowy (niekoniecznie nawet musiałby to być szczyt z ich udziałem) i namówić na ustępstwa, mocno podważyłoby to zaufanie między Waszyngtonem a Seulem.
Inną kwestią jest to, czy w razie rozmów sama Korea Północna byłaby skłonna do jakichkolwiek ustępstw. Dotychczasowe doświadczenia nie są zbyt optymistyczne. W przeszłości – w 2000 i 2007 r. – odbyły się nawet dwa szczyty z udziałem przywódców obu państw, ale nie przyniosły żadnych konkretnych efektów. Teraz, gdy Korea Północna dysponuje bronią atomową oraz rakietami zdolnymi do jej przenoszenia, tym bardziej nie jest skłonna do ugodowej postawy.
Oczywiście można sobie wyobrazić – i tego się obawiają południowokoreańska opozycja i prawicowe media – że na fali olimpijskiego ocieplenia Moon Jae-in pójdzie na ustępstwa wobec Pjongjangu, gdyż ten obieca wstrzymanie prac nad bronią jądrową. Później jednak najpewniej okazałoby się – jak to już nieraz miało miejsce w przeszłości – że ta obietnica nie została dotrzymana. Bo dla reżimu Kimów posiadanie broni atomowej jest gwarancją przetrwania i w żadnym wypadku z niej nie zrezygnują.