To się nie dzieje z dnia na dzień, to proces. Minie wiele czasu, zanim staniesz się więźniem. Wcześniej zaczynasz być niewidzialny. Wycofujesz się z aktywności, z towarzyskich pogwarek przed blokiem. Tego nikt nie zauważa. Zostajesz sam w pustym mieszkaniu na czwartym piętrze. Równie dobrze mógłbyś się znajdować na bezludnej wyspie.
Wiesz, jak smakuje starość? Jak siki, które wylatują z ciebie bez udziału twojej woli. I podobnie pachnie. Ogarnia cię przemożne poczucie bezradności. Za nim przychodzi panika, siostra samotności. – Znów czegoś nie pamiętamy? – uśmiecha się pielęgniarka środowiskowa. Nie pamiętamy. Każdy krok jest wyzwaniem na miarę zdobycia Czomolungmy. Tylko nie ma dokąd pójść. Wszędzie czyhają schody, progi, krawężniki, coraz bardziej obce ulice i obcy ludzie.
Reklama

Reklama
W domu bezpieczniej. Gra radio. Albo śnieży telewizor. Ostatnie pieniądze zaoszczędzone na receptach idą na najtańszy abonament cyfrówki. Bo tylko tam widzisz ludzi. Świat. Z tym elektronicznym światem budzisz się i zasypiasz. Szkoda, że nie można z nim porozmawiać. Zresztą o czym? Znów czegoś nie pamiętamy, zapomnieliśmy, o czym nie chcemy pamiętać. O dzieciach, które gdzieś daleko, nie mają czasu nawet na telefon? O wnuczkach widzianych dwa lata temu? Sąsiadach, którzy dawno stwierdzili, że już nam całkiem odbiło, że zdemencieliśmy? Nawet przez okno nie powyglądamy, za wysoko. Kiedyś domy budowano niższe, takie bardziej dla ludzi. Z poziomu dziesiątego piętra trudno dostrzec, kto i z kim rozmawia, wychodzi, co niesie w torbie. Ale jak nawet mieszkasz na parterze, to niewiele dostrzeżesz. Bo co? Samochody zaparkowane na betonie? Więc łatwiej się skulić pod kołdrą. Sen przynosi zapomnienie. Lekarz mówił, że to starcza depresja. Ale co ci lekarze wiedzą.
Umierajmy przed terminem
Architekci, socjologowie i psycholodzy ukuli pojęcie syndromu IV piętra. Określa bariery, na jakie natrafiają ludzie niepełnosprawni w swoich kontaktach ze światem. W budynkach mających nie więcej niż pięć poziomów (licząc z parterem), zgodnie z prawem budowlanym nie trzeba było montować wind. Ci, którzy z różnych powodów mają problem z poruszaniem się, zostają uwięzieni w swoich mieszkaniach. Równie dobrze mogliby się znajdować na bezludnej wyspie.
Ów syndrom czwartego piętra dotyczy wszystkich osób upośledzonych fizycznie, ale z oczywistych względów – także demograficznych – dotyka najczęściej seniorów. Zresztą także to czwarte piętro jest pewną przenośnią. Symbolem bariery nie do pokonania. Gdyż, jak mówi Joanna Mielczarek ze stowarzyszenia „mali bracia Ubogich”, przeszkodą nie do pokonania dla starszych może być także wysoki parter. Te cholerne pięć schodów dzielących stare nogi od chodnika przed domem. Wystarczą trzy schodki – spróbuj je przejść, trzymając się balkonika.
Tych barier jest zresztą więcej, nie wszystkie natury architektonicznej. Zwykle chodzi o czynnik ludzki. Obojętność. Zapomnienie. I jeszcze wady systemów opieki zdrowotnej i pomocy społecznej.
– Mam wrażenie, że oni czekają tylko na to, żebyśmy umarli. Wówczas pozbyliby się problemu – konstatuje Piotr. I przypomina hasło z czasów PRL-u: „Popierajmy partię czynem, umierajmy przed terminem”. Za chwilę strzeli mu 83. korek od urodzinowego szampana, choć alkoholu nie pije już przynajmniej od dekady. Tego sikacza bez zawartości procentów także nie będzie odpalał, szkoda pieniędzy. W takich napojach jest cukier, substancja zakazana dla chorujących na cukrzycę. A on ją ma. Tak samo jak tachykardię, kłopoty z kręgosłupem, zaburzenia pamięci. A teraz traci wzrok. Typowe schorzenie seniorów – zaćma. Przestał już wychodzić z domu, bo wciąż na coś wpadał, przewracał się, łamał. Tłukł stare kości.
