Przy okazji premiery pierwszej w karierze płyty live Maria Peszek opowiedziała o koncertowych kulisach, interakcji z publiką i ciężkim wysiłku fizycznym.
Koncerty to twój żywioł i chyba największy sens muzycznej kariery. Jaki był pierwszy występ, który widziałaś w swoim życiu, po którym wiedziałaś, że nic już nie będzie takie samo, i który jest dla ciebie wzorem?
Pierwsze, co zrobiło na mnie piorunujące wrażenie, to zupełnie inna bajka od tego, co robię obecnie. Kiedy miałam 17 lat, byłam przez rok w USA na stypendium. W Nowym Jorku mieszkałam niedaleko Metropolitan Opera. Pewnego dnia pięknie się wystroiłam i postanowiłam pójść zobaczyć operę, i to premierę. Problem polegał na tym, że nie było mnie stać na bilet. W wyjściowej sukience stałam więc pod tą operą i zaczepiałam ludzi, pytając, czy nie mają może wolnego biletu, miejsca. I udało się! Pewien mężczyzna zabrał mnie ze sobą i mogłam zobaczyć ukochaną wtedy przeze mnie śpiewaczkę Teresę Stratas. Siedziałam w pięknej loży, potem byłam nawet na bankiecie i mogłam uścisnąć dłoń artystom. Cały ten wieczór, jego wyjątkowa atmosfera sprawiła, że nigdy go nie zapomnę. To było pierwsze tego typu doświadczenie. Właśnie wtedy zrozumiałam też, że nie ma rzeczy niemożliwych.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.