- Straty spowodowane przez załamanie światowej gospodarki są tak duże, że elementarne poczucie sprawiedliwości domaga się ukarania odpowiedzialnych i wyciągnięcia wniosków. Tak się nie dzieje - pisze Piotr Różyński.
Rząd USA pozywa do sądu banki za oferowanie toksycznych instrumentów i doprowadzenie do światowego kryzysu. Z kolei w Islandii zaczyna się proces byłego premiera Geira Haardego, oskarżonego o krach systemu finansowego. Czyżby wreszcie skończył się czas powszechnego braku odpowiedzialności za błędy i szkodnictwo gospodarcze? Niestety, co najwyżej nastał czas szukania kozłów ofiarnych.
Straty spowodowane przez ostatnie załamanie niełatwo policzyć. Wiosną 2008 r. MFW szacował, że kryzys, wówczas określany jako kredytowy, może kosztować 945 mld dol. Latem 2009 r. Commerzbank oceniał straty globalnego kryzysu finansowego na 10,5 bln dol. Teraz wiemy, że to dziesiątki bilionów dolarów m.in. w postaci pieniędzy podatników wydanych na ratowanie gospodarek i sum, które wyparowały z giełd. Elementarne poczucie sprawiedliwości domaga się wskazania winnych, choćby symbolicznego ich ukarania i wyciągnięcia wniosków.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.