– To nie jest paranoja. Ludzie zakrywają twarze, bo muszą – mówi DGP prezydent elekt Białorusi Swietłana Cichanouska. Pytam, czy naprawdę wierzy, że białoruskie służby są teraz w Warszawie, w tłumie ludzi świętujących zakazany przez reżim Dzień Woli. – Ja to wiem. KGB tu jest i obserwuje – odpowiada bez wahania.
Stoimy na placu Trzech Krzyży w morzu biało-czerwono-białych flag. Niektórzy w rękach trzymają zdjęcia więźniów politycznych, inni machają małymi chorągiewkami z białoruskim godłem, między dorosłymi biegają dzieci w ludowych strojach. Nie widać tylko twarzy – zasłaniają je kominiarki, maseczki, szaliki. Nawet tu, w Warszawie, Białorusini narodowe święto wolności muszą obchodzić anonimowo.
Zakazane święto niepodległości na Białorusi
Dzień Woli – upamiętniający powstanie Białoruskiej Republiki Ludowej w 1918 r. – od lat funkcjonuje jako symbol niepodległości i sprzeciwu wobec reżimu. Władze w Mińsku zakazały jego obchodów i zastąpiły je świętem państwowym 3 lipca, odwołującym się do historii sowieckiej. W praktyce mogą świętować tylko poza własnym krajem.
Po krótkich przemówieniach marsz rusza. Na czele, otoczona ochroniarzami, idzie Cichanouska. Towarzyszą jej Paweł Łatuszka, Andrzej Halicki, Grzegorz Schetyna i najbliżsi współpracownicy. Tuż za nimi rekonstruktorzy przebrani za kosynierów, muzycy grający na dudach. Dalej – 320-metrowa flaga wolnej Białorusi niesiona przez uczestników marszu. Rozciąga się na całą długość pochodu. Ludzie poprawiają chwyt, przesuwają dłonie, ale nikt nie puszcza materiału.
Punkt zwrotny - wybory w 2020 r.
Marsz w Warszawie jest bezpośrednim skutkiem wydarzeń z 2020 r. Wybory prezydenckie z 9 sierpnia, oficjalnie zakończone wynikiem ponad 80 proc. dla Alaksandra Łukaszenki, zostały powszechnie uznane za sfałszowane. W wielu komisjach publikowane protokoły wskazywały na zwycięstwo Cichanouskiej.
W kolejnych tygodniach setki tysięcy ludzi wychodziły na ulice Mińska i innych miast. Odpowiedź państwa była brutalna - masowe zatrzymania, przemoc, tortury w aresztach. To wtedy zaczęła się kolejna fala emigracji.
Według centrum praw człowieka Viasna na koniec marca tego roku, w białoruskich więzieniach przebywa ponad 900 więźniów politycznych. Od 2020 r. przez system represji przeszło ponad 4,5 tys. osób. Te liczby nie są abstrakcyjne. Zamaskowani uczestnicy marszu trzymają w rękach zdjęcia aresztowanych. – To mój brat – wyjaśnia chłopak idący obok mnie. – Nie widziałem go od 6 lat. Nie wiem co się z nim dzieje ani gdzie siedzi – dodaje.
Normalność to na Białorusi towar deficytowy
W tłumie dominują młodzi ludzie. Wielu z nich wyjechało z Białorusi po zdarzeniach z 2020 r. i nigdy nie wróciło. – Nie mogę nawet odwiedzić rodziny. Mogliby mnie zatrzymać – mówi Nikita. Od 6 lat mieszka w Polsce. Jest kasjerem w sklepie spożywczym.
– W domu nie można nawet myśleć o takim marszu. Nie mówiąc już o głośnym wyrażaniu swoich poglądów. A tu, w Warszawie czuje się w końcu jak Białorusin. Nie jak ktoś, na kogo po wyjściu na ulicę wyjedzie czołg - mówi. Pytam, czy to znaczy, że czuje się wolny. – Tu jest normalnie. Tak, jak powinno być – odpowiada.
Słowo „normalnie” wraca w rozmowach jak refren. W kraju, z którego wyjechali, normalność została zdelegalizowana na długo przed protestami. – My nie wrócimy. Ale mamy tam rodziny – mówi chłopak w kominiarce. – Wystarczy jedno zdjęcie – dodaje stojąca obok kobieta w maseczce.
Reżim stosuje odpowiedzialność zbiorową. Jeśli ktoś za granicą uczestniczy w demonstracjach czy publicznie krytykuje Łukaszenkę, konsekwencje ponoszą jego bliscy w kraju. – Oni to sprawdzają. Internet, zdjęcia – wyjaśnia jeden z mężczyzn.
