To nie jest dobry okres dla firm transportowych. Z pozycji kury, znoszącej złote jajka – jednej z nielicznych polskich branż, która dobrze sobie radzi na europejskim rynku nawet bez państwowych kroplówek – spada powoli do roli skubanej ze wszystkich stron, zmęczonej życiem nioski.
Latem przedsiębiorcy usłyszeli od Sądu Najwyższego, że muszą zacząć płacić swoim kierowcom dodatkowe pieniądze za noce spędzone w – niechby i superluksusowych – kabinach ciężarówek. I to płacić nawet do trzech lat wstecz! Niemal jednocześnie śrubę w polsko-wschodnich relacjach przykręcała Moskwa, uderzając embargiem na polskie dostawy nie tylko w producentów, ale i w transportowców właśnie. Rok skończył się nie lepiej: głośno już było o ustawie, która 1 stycznia nałożyła na wszystkich, którzy wożą towary (i ludzi) przez Niemcy, obowiązek płacenia kierowcom przynajmniej 8,5 euro za godzinę. A o podobnych regulacjach myślą już inne europejskie kraje.
Nie lubię jednak żadnej dyskryminacji – ani pozytywnej, ani negatywnej. Dlatego mogę się zgodzić z resortem infrastruktury, że zasady powinny być takie same dla wszystkich. Skoro zasada w postępowaniu administracyjnym jest taka, że najpierw płacisz karę, a potem możesz odwoływać się od niej do sądu, powinna ona obowiązywać tak samo sklepikarzy, jak i przewoźników, którzy dziś są w tej mierze uprzywilejowani – z płaceniem mogą poczekać, aż inspekcji drogowej przyzna rację sąd. I resort infrastruktury chce to zmienić (piszemy o tym obok). Trudno też dyskutować z jego propozycją, by zacząć karać osoby zarządzające transportem za to, że wpuszczają na polskie drogi – jako kierowców wielotonowych, potencjalnie zabójczych maszyn – kierowców bez uprawnień.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.