Kaczyńskiego dopadł syndrom Wołodyjowskiego, czego efektem jest pobojowisko instytucji państwa

Kaczyński
Od zwycięstwa PiS (odniesionego w dużej mierze dzięki fenomenalnemu sukcesowi Andrzeja Dudy) prezes zrobił, co tylko mógł, żeby poniżyć głowę państwaShutterStock
28 lipca 2017

 Wołodyjowski zaś zdjął hełm z głowy: chwilę spoglądał jeszcze na ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić” – opisywał Henryk Sienkiewicz. Na „małego rycerza” czekało jeszcze jego przeznaczenie. Musiał wysadzić się z twierdzą kamieniecką w powietrze. A przeznaczenia nie można uniknąć, zwłaszcza jeśli bohater całym swym intelektem i osobowością tak kreśli ścieżki losu, by na koniec musiało się ono zrealizować.

Wołodyjowski, ilekroć miał wybór, dokonywał takiego, by wreszcie skończyć jako efektowny fajerwerk. Wprawdzie od strony politycznej czy militarnej zupełnie pozbawiony sensu, lecz za to przecudnej urody. Taki, że potomni z zachwytem wspominają go do dziś. Jerzy Michał Wołodyjowski to postać fikcyjna, którą Sienkiewicz ulepił z pierwowzoru, tak, by dobrze pasowała do koncepcji powieści, lecz na szczęście Polska dorobiła się innego „małego rycerza”. Michałowi Kamińskiemu Wołodyjowski kojarzył się z Lechem Kaczyńskim. Chciał nawet użyć porównania do „małego rycerza”, przygotowując kampanię wyborczą prezydenta, kiedy ten miał się ubiegać o reelekcję. No, ale przedstawiciel licznego rodu Kamińskich, po tym jak zdążył już być fanem Pinocheta, gorącym wrogiem pisowskiej dyktatury, a w międzyczasie działaczem większości partii egzystujących w Polsce, co krok udowadnia, że spostrzegawczość nie jest jego największą zaletą. Łatwo bowiem dostrzec, że syndrom Wołodyjowskiego dotknął nie Lecha, lecz Jarosława, czego widocznym ostatnio efektem jest pobojowisko, na którym legły kolejne, wybebeszone instytucje państwa. „Mały rycerz” może spokojnie rozejrzeć się po polu chwały, złożyć sobie gratulacje za skuteczność, następnie za nie podziękować, a nawet trochę tymi szczerymi podziękowaniami zawstydzić. A na podsumowanie rzec: „Nic to!”. W końcu nie takie rzeczy się robi ze szczerej miłości do ojczyzny. Przeznaczenie zaś czeka, a jest nim odpalenie takiego fajerwerku, żeby suweren długo popamiętał. Ścieżki losu już zaczęły się układać tak, by to widowisko stawało się nieuchronne. Przy czym sam bohater wcale nie musi jeszcze tego dostrzegać. Po prostu, czasem siedząc z boku, widać lepiej.

„Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała” – poinformował Michała Aleksandrowicza Berlioza Woland, na koniec bardzo ciekawej dysputy o istnieniu Boga. Zaś szef Massolitu nijak nie chciał uwierzyć, że wkrótce straci głowę, nie dostrzegając związku między Annuszką, olejem i dekapitacją. To jedynie potrafili zawczasu powiązać diabeł i Michaił Bułhakow, przewidując nieuchronność poślizgu Berlioza wprost pod nadjeżdżający tramwaj. Tyle mistrzowska literatura, choć w Polsce olej też już został rozlany.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.