Gdyby premier Mateusz Morawiecki regularnie oglądał telewizyjne „Wiadomości” i ufał prorządowym mediom, nie miałby innego wyjścia. Podczas zaplanowanego na przyszły tydzień spotkania z Jeanem-Claude’em Junckerem musiałby zapowiedzieć przewodniczącemu Komisji Europejskiej, że jego rząd rozważa uruchomienie art. 50 Traktatu o UE, czyli wystąpienie z Unii. W niektórych europejskich stolicach przyjęto by to zapewne z ulgą.
Andrzej Godlewski, publicysta, wykładowca Uniwersytetu SWPS / Dziennik Gazeta Prawna
Magazyn DGP 5.01 / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
„Ci, którzy mówią o referendum w sprawie wyjścia Polski z Unii, są szkodnikami i awanturnikami” – stwierdził w maju 2016 r. Jarosław Kaczyński. Było to kilka tygodni przed referendum, w którym Brytyjczycy opowiedzieli się za brexitem, i krótko po tym, jak prof. Zdzisław Krasnodębski zasugerował, że podobne głosowanie mogłoby się odbyć także w Polsce. Europoseł PiS przekonywał wtedy, że mogłoby się ono okazać konieczne, „jeśli politycy UE nadal będą działać z takim taktem politycznym i znajomością rzeczy” wobec Polski. Było to na początku konfliktu polskiego rządu z Komisją Wenecką i instytucjami Unii w sprawie sądownictwa w naszym kraju.

Reklama
Po twardej deklaracji ze strony prezesa PiS Krasnodębski szybko zdystansował się wobec swojego pomysłu. Tymczasem wspominani przez niego „politycy UE” przez dwa lata ani na jotę nie zmienili kursu wobec Warszawy. Nadal działają „z takim samym taktem i znajomością rzeczy”. Efektem tego są kolejne debaty w Parlamencie Europejskim oraz niedawna decyzja Komisji Europejskiej, by kwestią praworządności w Polsce zajęły się państwa członkowskie UE (art. 7). Czy nie byłoby więc logiczne, by prof. Zdzisław Krasnodębski ponownie zgłosił ideę referendum w sprawie polexitu?
W obozie władzy jest dziś wielu polityków konkurujących ze sobą o to, kto dobitniej przedstawi szkody, jakie Unia wyrządza Polsce. Że odbiera suwerenność, że ingeruje w nasze sprawy, że działa pod dyktatem Berlina, że nie pozwala na szybszy rozwój gospodarczy i większe bezpieczeństwo energetyczne itd. Trudno powiedzieć, czy prof. Krystyna Pawłowicz pozostaje jeszcze liderem w tej rywalizacji.
Politycy PiS wiedzą jednak, że nawet w ich elektoracie ciągle przeważają opinie, iż członkostwo UE jest dla Polski korzystne. Polscy rolnicy potrafią liczyć i zdają sobie sprawę, skąd pochodzą euro na dopłaty i modernizację ich gospodarstw. Poza tym w PiS wiedzą również, że kierownictwo polityczne – jak w politologiczny sposób określa się teraz Jarosława Kaczyńskiego – nie życzy sobie teraz publicznych rozważań na temat wychodzenia z Unii.
W tej kwestii polityków PiS zastępują media i publicyści wspierający obóz władzy. Po uruchomieniu art. 7 przez Komisję Europejską Rafał Ziemkiewicz przedstawiał sprawę następująco: „Ale co się tak trzęsiemy nad tą Unią? Wzięliśmy już, co było tam do wzięcia, więcej nie będzie i czas wypierdzielać, jak sami ułatwiają...”. W tym duchu wypowiedział się również inny wpływowy publicysta Stanisław Janecki, który bojowo oświadczył Komisji Europejskiej: „Pocałujcie nas w d...”.
Tego typu deklaracje mają sens, jeśli rzeczywiście traktuje się Unię Europejską i jej instytucje jako przeciwnika czy nawet wroga. W tym myśleniu UE nie oznacza wspólnoty, na którą także Polska ma wpływ. Unia to nie my, tylko jacyś „oni” i trzeba być wobec nich bardzo ostrożnym (to założenie minimum). Ponieważ coraz więcej „mówi się” o tym, że ci obcy zamierzają nas zniszczyć, to nie stać już na jakieś prounijne sentymenty i europejskie marzycielstwo. Trzeba się bić!
Sposób myślenia o Europie, jaki panuje wśród dużej części obecnego politycznego mainstreamu w Polsce, dobrze ilustrują telewizyjne „Wiadomości”. W jednym z jesiennych wydań odkryto „mafijny raj w sercu Unii Europejskiej”. Chodziło o Maltę, gdzie zamordowano dziennikarkę śledczą. Przedstawiono ten kraj jako centrum przestępczości finansowej, która oplata Europę, a unijne elity to tolerują. Mają bowiem w tym jakiś interes, a poza tym ze względów ideologicznych i innych powodów ich priorytetem jest walka z Polską. Tymczasem Polska (to już oddzielny temat) staje się regionalną potęgą i „robi w Europie to, co chce”, co potwierdza i chwali m.in. sam George Friedman, politolog z USA.
