Skończyłaś pisać sztukę teatralną "Między nami dobrze jest". Pojawiają się w niej trzy pokolenia kobiet: metalowa dziewczynka, jej matka i babka. Każda z innego świata. Dla mnie to makabryczna komedia o Polakach, którzy nie wiedzą, kim są, a może ich w ogóle nie ma?

Dorota Masłowska: Zderzyłam pokolenia: języki, sposoby myślenia, funkcjonowania, inne codzienności, żeby wydobyć ten zgrzyt, ten brak czegoś takiego jak "statystyczny Polak", brak platformy, na której to by się wszystko spotykało i moglibyśmy powiedzieć "my". Wszystko to jest w tej sztuce dość makabryczne, przerysowane, ale wydaje mi się, że tutaj po raz pierwszy mówię coś potencjalnie dobrego. Oczywiście nie formułuję wprost żadnego pozytywnego przesłania, ale to pierwsza rzecz, którą napisałam nie pod hasłem: w jakim okropnym kraju żyjemy, a jak tu szaro! Odwrotnie, jest tu moja afirmacja bycia Polką i polskości, totalnie dzisiaj wyszydzonej, zmieszanej z błotem i traktowanej jako skazę, jako policzek wymierzony przez los, przynajmniej w moim pokoleniu.

Po raz pierwszy pojawia u ciebie się historia, trauma, II wojna światowa...

Dojrzewam, przestają mnie przejmować jednowymiarowe obyczajówki, szukam przyczyn, źródeł, drugiej warstwy. W Warszawie przejmuje mnie bardzo, że jest taka wielowarstwowa. Metro, tramwaje, naturalny wielkomiejski szum, a cały czas między tym wszystkim krzyże, tablice pamiątkowe i świadomość, że nie tak dawno tematu było najprawdziwsze piekło, rzeź, że to wszystko jest zakopane pod tymi chodnikami, po których sobie gdzieś tam chodzimy na spacer. Zabrałam niedawno moją córkę, która ma lat cztery, do Muzeum Powstania Warszawskiego. I to było dla mnie bardzo przejmujące doświadczenie, bo ona mogła zrozumieć, że Warszawa była zniszczona, że były pożary, głód, ludzie chodzili po kanałach, ona to mogła jako fabułę przyjąć, tyle że nie rozumiała, że to było kiedyś. Nie mogłam jej wytłumaczyć , że myśmy wtedy nie żyli. Ona pytała: ale co, umarliśmy? Nie mogła sobie uzmysłowić, że istnieje na świecie czas, że było coś innego, niż jest teraz.

No tak, mój syn powiedział ostatnio: sto lat temu byłem mały.

Mieszkamy w domu, który był uszkodzony w Powstaniu, pani, co mieszka na górze, w nim walczyła. I zupełnie mnie uderzyło, że osoby z tak skrajnie różnym odczuwaniem rzeczywistości żyją na jednym świecie, w jednym mieście, w jednym domu, że ta historia dotyczy ich w tak różny sposób. Że można, żyjąc obok siebie, tak bardzo się nie rozumieć, tak inaczej postrzegać. I właśnie w tej sztuce próbowałam pokazać czas nie jako linię, ale jako punkt. Takie bardzo infantylne, ale przez to wyraziste spojrzenie na czas, takie odczuwanie go, jakie mają współczesne dzieci. Obcują z taką mnogością fabuł. To jest pewnie pierwsze pokolenie, które widzi wszystko zapożyczone, każdy czas, etap historii, jest zrekonstruowany i można go obejrzeć w telewizji. Obrazy się nakładają, czas zaczyna być wręcz miejscem, multimedialnym muzeum, gdzie wszystko można obejrzeć, powąchać i w czym można uczestniczyć.

Czyli to jest sztuka nie tyle o braku, ale o istnieniu wszystkiego naraz: bombardowanie jest teraz, wnuczka teraz i babcia teraz. W dodatku po raz pierwszy w twojej prozie nie wszystkie języki są skompromitowane, wyśmiane, poddane w wątpliwość - choćby bardzo staranny język staruszki.

Do dziewiętnastego roku życia mieszkałam ze swoją babcią i ona ciągle narzekała na wszystko, co współczesne jako ordynarne i zwyrodniałe, a kiedyś to były piękne filmy, smaczne ciastka, piękne suknie. Mnie się to wydawało wtedy fałszywe, herbatki w filiżankach w różyczki, a ja myślałam, że na pierwszym miejscu jest prawda, a prawda to bandanki w czaszeczki. Myślę, że byłam trochę taką metalową wnuczką. I teraz mam karę, bo dostrzegam, że w tamtych starych formach było jakieś staranie o piękno, pielęgnowanie go. Ciągle jako dobra fraza na to chodzi mi po głowie tytuł płyty Agi Zaryan "Piękno umiera". Wszystko jest takie zmielone i zniszczone, język tej staruszki przynosi coś jak wiew pięknego powietrza. Ciągle czytam stare książki, oglądam stare filmy i tęsknię do piękna, prostoty, do nieistnienia na świecie plastiku. Moja babcia powtarzała, że kiedyś świat był lepszy, ja w to do nie do końca wierzę, ale możliwe, że tak trochę było.

Stajesz się konserwatystką.

Nie wiem, pewnie nie istnieją komputery, które mogłyby obliczyć, czy ilość zła na świecie realnie się zwiększyła. Ale zupełnie inna jest jego recepcja, przesuwa się próg jego przyswajalności, kiedyś była "Sprawa Gorgonowej", a dziś takie wydarzenie byłoby jednym z miliona okienek wyskakujących w serwisie internetowym. Może zanika takie uczucie jak groza. Wszystko na wierzchu, obnażone, powielone, napisane jedną czcionką. Nic dawno nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak kobiece dokumenty z PRL-u. Zaduma, że 40 lat temu Polska była na etapie takim, że ludzie "kroili kamienie siekierą", czyli konie, kartofliska, onuce, język, jakim mówią chłopi u Reymonta. I oglądasz to w 2008 roku, jak przybysz z kosmosu: starzy ludzie wieszają chusty w pasy na płocie, smutne poorane twarze jak Indianie, jakaś zupełna egzotyka, a jednocześnie to było tu, gdzie stoisz, chwilę temu. Albo momenty, gdy mówią o Bogu. To jest niesamowite, bo doszło do mnie z wielką wyrazistością, że ludzie nie pochodzą "z fabryki", dostając tylko nalepkę "Polak", "Francuz", "katolik", "buddysta", że to wszystko jest głęboko w tej ziemi, sprzężone z tym miejscem przez wieki.

Tylko że dziś częściej się tego wstydzimy, niż do tego przyznajemy, a poza tym jesteśmy totalnie podzieleni.

Mam poczucie, że w tym mitycznym "wtedy" istniało coś takiego jak naród, jak poczucie "my". A dziś jest "wy", "oni", "ja", ale nie ma żadnego poczucia wspólnoty i to jest myśl, która przewija się w tej sztuce. To wynika pewnie z tego, że po przemianach ustrojowych nie wszyscy zdołali wskoczyć na karuzelę, i jest cała pula ludzi, których ta karuzela nie dość, że nie zabrała, to odrzuciła strasznie daleko. I Kościół też nie nadążył za przemianami, stał się jakąś oazą dla tych odrzuconych, pod hasłem "pomścimy te wszystkie rzeczy, co sobie kupiliście", stał się synonimem obciachu i ciemnogrodu, kartofli i moherowych beretów. Mnie drażni bezmyślne "jechanie" na Kościół, bo jest często taką samą nietolerancją, jak każda inna. Dla mnie są obciachem żarty z Radia Maryja, to jest jakieś totalne lenistwo, ściąganie myśli z internetu. Tymczasem wydaje mi się, że to jest kwestia dwóch lat, że jak ktoś będzie chciał być naprawdę punkiem, to wywali bandankę w czaszeczki z H&M-u, założy sweter z liszajem i pójdzie na pielgrzymkę. Taki widzę wywrotowy potencjał w teraźniejszej "obciachowości" Kościoła.