W wielu wypadkach pokrewieństwo z Kaczyńskimi zamykało drzwi, nie mogłem rozwinąć skrzydeł - mówi w wywiadzie Jan Maria Tomaszewski – doradca zarządu Telewizji Polskiej do spraw teatru.
Doradca zarządu Telewizji Polskiej do spraw teatru, ale przede wszystkim artysta grafik po Akademii Sztuk Pięknych.
To w drugim rzędzie.
...no tak, mniej więcej wtedy wróciłem na stałe z Wiednia.
My o sobie zawsze mówiliśmy brat, nie kuzyn. Jesteśmy braćmi ciotecznymi, nasze mamy były siostrami. Jestem rok młodszy od Jarka, wychowywaliśmy się razem, oni często bywali u nas, ja u nich, cały czas.
Kochaliśmy się jak bracia, to jasne, że byliśmy i jesteśmy blisko. O czym pan rozmawia ze swoim bratem?
To tak jak my, też gadamy o wszystkim. Prawie nigdy nie rozmawiamy o polityce, musi się wydarzyć coś wyjątkowego, zupełnie niezwykłego, żebyśmy o niej mówili.
Jaką karierę, co ty piep...sz? Przepraszam, ale jestem tak stary, że mogę do każdego mówić na ty. My się nie znamy, ale też będę.
Oczywiście, przyjaźniliśmy się.
Owszem, pracuję tu do dziś. Do współpracy zaprosiła mnie wtedy Nina Terentiew.
Nie, doceniono moją osobowość i charyzmę.
Człowieku, ty wiesz, kim był mój ojciec? Profesor ASP, tak? A wiesz, kim była Xymena Zaniewska, wybitna scenografka? To była studentka mojego ojca!
Pomagałem jako smarkacz przy scenografiach, projektach, kostiumach, rozumiesz to? Ojcu i pani Xymenie Zaniewskiej też.
Andrzej mnie zatrudnił, bo się znałem na scenografii i estetyce obrazu. Znał moje grafiki, szkice, obrazy. A kto miał pracować w telewizji, szewc? Ja akurat miałem największe kwalifikacje do pracy w TVP!
Chciałbyś! Jarek dowiedział się o wszystkim jakieś dwa, trzy tygodnie po tym, jak Urbański mnie zatrudnił.
Dawne dzieje. I nie pracowałem, tylko zrobiłem dla nich film, bo warszawskie Filtry to jeden z największych na świecie zabytków tego typu.
Ja przez ćwierć wieku mieszkałem w Wiedniu i prowadziłem tam najlepszą pracownię graficzną i konserwacji zabytków. To ja zwróciłem w Warszawie uwagę na Filtry, które były wtedy jeszcze zapuszczone i dopiero je odnawiano.
Zamyka je! I tak było, odkąd przyjechałem na stałe do Polski. W wielu wypadkach pokrewieństwo z Kaczyńskimi zamykało drzwi, nie mogłem rozwinąć skrzydeł.
No i to jest właśnie powód! Nawet ty mnie przedstawiasz w ten sposób. I cały czas słyszałem: „Nie mogę, bo nepotyzm!”. Niczego nie mogłem zrobić, nigdzie mnie nie chcieli zatrudnić, bo nepotyzm.
Normalna praca, jak wielu innych osób.
Bo nie każdy ma kwalifikacje! Nie zdaje sobie pan sprawy, jak mnie sekowano, ale nie chcę tym epatować. Kogo to obchodzi? To moja sprawa, moje problemy, nie narzekam. Tak jak teraz, robię swoje, a poza tym rysuję, robię wystawę w Pułtusku, będzie następna i to jest moja robota. A co mam chodzić i opowiadać w mediach, że mi źle czy dobrze? A co ja jestem panienka, żeby mnie pokazywali, czy żebym wywiadów udzielał?
No to pytaj.
Wiesz co? Dochodzę do siedemdziesiątki i guzik mnie takie uwagi obchodzą.
A jeszcze na dodatek mam takie pier...ęcie z pięści, że mógłbym kilku delikwentów położyć... (śmiech)
Co to znaczy?
