Przez dziesięciolecia oddzielano edukację od biznesu zasiekami z drutu kolczastego i płotem pod napięciem – kto próbował go przeskoczyć, zostawał porażony oskarżeniami o korupcję, próbę ubicia nieuczciwego interesu, wykorzystywanie publicznej nauki do własnych czysto finansowych celów etc. Zwolennicy teorii, że firmy i uczelnie powinny działać na dwóch odrębnych biegunach, argumentowali, że nie wypada, aby nauka bratała się z biznesem. Bo to nieetyczne i prowadzi do nadużyć.
Efekt był taki, że publiczne uczelnie jak ognia bały się współpracy z prywatnymi firmami, nawet gdy te jak opętane waliły do ich drzwi, pokazując worki wypchane pieniędzmi. Nieraz drzwi po cichu się otwierały, ale wtedy obie strony wolały przekazywać sobie worki i wiedzę pod stołem, drżąc na samą myśl o tym, że ta współpraca mogłaby wypłynąć na światło dzienne. Zmieniło się to dosłownie przed chwilą.
Trzeba było spowolnienia gospodarczego, bezrobocia wdrapującego się na kolejne szczyty (szczególnie wśród absolwentów wyższych uczelni) i mnóstwa porażek w modnej ostatnio dyscyplinie pt. innowacyjność, aby obie strony wreszcie zrozumiały, że działają na jednym, tym samym biegunie i we wspólnym celu. W końcu dokonały coming outu i oświadczyły: jesteśmy razem. I błogosław im Boże i Polsko na tej wspólnej drodze życia.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.