Nieodległy jest moment, w którym nasz dług osiągnie poziom jednego biliona, czyli tysiąca miliardów złotych. Najwyraźniej politycy nie potrafią się przeciwstawić rozbudzonym oczekiwaniom społecznym i z premedytacją wydają więcej, niż możemy sobie pozwolić.
Zakładając, że kumulujące się długi spłacać będzie ktoś inny, i przytaczając opinie znanych ekonomistów (np. noblisty Paula Krugmana) zachęcających do zwiększania wydatków rządowych. Zapominają przy tym jednak, że to, co być może jest uzasadnione w przypadku krajów takich jak np. Japonia (ma olbrzymi, ale bardzo tani w obsłudze dług), może prowadzić do katastrofy w innych. Jeśli do formalnie liczonego długu dołożymy inne elementy składające się na życie na kredyt (szybko pogarszający się profil demograficzny, zaniedbana infrastruktura, niedostatki edukacji), jasno widać, że następne pokolenia nie będą miały łatwego życia.
Sprawę pogarsza to, że od lat nie potrafimy stworzyć efektywnej, oszczędnej administracji i marnujemy olbrzymie środki na wiele jej nietrafionych działań – oceny strat wynikających z marnotrawstwa pieniędzy publicznych na poziomie 50 mld zł rocznie nie wydają się niestety przesadzone. W tej sytuacji deficyt budżetowy staje się niejako stanem naturalnym.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.