W prawicowych mediach od dawna dominuje obraz UE, która nie tylko sama pogrążona jest w kryzysie, ale również wywołuje kolejne kryzysy. Równocześnie promowana jest mocarstwowa wizja Polski. Ta narracja jest na tyle silna, że niewielu polityków partii rządzącej jest w stanie od niej odstąpić. Tymczasem UE jest dziś w znacznie lepszym stanie, niż przedstawiają to oficjalne czynniki w Polsce. Nazbyt kolorowe wydają się także polskie sny o potędze.
Dziś gospodarka rozwija się we wszystkich 28 krajach członkowskich Unii. Dzieje się tak po raz pierwszy od 10 lat. W Niemczech, które w prawicowych mediach często przedstawiane są jako ofiara nieodpowiedzialnych rządów Angeli Merkel, właśnie zanotowano kolejny rekord liczby zatrudnionych (ponad 44 mln). Potrzeby niemieckich firm są tak duże, że i w tym roku będzie brakować im pracowników. W krajach strefy euro prawie dwie trzecie obywateli pozytywnie ocenia wspólną walutę i jest to najwyższy wskaźnik od jej wprowadzenia do obiegu w 2002 r. Równocześnie zdecydowana większość Europejczyków (w Polsce 66 proc.) optymistycznie ocenia przyszłość Unii. Czy tak wygląda kryzys?
Ktoś, kto uważnie przygląda się rzeczywistości, może mieć również kłopot, by oddawać się iluzjom o wyjątkowości potencjału Polski. Rzeczywiście, fenomenem jest to, że polska gospodarka rozwija się nieprzerwanie od 1992 r. Dzięki temu zmniejszył się dystans do krajów zachodniej Europy, ale pod względem PKB na głowę mieszkańca Polska nadal zalicza się do najuboższych krajów UE. Część ekonomistów prognozuje, że m.in. ze względu na ubytek ludności Polski i starzenie się społeczeństwa w kolejnej dekadzie różnice w poziomie życia wobec Niemiec znów będą narastać. Ułudą jest wyobrażenie, że współpraca gospodarcza z Chinami czy Rosją uniezależni nas od rynków w Unii. Polski eksport do Chin ciągle jest niższy niż wartość polskich towarów sprzedawanych na Litwę.
Być może George Friedman rzeczywiście ma rację, przewidując, że Polska wraz Turcją będzie nowym regionalnym mocarstwem w Europie. Ale czy ta droga do wielkości ma polegać na skłóceniu się z najbliższymi partnerami? A poza tym, czy warto wierzyć wszystkiemu, co mówią goście zza oceanu? Swoją politologiczną karierę Friedman zaczynał prawie 30 lat temu od prognoz, że w latach 90. Japonia stanie się głównym przeciwnikiem Stanów Zjednoczonych w Azji i między tymi krajami znów wybuchnie wojna...
Mateusz Morawiecki jest zbyt krótko politykiem PiS, by był w stanie narzucać tej partii i jej sympatykom nowe paradygmaty. Dorobek i erudycja premiera imponują wielu, ale część wyborców nadal nieufnie traktuje byłego szefa zagranicznego banku w Polsce. Jest dla nich – jak ujął jeden z dyskutantów w TVP Info – „lisem w kurniku”, na którego trzeba mocno uważać.
Szef rządu nie może więc w polityce europejskiej całkowicie zrezygnować z prawicowej retoryki, ale równocześnie nie może jej zaufać. Doskonale przecież wie, że tzw. plan Morawieckiego jest w połowie finansowany z funduszy UE. Wie również, że także inwestorom spoza Europy nie podobają się konflikty Warszawy z Brukselą. Wreszcie zdaje sobie sprawę, że straszenie polexitem przestaje być skuteczne w rozmowach z europejskimi partnerami – niektórych z nich rozwód z Polską już bowiem nie przerażą.
„Brexit powinien być modelem także dla Polski, Czech i Węgier, które nie chcą tworzyć nowej Unii Europejskiej” – zaproponował kilka dni temu w wywiadzie dla agencji AFP Daniel Cohn-Bendit. Ten francusko-niemiecki polityk Partii Zielonych, który przez 20 lat zasiadał w Parlamencie Europejskim, uważa, że kraje strefy euro nie będą chciały dłużej wspierać finansowo państw, które odmawiają solidarności z resztą UE. Jego zdaniem te państwa Europy Wschodniej powinny uzyskać rodzaj uprzywilejowanego partnerstwa z Unią, która dzięki temu stałaby się mniejsza i zdrowsza.
W polskiej debacie argumenty Cohn-Bendita łatwo unieważnić. Ten zwolennik multi-kulti chce narzucić nam przyjmowanie uchodźców, by przerobić nas na swoją modłę. Poza tym to żydokomuna, a w przeszłości wspierał lewacki terroryzm i pedofilię. Takie slogany szybko uspokoją główny nurt medialno-polityczny w Polsce, ale czy premier Morawiecki będzie mógł ich użyć w dyskusji z zachodnimi partnerami? Tym bardziej że nie tylko Daniel Cohn-Bendit tak myśli o przyszłości UE.