Przyznaje, że dostaje czasem szału. Odpadło oglądanie telewizji (OK, można słuchać, ale to nie to samo), o czytaniu książek i prasy nie ma mowy. Kupił wielki monitor do komputera, taki na pół ściany, bo przez internet miał kontakt ze światem. Ale obecnie największe powiększenie obrazu niewiele pomaga. Konieczna jest operacja, ma skierowanie. I wyznaczony orientacyjny termin: pierwsze miesiące 2019 r. – Wcześniej mnie pewnie zimny chirurg pokroi – rzuca sarkastycznie Piotr, ale widać, że jest przerażony. Pięć minut temu atrakcyjny mężczyzna, przystojniak, dusza towarzystwa, staje się nagle skazańcem uwięzionym we własnym domu.
Eleonora, 89 lat, takim więźniem stała się już pięć lat temu. Z podobnych powodów: słaby wzrok, słabe serce i w ogóle zdrowie, coraz słabsza pamięć. Ona ma to szczęście, że mieszka w domku, takim niewielkim klocuszku na obrzeżach miasta. Przy domku ogródek, w ogródku sławojka. Przestała wypuszczać się do miasta, odkąd kilka razy zabłądziła. Myślała, że serce ze strachu jej pęknie.
Jak jest ładna pogoda, wyjdzie do ogrodu, porozmawia z sąsiadką zza płotu. Jeśli ją dopadnie, bo ta nie zawsze ma ochotę rozmawiać. Kiedy zimno lub pada, nie wyściubia nosa z chałupy. Nawet za potrzebą, musi jej wystarczyć wiadro. Siedzi, patrzy w telewizor albo nie patrzy, jednak odbiornik zawsze musi być włączony. To erzac ludzkiej obecności i bliskości. Kiedy obcuje z laureatami Fryderyków, ma wrażenie, jakby ktoś był z nią w domu. Gdyby nie suczka Misia, nie miałaby do kogo ust otworzyć. Prawdę mówiąc, tylko ten piesek trzyma ją przy życiu. Jak jemu gotuje, to i sama skubnie kurczaka z ryżem i warzywami. Dla samej siebie nie chciałoby się jej gotować. Dzieci? Wnuki? Dobre, kochane. Dzwonią, czasem wpadną. Rozjechało się towarzystwo. Ona została, starych drzew się nie przesadza.
Dlaczego sami?
Legionowo to podwarszawska miejscowość licząca 55 tys. mieszkańców. Ponad jedna czwarta z nich to seniorzy, osoby w wieku 60 plus. Te 25 proc. to ogólnopolska średnia wykazująca niepokojącą tendencję wzrostową: w 2030 r. będzie ich ponad 43 proc. ogółu społeczeństwa. Ale już dziś stanowią wielką, choć niejednorodną grupę. Są wśród nich ludzie w pełni sił, zdrowi, aktywni zawodowo. W dobrej sytuacji majątkowej. Podróżują, cieszą się życiem. Ale i oni powoli wkraczają w smugę cienia. W ten paskudny czas, kiedy człowiek słabnie, podupada na zdrowiu i duchu, już nie ma sił, żeby gnać, potrzebuje pomocy. A tej nie ma. Tak samo, jak towarzystwa, przyjaznej twarzy, wspierającej dłoni, życzliwych oczu. Starość się Panu Bogu nie udała – powtarzają po kolei wszyscy moi rozmówcy.
To się nie dzieje z dnia na dzień, to proces. Minie wiele czasu, zanim staniesz się więźniem. Wcześniej zaczynasz być niewidzialny. Wycofujesz się z aktywności, z towarzyskich pogwarek przed blokiem. Tego nikt nie zauważa. Joanna Mielczarek opowiada o pani Marii, z którą spotyka się od dziewięciu lat. Kobieta traciła wzrok. Teraz ma minus 40 dioptrii, więc jest praktycznie ślepa. Ale nauczyła się radzić sobie w swoich czterech ścianach. Na wyciągnięcie ręki jest szafka, pięć kroków jest do łazienki, obrót ciała i kosz na śmieci. Jednak wyjście z mieszkania było coraz większym problemem. Wprawdzie w bloku jest winda, ale żeby ją obsłużyć, trzeba zapamiętać położenie guzików, a ona czasem zapominała. Można stanąć przy windzie i poczekać na sąsiada, ale co, jak ten nie wychodzi, a nogi drżą? To się wraca do mieszkania.