Który zawsze ich drażni. Trochę tak, ale co z tego? G...o mnie to obchodzi, co oni o mnie myślą.
Kogo zje? Ciebie zje?
Więc zeżre cię jego kot.
U mnie spotyka się mnóstwo najróżniejszych ludzi, bo prowadzę dom otwarty. I przychodzi Jarosław, przychodzą znajomi artyści...
W zachwyt. Uwielbiają Jarka. Słuchaj, myśmy od małego wychowali się w środowisku artystów. Moja mama tańczyła w balecie, potem skończyła ASP i była malarką. Mój ojciec, wuj Jarka i Leszka, to Stanisław Miedza-Tomaszewski, grafik i profesor ASP. Pamiętaj, że mama Jarosława pracowała przez lata w Instytucie Badań Literackich, że matkami chrzestnymi obu braci były pisarki – myśmy dorastali w takim środowisku, Leszek i Jarek się tak wychowali.
Zapewniam, że doskonale wie.
Tak mówią ci, którzy go nie znają. Nawet jeśli ktoś taki się znajdzie, to gdy u mnie w domu spotyka Jarosława, natychmiast zmienia zdanie. A wiesz dlaczego? Bo on wie, jak z takimi ludźmi rozmawiać, ma podobne zainteresowania. I nie musiał studiować na ASP, on pewne rzeczy wyniósł z dzieciństwa. To u nas w domu Słonimski wystartował do Waldorffa z tekstem: „Nie dziennikarz, nie literat, ale za to degenerat”, na co pan Jerzy natychmiast odpowiedział: „Ni poeta, ni katolik, ale za to alkoholik”. I takie to były potyczki. To u nas wybitny rzeźbiarz Alfons Karny przekonywał, że jego rodzice to byli bardzo porządni, absolutnie niewinni ludzie, „Bo inaczej nie daliby mi tak na imię”. I w takim kręgu obracał się Jarek, gdy dorastał. Jarek bardzo się interesuje kulturą, zdziwiłbyś się.
Normalny, taki jak zawsze, dowcipny, z wielkim poczuciem humoru, błyskotliwy.
Rzadko bywa. Jak wychodzi rano...
Ma taki tryb życia, że do domu wraca po dziesiątej czy po północy i nie kładzie się przed trzecią nad ranem, więc jak wychodzi o dziewiątej czy dziesiątej, to dla niego jest rano.
A niech sobie o nim mówią, jak chcą. Mnie to bawi, dla mnie to Jarek. Ja studiowałem na Krakowskim Przedmieściu po lewej, na ASP, a oni z Leszkiem vis-a-vis, po prawej, na Uniwersytecie. Dwa światy.
Z Jarkiem? Herbatę w kawiarni.
Śladowe ilości.
Znają mnie tu, ale nie mogę. Przez dziesięć dni nawet kawy nie mogę, lekarz zabronił, starość nie radość.
Ja? Niewiele.
Pokazywałem zdjęcia i filmy z Leszkiem, to, jak się ruszał, jak zachowywał. Ale ja się do produkcji filmu nie wpie...ałem, bo to nie był mój projekt.
A wiesz, kiedy się o tym dowiedziałem? Dwa tygodnie po tym, jak poszła na casting. Gdyby mi powiedziała, tobym jej nie pozwolił.
Bo mam tyle lat i rozum, żeby wiedzieć, że rzucą się na nią te wszystkie wściekłe psy. I się rzuciły, co było do przewidzenia, tylko naiwna Beata była zdumiona. I co ja mam teraz tłumaczyć? Że ona w Stanach grała w takich teatrach, w jakich oni nigdy nie wystąpią? Że za główną rolę w prywatnym teatrze Jeffa Danielsa dostała prestiżową amerykańską nagrodę teatralną? To była największa półka, w Ameryce grała z gwiazdami Hollywood. Zresztą sama Beata mówiła o tym w wywiadach.
Ależ ona świetnie zagrała! Teraz na festiwalu w Gdyni przychodzi do niej znana reżyser i mówi: „Świetnie to zagrałaś”. A kto pamięta, w jakich warunkach powstawał „Smoleńsk”?
