Żyjemy w czasach, gdy żadna demonstracja obywatelska nie jest w stanie obalić rządu. W późnym kapitalizmie rządy są łamane innym rodzajem protestu. Oporem kapitału.
W kapitalizmie strajk w Stoczni Gdańskiej byłby niemożliwy. Pracodawca wywaliłby prowodyrów na zbity pysk z art. 52 kodeksu pracy (dyscyplinarka) i wezwał prywatnych ochroniarzy, by rozpędzili zbiegowisko. Braki kadrowe uzupełniono by natychmiast przy pomocy tańszych i bardziej dyspozycyjnych pracowników z Ukrainy oraz Białorusi. A jeszcze lepiej z Bangladeszu, Filipin czy Nepalu. O ich dostarczenie na czas i w odpowiedniej liczbie zadbałyby z kolei wyspecjalizowane agencje pracy tymczasowej.
Dlatego w dzisiejszym kapitalizmie do strajków dochodzi rzadko i niemal nigdy nie osiągają one takich rozmiarów jak te, które miały miejsce w Polsce lat 80. Nie dlatego, że ludziom jest tak świetnie. Tylko dlatego, że ich organizacja zostaje zduszona w zarodku, już na początkowym etapie. Do pewnego stopnia podobnie jest z demonstracjami obywatelskimi. Wyjdą czasem ludzie na ulicę, pokrzyczą, zobaczą, że efektów to żadnych nie przynosi, i wrócą do domów. Bo następnego dnia trzeba przecież do roboty. Samo się nie zarobi na czynsz, zakupy i na raty kredytu.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.