- Wychowywałem się w off-owym, intelektualnym klimacie. Jeśli coś nie było z półki Grotowskiego, nowocześnie zrobionego Szekspira czy Kantora, to w ogóle nie było o czym mówić. Dopiero Ameryka nauczyła mnie, że wartość dzieła może być mierzona trochę inaczej - siłą społecznej interakcji i emocji, które wzbudza. A one z kolei wyzwalają inspiracje i przynoszą ludziom radość lub smutek. Z Janem A. P. Kaczmarkiem, kompozytorem i zdobywcą Oscara za muzykę do filmu "Marzyciel" rozmawia Ryszard Jaźwiński. O bezwarunkowej przyjaźni, współpracy z wybitnymi twórcami, inspiracjach i planach.
Tak, wprawdzie nigdy nie przestałem komponować, ale rzeczywiście tworzyłem mniej. W przeszłości bywało, że pracowałem przy dziewięciu filmach rocznie, a w ostatnich latach komponowałem muzykę tylko do jednego, czy dwóch. To oczywiście duża różnica, ale komponowałem też utwory koncertowe, które zamawiano u mnie na różne okazje.
Tak, to było istotne. Napisałem utwór poświęcony idei emigracji. „Emigra – Symfonia bez końca” została skomponowana na dużą orkiestrę symfoniczną i chór. Jednak tym, co wywołało entuzjazm publiczności był pomysł zaproszenia dziesięciu perkusistów, którzy siedzieli z przodu orkiestry. Możliwe, że nikt jeszcze tego nie zrobił. Orkiestra symfoniczna i dziesięciu perkusistów. Grali na takich zestawach perkusyjnych, na których wykonuje się rock czy jazz. To na razie moja ostatnia tak wielka praca koncertowa.
Raczej filozoficznego, profetycznego, który odnosi się do globalnej perspektywy świata, w którym żyjemy. Akcja rozgrywa się współcześnie, trochę w świecie realnym, a trochę w wyimaginowanym. Więcej nie powiem. Mogę natomiast powiedzieć, że „Dolina Bogów” to było niemałe wyzwanie dla wszystkich. I dla aktorów i dla kompozytora. Film oczywiście w wersji roboczej już widziałem i mogę przyznać, że wygląda fenomenalne. John Malkovich we wspaniałej formie, świetny Josh Hartnett i pozostali aktorzy. Wszyscy czekamy na zakończenie tej pracy. Nie mogę się doczekać premiery.
Myślę, że to może wiedzieć tylko reżyser. To jest jeden z tych filmów, które są robione bardzo starannie, więc pośpiech nie jest tu wskazany. Dla twórcy takiego jak Lech Majewski to zawsze wielka próba zmierzenia się z samym sobą i ze światem. Taki film potrzebuje czasu, musi dojrzeć, muszą połączyć się wszystkie jego elementy, wszelkie szczegóły. Każdy mądry proces twórczy ma swój rytm, nie można go przyśpieszać.
To prawda, był taki plan. Na razie jednak wszystko zawisło w powietrzu. Jak to często bywa z ambitnymi produkcjami, także w tym wypadku twórcy mają problem ze zgromadzeniem całego budżetu potrzebnego do realizacji filmu.
Jeden pokój, różni ludzie i inny czas to jeszcze nic. Na pewno wielkim wyzwaniem było dodatkowo spotkanie aż z ośmioma reżyserami, którzy tworzyli kolejne nowele tego filmu. Nie miałem jednego partnera, ale od razu całą ósemkę i musiałem znaleźć klucz do tych ośmiu historii. Przyznam, że najbardziej zafrapowały mnie te sekwencje, w których występowała Irene Jacob. Bardzo cenię tę aktorkę. Od czasu, kiedy ją poznaliśmy, kiedy zagrała w „Podwójnym życiu Weroniki” Krzysztofa Kieślowskiego nic się nie zmieniło, wciąż jest fantastyczna. Czekałem więc na „La habitacion”, bo chciałem ją znowu zobaczyć. To może nie jest duża, rozbudowana rola, ale jest wspaniale zagrana. Dla mnie ten film był też pewnego rodzaju skokiem w inną kulturę. Meksyk jest daleko i ma swoją odrębną kulturę. Wprawdzie od dwudziestu ośmiu lat mieszkam w Kalifornii i stamtąd akurat do Meksyku jest blisko, ale nigdy nie byłem w tym kraju dłużej. Musiałem więc odpowiednio dostroić się do tego filmu. Z przyjemnością jednak tworzyłem tę muzykę. Jest bardzo kameralna, podobnie jak film. Nie chciałem sięgać po motywy meksykańskie. Raczej skomponować utwory, które będą współczesnym komentarzem do tego, co przydarzyło się bohaterom.
Są jedne i drugie. W tej chwili jestem zaangażowany w kilka projektów - trzy amerykańskie i dwa polskie. Na razie jednak nic więcej nie mogę zdradzić. To są duże, skomplikowane projekty, także budżetowo, wymagają wysiłku wielu ludzi, żeby w ogóle mogły powstać, więc moje opowiadanie o nich przed czasem mogłoby tylko zaszkodzić.
Broń Boże! Nie ma mowy o porzucaniu. Na szczęście świat się zmienił i zmieniła się Polska. Porzucanie było łatwe wtedy, gdy świat był podzielony, gdy istniała „żelazna kurtyna”. Wtedy wyjazd na Zachód oznaczał banicję. Dzisiaj to są decyzje czysto logistyczne, chodzi po prostu o kupienie biletu lotniczego. Ja już nie buduję swojej kariery, więc nie muszę cały czas siedzieć w Los Angeles. Mam taki plan, by tam spędzać siedem miesięcy w roku, a pięć w Europie, z czego pewnie większość w Polsce. Myślę, że to powinno być dla mnie inspirujące rozwiązanie.
Paradoksalnie takie szczególne miejsce w moim sercu zajmuje „Mój przyjaciel Hachiko” Lasse Hallstroma czyli taka „dog story”. A początkowo nie podejrzewałem, że ten film może stać się dla mnie tak ważny. Myślałem o nim jak o sympatycznym, ale typowym produkcie kultury masowej. Ja przecież wychowywałem się w off-owym, intelektualnym klimacie. Jeśli coś nie było z półki Grotowskiego, nowocześnie zrobionego Szekspira czy Kantora, nie dotykało tych wysokich miejsc kultury, to w ogóle nie było o czym mówić. Dopiero Ameryka nauczyła mnie, że wartość dzieła może być mierzona trochę inaczej. Tam ona jest mierzona siłą społecznej interakcji i emocji, które wzbudza. A one z kolei wyzwalają inspiracje i przynoszą ludziom radość lub smutek. I takim właśnie wartościowym filmem stał się „Mój przyjaciel Hachiko”. Był oglądany na całym świecie. Właściwie nie wiem tylko jak było z nim w Afryce. I często żartuję, że gdybym teraz pojechał w podróż przez całą Azję, to w każdym mieście mógłbym liczyć na darmowy obiad. Wystarczy, jeśli powiem, że jestem autorem muzyki do „Hachiko”. Ludzie po prostu kochają ten film i płaczą na nim przez połowę seansu.
Na pewno to, że jest to film o bezwarunkowej przyjaźni czy nawet miłości, której rzadko doświadczamy. Niektórzy nie doświadczają jej nigdy. W relacjach międzyludzkich, nawet w miłości, zwykle są jakieś warunki, które musi spełnić każda ze stron. A w relacji człowieka z psem tego nie ma, miłość i przywiązanie są bezwarunkowe. To jest niedościgły sen i marzenie. Filmowa historia jest bardzo prosta i inspirowana prawdziwymi zdarzeniami. Kompozytor i profesor muzyki Parker Wilson, którego gra Richard Gere spotyka na dworcu kolejowym bezdomnego, młodego psa. Przygarnia go i od tej pory rodzi się niezwykła więź między psem a człowiekiem. Hachiko codziennie odprowadza swego pana o tej samej godzinie na dworzec, a później po niego przychodzi. Niestety któregoś dnia bohater grany przez Richarda umiera na zawał serca podczas wykładu uniwersyteckiego. Prezentuje na nim skomponowany przeze mnie utwór. W drugiej części film opowiada o tym jak przez dziewięć lat, zawsze o siedemnastej pies przychodził na stację po swojego pana, który oczywiście już nigdy się tam nie pojawił. Hachiko wchodzi w interakcje z innymi ludźmi na dworcu, aż w końcu staje się bohaterem gazet. I właśnie pies oraz towarzysząca jego wędrówkom muzyka stają się najważniejszymi elementami tego filmu. Fabularnie nie dzieje się przecież zbyt wiele. Pies idzie na stację, czeka, wraca do domu, codzienny rytuał. I ciekawe jest to, jak bardzo publiczność czuje się z tym komfortowo. Lasse Hallstrom zrobił piękny film o wierności i przywiązaniu.