Jesienią po ponad półrocznych negocjacjach powstała w Holandii nowa koalicja rządowa pod przewodnictwem premiera Marka Rutte. W porozumieniu czterech partii zapisano m.in., że w UE musi istnieć związek pomiędzy otrzymywaniem unijnych funduszy przez państwo członkowskie a zgodnością jego polityki gospodarczej i solidarnością w przyjmowaniu uchodźców. Jeśli któreś z państw nie stosowałoby się do zobowiązań w tych dziedzinach, miałoby być karane poprzez redukcję finansowego wsparcia ze strony UE. Nowy rząd Holandii ma dopilnować, by takie reguły zaczęły w Unii obowiązywać.
O ile w przypadku Daniela Cohn-Bendita można wykorzystywać zarzuty ideologiczne, to wobec konserwatywnego liberała, jakim jest Mark Rutte, tego już nie da się zrobić. W końcu to jego rząd wprowadził zakaz noszenia burek w miejscach publicznych, a on sam wielokrotnie żądał od muzułmańskich przybyszów, by integrowali się z holenderskim społeczeństwem albo wracali do swoich krajów. Można oczywiście bagatelizować pomysły Holendrów, wskazując, że to tylko mały kraj. Ale jak dotąd to Holandia wpłaca co roku prawie cztery miliardy euro więcej do budżetu UE, niż z niego dostaje, podczas gdy Polska jest największym beneficjentem netto w Unii (ponad 9 mld euro).
Wielu wpływowych polskich polityków zapewnia, że nie chce wyjścia z UE. Chce jedynie tak zmieniać Unię, by znów uczynić ją wielką. Właśnie dlatego trzeba obudzić i otrzeźwić tę Europę. Może się jednak okazać, że zanim nasze reformy zaczną uzdrawiać wspólnotę, Unia na tyle się zmieni, że polski głos – mimo formalnego członkostwa – niewiele będzie się już liczył. Nową unią w Unii powoli staje się bowiem unia walutowa, której nie ma sprawiających problemy Polski, Czech i Węgier.
Po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE strefa euro będzie odpowiadać za 85 proc. PKB całej Unii. Na ściślejszej integracji tych 19 krajów zależy nie tylko Berlinowi i Paryżowi. Obydwie stolice różnią się na razie co do szczegółów zmian w grupie euro, ale po powstaniu nowego rządu RFN zapewne dojdzie do kompromisu. Jego częścią będzie ustanowienie Europejskiego Funduszu Walutowego, który m.in. będzie mógł wspierać znajdujące się w kłopotach państwa eurozony. Zapewne powołany zostanie też europejski minister finansów, chociaż dziś nie jest jasne, jakie będą jego uprawnienia wobec państw unii walutowej, a jakie wobec całej UE.
Do tego pojawiają się jeszcze pomysły, by strefa euro miała swój własny budżet. Sprzeciwia się temu przewodniczący Juncker, ale odbiorcy mainstreamowych mediów w Polsce dobrze przecież wiedzą, że nie można mu ufać. W swojej opinii utwierdzą się na wiosnę tego roku, kiedy Komisja przedstawi projekt finansów UE po 2020 r. W przypadku Polski będzie on z pewnością znacznie mniej korzystny niż ten, który negocjował rząd Donalda Tuska. Przypadek?
Kiedy w 1999 r. Polska, Czechy i Węgry przystępowały do NATO, w ostatniej chwili z tej grupy wyłączono Słowację. Uznano wtedy, mówiąc dyplomatycznie, że jakość rządów demokratycznych w tym kraju wymaga jeszcze poprawy. Słowacy odrobili lekcję i po pięciu latach przystąpili do Sojuszu. Od 2009 r. są jedynym krajem Grupy Wyszehradzkiej, który należy do strefy euro. Słowacki premier Robert Fico, którego wielokrotnie oskarżano o populizm i nacjonalizm, popiera jeszcze głębszą integrację w Unii, bo chce, by jego kraj „pozostał w centrum Europy”. Uważa, że Unia czyni silniejszymi państwa takie, jak jego ojczyzna.
Skoro nie chcemy słuchać Niemców, Francuzów i Holendrów, to być może należałoby się zastanowić nad racjami Słowaków? Wiem, to niedorzeczny argument. Bo jak naród o ponadtysiącletniej historii ma wzorować się na państwie, które istnieje od ćwierć wieku? Trzeba też pamiętać, że w 1939 r. także Słowacy na nas napadli. Poza tym nasze Międzymorze będzie lepsze od tej ich nowej Unii.
Czy takie podejście będzie niepokoić Europejczyków na Zachodzie? Czy ciągle będą nas chcieli przekonywać, namawiać, interweniować? Może się okazać, że nie. Wielu wystarczy, że będziemy im produkować silniki i żywność, a w zamian kupimy ich samochody, chemię i łodzie podwodne.