Gdy osiem lat temu Polska przystępowała do Unii Europejskiej, nikt się nie spodziewał, że role tak szybko się odwrócą. Byliśmy krajem, który ma dorównać, jesteśmy strażnikami unijnych zasad.
Negocjacje akcesyjne pamiętam jako nieprzerwane pasmo strofowania naszego kraju. Kolejne państwa, które przejmowały przewodnictwo we Wspólnocie, stawiały naszym negocjatorom zadania do wypełnienia. A to nasz przemysł niezgodnie z prawem korzystał z pomocy państwa, a to rolnicy łamali unijne regulacje sanitarne, a to polskie granice były nieszczelne. Każda krytyczna opinia z Brukseli, nawet wypowiedziana przez niskiej rangi urzędnika, była przedmiotem debaty w mediach, a nawet w Sejmie.
W ścisłym egzekwowaniu warunków przystąpienia Polski do Unii celowały w szczególności Francja i Belgia, a także kraje południa Europy. Po części z zadufania i wiary we własną nieomylność. A po części z niechęci do poszerzenia, które nieodwołalnie musiało oznaczać przesunięcie środka ciężkości Wspólnoty na wschód. O zakończeniu trwających pięć lat rokowań ostatecznie zadecydował kanclerz Gerhard Schroeder. Rozumiał, że o tym, czy Polska i jej sąsiedzi powinni znaleźć się we Wspólnocie, decyduje historyczna konieczność, a nie to, czy dostosowały się do przepisów każdej z 80 tysięcy stron prawa europejskiego.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.