Stoicyzm sądowy. Czy musi być aż tak źle, by w końcu było dobrze?

Sąd, sprawiedliwość, sędzia
Zachowanie na sali rozpraw pozwanego w randze wiceministra jest, o ironio, dobrym przykładem pozwalającym pokazać Kowalskiemu, do czego potrzebna jest sędziowska niezawisłośćShutterStock
15 września 2016

Czy musi być aż tak źle, by w końcu było dobrze (...)”. Ta myśl nurtuje mnie już od dłuższego czasu. Z jednej strony uderza banalnością, z drugiej zaś emanuje dyskretnym urokiem racjonalizmu. Ja jednak przede wszystkim dopatruję się w niej refleksu szkoły stoickiej. Skłaniającej, jak pisał Marek Aureliusz w swoich „Rozmyślaniach”, do dostrzeżenia nawet w największej tragedii zalążka czegoś pozytywnego.

Tak to już bowiem jest, że większość rozwiązań, szczególnie tych prawnych, sprawdza się wyłącznie w boju. Pisałem już na tych łamach („Prawnicy muszą stworzyć rzeczywistość alternatywną”, DGP z 30 sierpnia 2016 r.), że obecnie nastał czas wyjątkowego sprawdzianu dla szeroko ujętego wymiaru sprawiedliwości. Z całkiem bliska można bowiem zaobserwować, jak funkcjonują rozwiązania, które miały zagwarantować jego sprawność i niezależność. Morze farby drukarskiej wylano już, by wykazać, że swoiste bezpieczniki systemowe, ulokowane w aktach prawnych, od konstytucji zaczynając, na poszczególnych ustawach kończąc, okazały się niewystarczające. A pomysł na ich neutralizację był zabójczo prosty. I nie chodzi tutaj o demontaż TK kolejnymi „ustawami naprawczymi”. Wystarczyło po prostu nie drukować jego orzeczeń, by wprowadzić chaos. Ale TK wciąż się broni.

Pozostało 80% treści
Wybierz pakiet i czytaj bez ograniczeń.

Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Autopromocja
381453mega.png
381439mega.png
381484mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.