Owszem, grafikiem.
Boli, dlatego tak bardzo zazdroszczę Austriakom, że tam w centrum Wiednia co krok masz miejsce pełne sztuki, tu galeria secesji, tam sztuka współczesna, obok muzeum.
A my mamy galerię narodową, nazywa się Zachęta. Za moich czasów tam były co roku Salony, czyli wystawy malarstwa polskiego, bo to jedyna tak duża powierzchnia, gdzie można zrobić taką wystawę, a teraz tego nie ma. A to miała być galeria pokazująca polską sztukę.
Wszystko to może Pan Bóg, a ja jeszcze myślę, jak najlepiej pokazać to w telewizji. Dawno temu zrobiłem krótki program o pracowniach malarzy i chwała mi za to, bo udało mi się nagrać krótko przed śmiercią Franciszka Starowieyskiego. Te pracownie są niesamowite, można w ten sposób uruchomić u ludzi zainteresowanie sztuką. A to jest konieczne, choć estetyka w przestrzeni publicznej to przecież nie tylko obrazy czy rzeźby, ale głównie architektura. Byłem niedawno w Zakopanem i tam zamiast chat góralskich widziałem domy obłożone tym, pożal się Boże, sidingiem, przecież to zgroza! To jest kibel.
No i w górach budują teraz tanie kible. Albo pojedź 50, 100 km za Warszawę i zamiast architektury kurpiowskiej zobaczysz jakieś koszmarne klocki. Dlaczego nie ma jakiegoś generalnego architekta, który trzymałby to wszystko za ryj?
Daj mi spokój, co?
To bardzo ważne, bo kultura jest absolutnie najważniejsza. Zresztą sztuka też. Dam panu przykład: Picasso, Monet, Leonardo da Vinci. Wszyscy znają te nazwiska, prawda? A czy ktoś wie, jak się nazywał minister kultury za Picassa? Albo premier za Moneta czy jakiś książę z czasów Leonarda? Te nazwiska zginęły, nikt ich nie pamięta, a nazwiska malarzy przetrwały. Dlaczego? To banalne: bo to ludzie sztuki pchają kulturę naprzód, nie politycy!
Ja tylko chciałbym, by zrozumieli, jak ona jest ważna. Jeśli politycy tego nie kapują, to bardzo szybko znikają.
Jarek łapie to w lot. On wie, że kultura jest tym, co zostaje. Wszystko inne przemija. Fantastyczne komputery po trzech latach są do wyrzucenia, telefony jeszcze szybciej, a obrazy, poezja, nawet teatr trwają, nie mówiąc o architekturze. To wszystko zostaje i kształtuje nie tylko nasze dzieci, przyszłe pokolenia, ale nas, nasze myślenie, wrażliwość.
Uczciwie mówiąc, nie wiem, nie jestem politykiem. To ich problem, ich zmartwienie, by wiedzieli, jak to zrobić, jakimi środkami się posłużyć.
Ja teatru nie robię dla polityków, ale dla was wszystkich, dla nas wszystkich. Dla ciebie, dla pani Dorotki, która tu pracuje, dla ludzi. Nie obchodzą mnie politycy, ale to, by Teatr Telewizji jakoś mógł wpływać na teatr w Polsce, by był ważną sceną. I jest sukces, bo ludzie to oglądają, a środowisko jest zadowolone.
Przeforsowałem powrót teatru. Nie sam, ale pracuję nad tym od początku. Od kilkunastu lat w telewizji w zasadzie nie było teatru. Likwidowano go i wszystko powoli upadało. A teraz są dwie premiery miesięcznie, wkrótce będą trzy, a ja chciałbym, by były cztery. Można? Można.
Potrzebna jest tylko kasa, ale i kasę znajdziemy. Wiesz, dlaczego nie można było tego zrobić wcześniej? Bo najtrudniejsze było przewalenie myślenia, że najważniejsze są słupki. Słupki i słupki, całe to ściganie się z komercją, a my jesteśmy misja!
Ja rozumiem, że TVP musi dbać o oglądalność, ale czy to znaczy, że widzów teatru mamy wyeliminować?
