"Szczęście ty moje" Siergieja Łoźnicy to film o rosyjskim nieszczęściu.
Debiutujący w fabule wybitny dokumentalista Siergiej Łoźnica jest kontynuatorem gatunku określanego przez samych Rosjan jako czarnucha. Pod koniec lat 80. ubiegłego wieku na gruzowiskach dawnego sowieckiego imperium pojawiło się pokolenie młodych reżyserów odważnie bazujących na społecznej apatii. Teza ich filmów była oczywista. Im dotkliwszy będzie portret Rosji, tym większy wywoła to oddźwięk u widzów. Kino z tamtego okresu nie bawiło się w ezopowy język niedomówień, pokazywało rzeczywistość skundloną, brudną i chromą. Tego rodzaju filmy powstawały za rządów Gorbaczowa i Jelcyna, ale niemal zupełnie zniknęły za aksamitnej dyktatury Putina i Miedwiediewa. Rosja chciała być krajem sukcesu. I była: przynajmniej na ekranie.
Rosyjską czarnuchę po latach oglądaliśmy od czasu do czasu jedynie w kinie Aleksieja Mizgiriowa, Pawła Łungina czy Aleksieja Bałabanowa. Kontynuator tej linii Siergiej Łoźnica w przejmującym, prowokacyjnym „Szczęściu…” przypomina wszystkie odcienie sowieckiej czerni. Bohaterem jest Girgorij, kierowca ciężarówki. Jedzie z ładunkiem mąki, myli trasę, staje w szczerym polu. Odkryje tam nieszczerych ludzi. Zobaczy szaleństwo.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.