Lubię ten film i myślę, że nie zestarzał się w ogóle. A wiążą się z nim dramatyczne historie. A było to mniej więcej tak… Skomponowaną już muzykę zaczynałem nagrywać zwykle o dziesiątej rano. Siedzieliśmy w studiu 20th Century Fox z wielką hollywoodzką orkiestrą złożoną z ponad osiemdziesięciu muzyków. Wraz z nami siedział reżyser Adrian Lyne i był bardzo szczęśliwy słysząc nagrywane utwory. Około południa dziękował, wychodził, bo miał jeszcze do zmontowania końcówkę filmu, a ja również zadowolony pracowałem dalej. I zawsze po kilku godzinach czyli już około osiemnastej Adrian dzwonił i mówił: „Wiesz Jan, bardzo mi przykro, ale słuchałem raz jeszcze tej muzyki i coś nie działa. Może byś napisał coś nowego?”. Pomyślałem, nie działa, no trudno. Wielka przyjemność, będę tworzył dalej. I taki właśnie proces najpierw pełen najpierw radości, a potem pełen napięcia powtórzył się wiele razy. I zawsze wyglądał tak samo, w południe euforia, a wieczorem telefon i rozpoczynanie części pracy od nowa. To było wyniszczające doświadczenie. Za pierwszym razem dość oczywiste, bo zdarza się, że nie od razu znajdujemy satysfakcjonujący reżysera ton. Jeśli jednak powtarza się wiele razy, staje się dla kompozytora bardzo trudnym wyzwaniem. Trzeba wytrzymać psychicznie ten stan niepewności i dążyć do wzajemnego zrozumienia. A my szamotaliśmy się chyba miesiąc.
Po prostu któregoś dnia Adriana ogarnął jakiś inny nastrój i uznał, że moja muzyka jest idealna. To jednak nie wszystko, bo był jeszcze interesujący epizod związany z Leszkiem Możdżerem, którego zaprosiłem do współpracy przy nagrywaniu muzyki do „Niewiernej”. Wprawdzie Amerykanie dziwili się, po co ściągam polskiego pianistę, skoro na miejscu mam tylu znakomitych amerykańskich, ale uparłem się. Leszek przyleciał, pracowaliśmy razem i zagrał pięknie! A tu zaraz przychodzi Adrian Lyne i mówi: „Jan, fajnie, wszystko pięknie, tylko dlaczego on tak wali w te klawisze? Mnie już głowa boli od tego dźwięku!”. Zorientowałem się szybko, że nie ma szans na porozumienie w tej kwestii, więc odpowiedziałem, że następnego dnia sprawdzę te nagrania. Wydawało się, że nie mam wyjścia, muszę zaangażować innego pianistę i dopiero przez porównanie udowodnić reżyserowi, że Możdżer zagrał genialnie. I tak też się stało. Zaangażowałem pewnego Amerykanina, który zagrał to naprawdę ciężką ręką w porównaniu z Leszkiem. Gdy Adrian tego posłuchał, to dopiero wtedy eksplodowała mu głowa. Ściągnąłem więc Leszka kolejny raz do Los Angeles na ponowne nagranie jego partii, ale zachowałem oczywiście te pierwsze nagrania. Po prostu trzeba było powtórzyć cały proces w studiu. I okazało się, że miałem rację, bo ostatecznie to te pierwsze wersje weszły do filmu. Słysząc je Adrian oszalał z zachwytu nad delikatnością uderzenia Leszka Możdżera. A to były te same dźwięki, które wcześniej doprowadzały go do szału. I w tym jest coś z tej “magii kina”, kiedy to w uchu czy oku odbiorcy pojawia się subiektywna ocena. Tym pierwszym odbiorcą jest z reguły reżyser i to on podejmuje decyzje. Co ma oczywiście krytyczne znaczenie dla kierunku i jakości pracy.
To prawda, pracowaliśmy razem przy pięciu filmach. Trzy z nich to były pełnometrażowe fabuły – „Całkowite zaćmienie”, „Plac Waszyngtona” i „Trzeci cud”. Kolejne dwa to filmy telewizyjne – „Strzał w serce” i „A girl like me: The Gwen Araujo story”. Wspólna praca przy pięciu filmach to rzeczywiście wiele i dlatego myślę, że Agnieszka jest jedną z najważniejszych postaci, jakie spotkałem na swojej drodze. Wszystko zaczęło się w 1994 roku, kiedy ona była u szczytu swojej międzynarodowej kariery po nakręceniu „Tajemniczego ogrodu” i właśnie przygotowywała się do realizacji „Całkowitego zaćmienia”, przy którym chciała pracować ze mną.
No tak. Ponad dziesięć lat, aż do 2005 roku. Spotkanie z Agnieszką było bardzo istotne, a ja znalazłem w sobie wielką radość pisząc utwory do „Całkowitego zaćmienia”. Może dlatego też, że ten film przypominał mi moje początki z Orkiestrą Ósmego Dnia. W tym co robiliśmy z Orkiestrą też było mnóstwo wolności i poezji oraz nieco chropawy kontekst. A jednym z bohaterów filmu jest poeta Arthur Rimbaud, który tworzył piękną poezję, ale nie był gładkim lalusiem tylko właśnie chropawym, młodym rozrabiaką. Ten film jest dla mnie bardzo ważny i otworzył mi wiele drzwi. Wtedy właśnie podpisałem kontrakt z Sony Classical, wydałem płytę. Dużo się od tej pory działo. Czekala na mnie kolejka filmów.
Niestety nagminnie. Piractwo towarzyszy mi od dawna, a w szczególności dotyczy to youtube. Jeśliby dobrze poszukać, to pewnie można byłoby znaleźć kilka milionów odtworzeń różnych moich utworów. A już nie mówię o muzyce z "Hachiko”. Mnóstwo ludzi opublikowało swoje własne wersje fortepianowe mojego tematu z tego filmu, który spisali sobie z płyt. A przecież nie otrzymałem ani jednego dolara za te miliony odtworzeń.
Na pewno. Choć w moim wypadku ten problem wynikał też z mojego zaniedbania, bo długo nie walczyłem z tym. To zaczęło się w czasie, kiedy youtube był jeszcze początkującym portalem. Naiwnie myślałem, że może ich nie stać na to, żeby płacić za utwory. A z drugiej strony cieszyłem się, że powstała platforma, na której ludzie mogą znaleźć moją muzykę, mogą jej posłuchać. Od tamtej pory minęły jednak długie lata i youtube czerpie gigantyczne pieniądze z reklam. A wciąż eksploatują cudze utwory, nie płacąc twórcom ani grosza. I to już nie jest w porządku.
Próbujemy. Przygotowuję właśnie mądrą akcję zweryfikowania tego, jakie mamy prawa. A potem będziemy tych praw dochodzić.
Pewnie muszą poczekać na to, kiedy będą już je mieli. Ja też czekałem dosyć długo. Każdy z nas ma ten swój cykl dojrzewania. Jak jest się już twórcą dojrzałym i znającym rynek, to na pewno łatwiej jest dochodzić swoich praw.
Długo miałem dużą tolerancję. Urodziłem się w socjalistycznej Polsce, w której nikt niczego nie miał. I przez te pierwsze lata korzystania z Internetu uważałem, że mamy prawo sięgać po różne rzeczy bezpłatnie, bo i tak jesteśmy bardzo zapóźnieni w stosunku do świata. Szczególnie jeśli mogliśmy czerpać z zasobów wielkich korporacji, które było stać na to, by dawać nam coś za darmo, bo my przecież nie mieliśmy pieniędzy. Teraz jest już zupełnie inaczej.
No właśnie. I trzeba wreszcie skończyć to cierpliwe czekanie. Polska to już inny kraj, inne są też zasoby finansowe Polaków. A wciąż są firmy, instytucje, które eksploatują muzykę, twórczość wielu autorów, zarabiając przy okazji ogromne pieniądze, więc powinny się też uczciwie nimi dzielić. O nic innego nie chodzi, tylko właśnie o ten uczciwy podział. Będziemy dochodzić swoich praw!
We mnie takiego marzenia nie ma. Oczywiście wszystko się może wydarzyć, bo życie jest nieprzewidywalne, ale nie ma we mnie takiej potrzeby. Mam natomiast inne potrzeby, na przykład potrzebę napisania dzieła życia. To jest taki obłęd kompozytora, który być może już to swoje dzieło życia stworzył, ale jeszcze o tym nie wie. I to go napędza. I fajnie, że tego nie wiem, bo zawsze marzę o następnym utworze. Może to w nim właśnie dotknę czegoś niemożliwego, miejsc nieosiągalnych? Każdy kto trochę już życia przeżył wie, że udany utwór, to zawsze przejaw uprzejmości opatrzności. Umysł kompozytora to trochę umysł medium, przez który przechodzą różne energie. Oczywiście mogę się upierać, że to, co tworzę jest tylko moje, ale mam głębokie poczucie, że jestem transmiterem. Przechodzą przeze mnie różne rzeczy, czasami bardzo wartościowe.
Boję się lokalizować to źródło. Uważam, że trzeba być z tym bardzo ostrożnym. Umówmy się więc po prostu, że one przychodzą z zewnątrz. Być może z bardzo daleka…
Absolutnie!
Zawsze mam ochotę na doświadczenie z nową energią. Może na przykład na zanurzenie się w elektronice? Kiedyś byłem już w niej bardzo aktywny. To jednak nie jest takie proste i mogę dać Ci od razu na to przykład. Pracowałem przy filmie „City Island”, w którym główną rolę grał Andy Garcia. Przyszedł więc do mnie, a ja mu zaprezentowałem moje muzyczne szkice do filmu. Były bardzo nowoczesne, tak jak chciałem. Pozwoliłem sobie na takie „awangardyzowanie”, ale z wielką energią. Byłem przekonany, że będzie zachwycony, a on posłuchał i mówi: „Ale ja chciałem, żebyś zrobił walca, takiego jak w „Marzycielu”. Nie wiedziałem za co oni mnie tak karzą. Nie mogę zrobić niczego nowego, pójść w zupełnie innym kierunku, tylko wciąż kopiować to, co przyniosło mi sukces. Tylko dlatego, że w „Marzycielu” był świetny walc, “Taniec z niedźwiedziem”, wszyscy chcą teraz kolejnego walca. I myślisz, że miałem wyjście? Nie, musiałem im napisać tego walca! I owszem, powstał bardzo miły dla ucha walc, ale ja nie odkryłem dla siebie niczego nowego.
Czasami tak. Bywa, że po latach jestem czegoś ciekaw i wracam do starszych nagrań. Jeśli pracuję nad czymś, co jest podobne w klimacie do utworów, które kiedyś komponowałem, to też słucham, bo chcę sobie przypomnieć, co wtedy myślałem. Czasem jestem zaskoczony, bo słyszę moją muzykę w radiu. Wystarczyło też przez ostatnie cztery lata wsiąść do samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT, żeby usłyszeć utwory z „Marzyciela”. Zawsze towarzyszyły mi, gdy samolot przygotowywał się do startu albo zaraz po wylądowaniu. Właściwie nawet nie trzeba było wsiadać do samolotu, wystarczyło zadzwonić na infolinię LOT-u. Dziś w ogóle trudno uciec przed muzyką, bo ona jest wszędzie. Zdarza się, że i moja własna.
Myślę, że zdarzyło się to nawet kilka razy. Zawsze bardzo cieszy mnie, jeśli ktoś bawi się moim utworem. Oczywiście, jeśli robi to w dobrym guście. To jest bardzo odświeżające.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu