Obecna sytuacja, czyli zagrożenie kataklizmem strefy euro i jej sąsiadów przypomina Amerykę zaraz po bankructwie Lehman Brothers. Wszyscy miotają się, nie wiedzą, co robić, wydaje się, że nadciąga koniec świata.
Jest tylko jedna różnica między tym, co było trzy lata temu, a obecną sytuacją. Wtedy kilku ludzi wzięło się w garść, w ciągu kilku dni przygotowało program ratunkowy i szybko go wprowadziło w życie. Lepiej czy gorzej, ale zadziałał.
Ekonomiści i politycy grożą, że równie mało czasu zostało na ratowanie strefy euro. „To ostatni tydzień” – krzyczą tytuły gazet. Tymczasem Angela Merkel i Nicolas Sarkozy zaserwowali nam wczoraj kotlet bez smaku. W dodatku odgrzany. Ustalili, że kary za złamanie dyscypliny budżetowej w krajach strefy euro mają być automatyczne i potwierdzone w traktatach unijnych. Zgodzili się, że trzeba zrezygnować z euroobligacji i zostawić w spokoju Europejski Bank Centralny. To być może dobre informacje, tylko że nie przynoszą oczekiwanego przełomu. Nie ma tu nic nowego. Widać, że dalej o wszystkim będą decydować Berlin i Paryż. Za chwilę czwartkowo-piątkowy szczyt UE w Brukseli, potem kolejne spotkania, długie debaty, zgniłe kompromisy. Niektóre ustalenia i tak obywatele mogą odrzucić w referendach. Niektóre wejdą w życie gdzieś za rok. W tym czasie Francuzi co innego mówią, co innego robią. Minister finansów Francois Baroin zapowiedział, że mimo ostrzeżeń agencji S&P nowych oszczędności szukać nie będzie w ogóle. Dalej więc brakuje woli działania i pomysłu, jak szybko zatrzymać pikowanie tego samolotu, czy, jak wyraził się ostatnio rzecznik rządu Paweł Graś, pożar domu. Pali się pierwsze piętro, a my jesteśmy na drugim i nie mamy jak uciec.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.