Publiczne szkoły coraz głębiej sięgają do kieszeni rodziców. Składki na komitet rodzicielski, fundusz klasowy, świetlicę – to dopiero początek. Nauczyciele proszą o pieniądze na wszystko: papier toaletowy i toner do drukarek, wyposażenie stołówek i placów zabaw, farby do malowania klas. A nawet komputery.
Artykuł 70 Konstytucji RP mówi jasno: „Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna”. I niby jest – przecież za lekcje muzyki rodzice uczniów nie muszą płacić. Ale szkoły wyszły z założenia, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby poprosić ich o sfinansowanie remontów sal, w których będą odbywały się zajęcia. – Pieniądze przelewaliśmy na specjalne konto, każdy miał dać co łaska – mówi Agnieszka Kowalczyk, mama uczennicy jednej z warszawskich podstawówek. O konieczności zrzutki ona i reszta rodziców usłyszeli podczas zebrania po rozpoczęciu roku szkolnego.
Publiczne szkoły coraz głębiej sięgają do kieszeni rodziców. Składki na komitet rodzicielski, fundusz klasowy, świetlicę – to dopiero początek. Nauczyciele proszą o pieniądze na wszystko: papier toaletowy i toner do drukarek, wyposażenie stołówek i placów zabaw, farby do malowania klas. A nawet komputery, które mają – cytując jednego z dyrektorów – „usprawnić pracę szkolnej administracji”. Niektóre placówki wprowadziły nieformalne czesne – liczą sobie np. za obiady, zatrudnienie ochroniarzy, zajęcia dodatkowe. W skrajnych przypadkach utrzymanie dziecka w państwowej placówce może kosztować 800 – 900 zł miesięcznie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.