Władza w jednych rękach. Nie, nie w tych, o których najczęściej mowa. Wicepremier Mateusz Morawiecki, który, przypomnijmy, jest już ministrem finansów oraz szefem resortu rozwoju, a także przewodniczącym Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, rozdającym karty w spółkach Skarbu Państwa, a kto wie, czy nie marzy mu się również energetyka, coraz śmielej spogląda w stronę zdrowia. Wykorzystując fakt, że rządzi finansami, może realnie wpływać i blokować projekty, które wychodzą z budynku przy ul. Miodowej w Warszawie (tam mieści się Ministerstwo Zdrowia).
Na celowniku wicepremiera znalazł się m.in. kluczowy z punktu widzenia systemu lecznictwa projekt o sieci szpitali. Mateusz Morawiecki, który już kilka tygodni temu wyrażał swoje wątpliwości (skądinąd słuszne) do niego w kontekście wykluczania z rynku prywatnych placówek medycznych, teraz pokazał czerwoną kartkę całemu pomysłowi ministra Radziwiłła. Skutek? Sieć szpitali może nigdy nie powstać. I tu zaczyna się efekt domina. Bo sieć, która zmienia filozofię finansowania świadczeń zdrowotnych, ich kontraktowania, jest elementem większej układanki. Jej brak pod bardzo dużym znakiem zapytania stawia całą reformę zdrowotną, czyli likwidację Narodowego Funduszu Zdrowia, przekazanie kontraktowania świadczeń samorządom, w końcu zwiększenia nakładów na lecznictwo do 6 proc. PKB (dziś jest to 4,2–4,3 proc.).
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.