Alek - człowiek bez maski
W tłumie są też osoby bez masek. Jak Alek. Pytam czy nie boi się pokazywać twarzy. – To już bez znaczenia. I tak jestem na listach – mówi. Alek jest informatykiem. W 2020 r. podczas fali protestów po wyborach trafił do aresztu. – Siedziałem piętnaście dni. Miałem szczęście. Nikt mnie nie bił. Strażnicy byli raczej znudzeni. Pytali po co mi to było – wspomina.
Po zwolnieniu z aresztu wyjechał z kraju. Najpierw do Lwowa. – Byłem tam do 16 lutego 2022 roku. Już wcześniej planowałem wyjazd do Polski. Zdążyłem na kilka dni przed wojną – opowiada.
Na Białorusi nie był od sześciu lat. – KGB przyszło do moich rodziców. Powiedzieli: „Przekażcie mu, że wiemy i czekamy” – mówi. Z rodzicami widuje się sporadycznie. – Odwiedzają mnie, przyjeżdżają do Warszawy, ale w drodze powrotnej, po przekroczeniu granicy są przesłuchiwani. Ojciec też jest na liście. Mamie udało się załatwić wykreślenie, ale niewiele to zmienia. Za każdym razem spędzają kilka godzin w pokoju przesłuchań – opowiada.
Polska to dla Alka drugi dom. – W Warszawie jesteśmy wolni… no prawie – mówi. – Zawsze mam z tyłu głowy, że ktoś może zapłacić za to co robię – dodaje.
Natalia - po drugiej stronie strachu
Opowieść Alka przerywa Natalia. Została aresztowana podczas protestu w Mińsku w 2020 r. W więzieniu spędziła prawie dwa miesiące. – Nie było tak lekko jak u niego. Bili nas co drugi dzień. Mówili, że nigdy więcej nie zobaczymy naszych bliskich i całe życie spędzimy w obozie – opowiada.
Po wyjściu od razu wyjechała do Polski. – Na początku było ciężko. Nie czułam się bezpiecznie. Cały czas miałam koszmary. KGB, więzienie… Nie mogłam znaleźć pracy, nie znałam języka – wspomina.
Dziś Natalia pracuje w salonie kosmetycznym, mieszka z chłopakiem i pieskiem Saszą. – Już się nie boję. Ale nie dlatego, że zagrożenie minęło, po prostu je oswoiłam – mówi. Pytam ją, czym jest wolność. – Wolność jest wszystkim. To jedyne, co człowiek naprawdę ma. Bez niej jest tylko egzystencja, a nie prawdziwe życie – odpowiada.
Marsz dociera na plac Zamkowy. Tłum zwija gigantyczną flagę i gęstnieje wokół sceny, na której po chwili pojawia się Swietłana Cichanouska.
– Nasza prezydentka – mówi z dumą mężczyzna stojący obok. – Nigdy bym nie pomyślał, że będę stał tuż obok niej – wtóruje machający flagą młody chłopak.
KGB patrzy
Po przemówieniu Cichanouska schodzi ze sceny. Wokół niej szybko zbiera się tłum. Tłum ludzi w maskach. Wprost pytam ją, czy uważa, że białoruskie służby są tu w Warszawie, wśród uczestników marszu. – To nie jest paranoja – odpowiada Cichanouska. – Mechanizmy dyktatury sięgają poza granice Białorusi. Ludzie w wolnej Polsce ukrywają twarze, bo są zastraszani. Boją się o swoich bliskich – wyjaśnia. Po chwili dodaje - KGB tu jest i obserwuje. Ja to wiem – mówi.
Przypomina, że po zeszłorocznym marszu służby Łukaszenki przeprowadziły falę zatrzymań. Celem byli przebywający w kraju, krewni uczestników obchodów.
Kiedy pytam ją o wolność, zmienia ton. – Dla was wolność jest czymś abstrakcyjnym, bo być może zapomnieliście o jej cenie. Dla Białorusinów wolność to małe rzeczy… na przykład możliwość powrotu do domu, odwiedzenia bliskich. To także brak strachu, że ktoś zapuka do drzwi i założy ci worek na głowę na oczach twoich dzieci – dodaje.
Ludzie zaczynają się rozchodzić. Większość z nich nie była w domu od lat. Nie wiedzą, czy kiedykolwiek wrócą. W Warszawie mogą mówić, protestować, iść ulicą bez strachu przed aresztowaniem. Ale wolność, o której mówią, nie kończy się na granicy państwa.
I dlatego – jak mówi Alek – są tu wolni. No prawie.
Marsz przeszedł przez Warszawę w ubiegłą sobotę i uczestniczyło w nim około 1000 osób.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu