To, jak nasza administracja podchodzi do samochodów, jak w soczewce pokazuje rządowe (i nie tylko rządowe) nastawienie do wydawania pieniędzy w ogóle.
Nie mam pretensji o to, że urzędnicy upierają się, że jeżdżą samochodami średniej klasy, chociaż kosztują one dwa razy więcej niż rzeczywista klasa średnia. To jasne, że minister czy wiceminister nie chcą się gnieść w jakimś kompakcie i „średni” to dla nich samochód, którego nie muszą się zupełnie wstydzić, ale też nie taki, który da się porównać z autami wielu z ich petentów, np. z biznesu. Tu, jeśli można się do czegoś przyczepić, to tylko do mącenia nam w głowach nazewnictwem.
Prawdziwy problem tkwi gdzie indziej – w tym, że pozwoliliśmy urzędnikom przyzwyczaić się do „kupowania”, a nie tylko do „korzystania” z samochodów (czyli do długoterminowego wynajmu), chociaż w tym drugim przypadku nie trzeba od razu wykładać na stół całej wartości pojazdu, nie mówiąc już o takich drobiazgach, jak zrzucenie z urzędu konieczności dbania o swoją własność.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.