Nie każdy ma TVP Kulturę, a każdy ma Jedynkę, największy kanał w Polsce. Dlaczego mamy widzów teatru spychać do niszy? Teatr w TVP Kultura jest i będzie, ale chcemy w Jedynce ruszyć teraz z teatrem dla dzieci – najtrudniejszym.
Jaki anachronizm? Misja to anachronizm?
Ja znam to myślenie, więcej Zenków i wygrywamy tę zabawę w słupki, tak?
No dobrze, ale ja mam gdzieś tańce na lodzie, tylko chcę robić teatr dla pół miliona ludzi, a ostatnio ponad miliona! Największa widownia w Polsce i co? Ona nie zasługuje na teatr?
A co u nas jest prawicowe czy konserwatywne? Rapowane przedstawienie o kopalni Wujek? „Listy z Rosji” w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego? „Spiskowcy”, których zrobił Englert? A może „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” Gombrowicza z Anną Polony, Barbarą Krafftówną i Bohdanem Łazuką, która będzie jeszcze w styczniu?
Każdy mógłby, jeśli tylko miałby coś ciekawego do zaproponowania, ale to nie ja będę o tym decydował, tylko wspaniała szefowa teatru Ewa Millies-Lacroix i Zbyszek Dzięgiel. Ja się nie wtrącam, ja jestem tylko po to, by im umożliwiać pracę, by usuwać przeszkody. I żebyś wiedział, jakie mam z tym problemy... Jeśli myślisz, że wszyscy byli zachwyceni, że wraca Teatr Telewizji, to się mylisz.
Mogę, bo wykorzystuję swoje doświadczenie...
Też, oczywiście! Wykorzystuję to, że jestem bratem ciotecznym Jarka Kaczyńskiego, do promowania Teatru Telewizji.
On mi często pomaga, a najważniejsza pomoc jest wtedy, kiedy ktoś cię zachęci, mówi, że słusznie robisz. I często to wystarczy.
Jak ma czas, to ogląda, rozmawialiśmy o tym. Sam mu często mówię: „Obejrzyj to, jak będziesz miał czas”.
Nie bałem się, jestem z tego środowiska, znam je, wiedziałem, że to się musi udać.
Jest jedna zasada: na scenie nie ma polityki. Jeśli pojawia się polityka – won! Aktor jest od tego, żeby grać, nie agitować, nie do tego służy scena. Dla aktora zabawa w politykę to samobójstwo zawodowe.
Pewnie, że tak! Ostatnio zagrał Daniel Olbrychski i to zagrał fenomenalnie, bo to jest wielki aktor, mistrz. A że ma swoje poglądy? Niech sobie ma i niech sobie je głosi, jeśli ma taką potrzebę, mnie to nie interesuje.
Ja nic o tym nie wiem, ona nie grała w Teatrze Telewizji, tylko w telenoweli. Powtórzę, że mnie prywatne poglądy Olbrychskiego czy Stuhra nie przeszkadzają.
Ja nie jestem po prawej stronie.
Swojej.
(śmiech) Nie będę komentował prywatnych rozmów.
Wszyscy mówią o rozrywce, tylko co to jest? Ja bym jeszcze chciał, by do telewizji mógł wrócić choćby kabaret literacki.
A co mam panu odpowiedzieć? Że chciałbym, żeby tym razem się udało? Oczywiście to jest na razie tylko pomysł, ale skoro udało się z teatrem...
Bardzo wielu rzeczy, choćby tego, że mam dorosłą córkę, niestety skrzywioną koniarsko... (śmiech)
Przecież koniarstwo to żaden sport, żadne hobby, tylko ciężka choroba! A ona i jeździ, i leczy, bo jest weterynarzem, zresztą naprawdę świetnym. Za to znakomicie znajduje wspólny język z Jarosławem: zwierzęta, ochrona zwierząt...
Nie mam pojęcia.
(salwa śmiechu) Wymyślił to!
Chyba tak, Jarek jest wielkim jajcarzem i zgrywusem, mógł to sobie wymyślić, żeby kogoś wkręcić.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu