Autopromocja

Woś: O produktywności inaczej. Nareszcie!

Rafał Woś
Rafał WośDGP / Wojtek Gorski
10 sierpnia 2018

Produktywność to jedna z największych zagwozdek współczesnej gospodarki. Zwłaszcza w krajach rozwiniętych, gdzie od dobrej dekady albo nawet dwóch prawie przestała rosnąć. I to pomimo wielu przełomowych innowacji, których świat się w tym czasie dorobił. Jak to pogodzić?


Odpowiedź na pytanie o produktywność zależy oczywiście – jak wszystko w ekonomii – od politycznego nastawienia odpowiadającego. Jeszcze do niedawna główny (liberalny) nurt odpowiedziałby pewnie, że za brak produktywności odpowiada to, że przedsiębiorcy są spętani różnej maści regulacjami czy podatkami. A biznes – jak ten Atlas u libertarianki Ayn Rand – musi dźwigać na swoich biednych barkach zbyt wiele. Kulejąca produktywność to po prostu konsekwencja tego stanu rzeczy. Nie kwitnie, bo nie starcza środków na inwestycje, które są przecież produktywności kołem zamachowym.

Z takim wytłumaczeniem nie zgadzają się popytowcy, czyli zwolennicy takiego podejścia do ekonomii, w którym zmieniamy soczewkę i przyglądamy się nie tylko losowi producentów (to błąd, który często gęsto popełniają liberałowie). Dla popytowców (czy to spod znaku keynesizmu, czy nawet marksizmu) liczy się raczej to, czy w gospodarce znajdzie się ktoś, kto te wszystkie produkty i usługi będzie w stanie docenić. A w kapitalizmie „docenić” równa się „zapłacić”. Produktywność – mówią popytowcy – to przecież nic innego jak cena, którą za jednostkę danego dobra chce płacić rynek. Jeśli nie ma popytu, na przykład z powodu stagnacji dochodów klas niższej i średniej, to i nie ma się co dziwić stagnacją produktywności.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.