Pani Maria trafiła kiedyś do szpitala. Nowe, obce miejsce, nieoswojone dotykiem ściany. Jako że nie miała białej laski, a na jej nosie tkwiły okulary (dla parady, jak się uśmiecha przez łzy), personel traktował ją tak, jakby widziała. A ona nie była w stanie trafić do toalety. Przez dwa dni się nie wypróżniała, czekała, aż znajdzie ją jej przyjaciółka wolontariuszka. Wstydziła się powiedzieć o swoim problemie i cierpiała. Człowiek, nawet stary i ślepy, za wszelką cenę chce zachować godność. Na tym polega poczucie człowieczeństwa właśnie. Zagryza się zęby, to co, że nie swoje, żeby nie usłyszeć pełnego politowania: co ty wyprawiasz? Właśnie tak, na ty – babciu albo dziadku. Od obcych ludzi. A gdzie bliscy? Gdzie wnuczkowie, dzieci?
Pani Maria jest sama. Wiele osób w jej wieku i sytuacji ma rodziny. Tyle, że dziś rodzina nie jest taka sama, jak jeszcze pół wieku temu. Rzadko się zdarza, żeby w wielopokoleniowym domu zgodnie żyło kilka roczników, opiekując się sobą nawzajem i dzieląc wspólny los. Doktor Paweł Kubicki z SGH streszcza: zmiana trybu życia, osłabienie więzi rodzinnych, większa mobilność. I migracje, zarówno te wewnątrzkrajowe, jak i międzynarodowe. Do niedawna właśnie rodzina była odpowiedzialna za to, co się dzieje z seniorami. Niczym w Chinach, które także mierzą się dziś z tym problemem starzenia się społeczeństwa. Tam rodzina rozmazała się, rozpierzchła po świecie, a seniorzy i ich problemy zostali.
Samotni czy osamotnieni. Kim oni są?
Kiedy rozmawiam z seniorami oraz osobami zajmującymi się ich problemami, gdy wspólnie analizujemy najbardziej dotykające ich sprawy, pierwszą i bodaj najważniejszą jest osamotnienie. To coś głębszego i bardziej dojmującego niż samotność. Są ludzie, którzy świetnie się czują w swoim własnym towarzystwie, nie potrzebują publiczności ani grona, które towarzyszyłoby im w życiu. W każdym razie do momentu, kiedy sobie z życiem nie radzą. Wówczas zaczyna być gorzej. A najgorzej jest tym, którzy zawsze mieli koło siebie bliskich i nagle przestali. Dzieci wyfrunęły z gniazda, wnuki poszybowały jeszcze dalej: Wielka Brytania, Irlandia, Australia. Senior nie zawsze obsługuje Skype'a. Kartki na święta pewnie dzieciaki wysłały, ale nie doszły. Mąż umiera (tak zazwyczaj bywa, mężczyźni żyją krócej) i już nawet nie ma się z kim pokłócić.
Doktor Paweł Kubicki rozróżnia cztery rodzaje seniorów. Pierwszy to elita. Nie tyle finansowa, choć często te kategorie się pokrywają, ile intelektualna, tudzież zdrowotna. Aktywni, zazwyczaj mający na koncie udane życie zawodowe i towarzyskie. Wciąż pełni sił i zapału. Liderzy, niegodzący się na zapomnienie i starość. Chcą i potrafią organizować innych wokół siebie. Przy czym element wiekowy nie jest najważniejszy. Joanna Mielczarek opowiada o dwóch kobietach, które miała szczęście poznać w swojej wolontariackiej karierze: Elżbiecie i Irenie. Obie charyzmatyczne, pełne energii, więcej z siebie dawały, niż brały. Chciały działać. Przekonywały innych starszych ludzi, że warto się ruszyć, zaufać, otworzyć drzwi i serca. Obie już nie żyją, ale odeszły, przekroczywszy 95. rok życia. Ona wciąż nosi je w pamięci i sercu.
Przeciwieństwem senioralnej elity są wykluczeni. Osoby, które z powodów zdrowotnych, emocjonalnych, bezradności, nieufności zamykają się w czterech ścianach. Ryglują drzwi. Nawet nie otwierają okien. Trudno do nich dotrzeć, bo na dźwięk dzwonka kulą się w swoich fotelach i łóżkach, udając, że ich nie ma. Jedyny kontakt ze światem daje im telewizja. Albo radio. Niekoniecznie Maryja. A tam takich jak oni wciąż ostrzegają przed niebezpieczeństwami: kradzieże na wnuczka, złodzieje, którzy pod pozorem sprawdzania liczników czyszczą schowki w garderobach, oszustki przedstawiające się jako panie z opieki społecznej. Więc starzy siedzą w tych swoich dziuplach, wystraszeni i zapomniani. Niewidzialni dla otoczenia.
Czasem o tym, że już ich nie ma, daje znać zapach rozkładającego się ciała. Wtedy sąsiedzi mają swoje pięć minut w lokalnej telewizji, mogą popsioczyć na znieczulicę społeczną. Na państwo. Na system opieki społecznej. Robert Biskupski, który w Legionowie jest znany jako opiekun i przedstawiciel seniorów (zawiaduje uniwersytetem trzeciego wieku, udziela się w kilku fundacjach, szefuje miejskiej Radzie Senioralnej, jednym słowem: stara się), szacuje, że w jego mieście senioralna elita to jakieś 10 proc. Wykluczonych jest dwa razy tyle. Najszerszą kategorią są – tutaj także jego praktyka zgadza się z badaniami dr. Kubickiego – seniorzy prorodzinni. To tacy, którzy nie widzą siebie, nie mówią o swoich sukcesach, jakby one nie istniały. Żyją życiem kolejnych pokoleń: dzieci, wnuków, prawnuków. I mają nadzieję, że kiedy już zdziadzieją i osłabną, kiedy nie będą mieli sił, żeby niańczyć, gotować, robić zakupy, pilnować tych wszystkich życiowych spraw młodych, to ci zaopiekują się nimi. Zagospodarują im czas. Prorodzinnym umyka, że dziś młodzi coraz mniej oczekują od nich. I coraz mniej sami chcą im dać. Więc jest żal i rozczarowanie. Tym większe, im są bliżej, przynajmniej fizycznie.
Robert Biskupski opowiada o dramacie, z jakim spotkał się w swojej pracy. Trzy pokolenia żyją w jednym mieszkaniu. Starzy rodzice, naciskani przez dorosłe dzieci, przepisali na nie lokal. A młodzi ich wykluczyli, jakby mając im za złe, że ci starzy wciąż są, że zajmują miejsce. Seniorzy siedzą w swoim pokoju, boją się nawet wyjść do łazienki, a do kuchni wkradają się, kiedy tamci zasną. Wtedy sobie coś zrobią do jedzenia, czasem nawet coś ugotują.
Na szczęście (bądź nieszczęście, jak kto woli) prorodzinnych seniorów zastępuje społeczność tzw. poszukiwaczy wrażeń. Lub, używając innej nomenklatury, amatorów aktywności. To nowa grupa, w każdym razie w naszej rzeczywistości. Osoby, które starzały się w luźniejszym związku z bliskimi. Jest ich coraz więcej, za parę lat zdominują senioralny świat, podobnie jak to się stało w krajach Zachodu. – Tam pokolenie lat 60., tak zwanego baby boomu, żyło po swojemu i zestarzało się po swojemu – opowiada dr Kubicki. My, z racji rozmaitych wydarzeń historycznych, jesteśmy parę kroków za nimi. Niemniej nasze światy kulturowe, przynajmniej w tej kwestii, się zrównują. Poszukiwaczy aktywności przybywa, ale nie są to osoby, które byłyby w stanie pociągnąć za sobą resztę i zaktywizować rówieśników. To raczej klienci konsumenci. Kiedy się im zaproponuje jakąś rozrywkę czy aktywność, to jeśli wyda im się atrakcyjna, zgodzą się na uczestnictwo. Jeśli nie, wycofają się do swojego schronu. Będą się gapić w telewizor. Rozwiązywać krzyżówki. Patrzeć w okno. Nudzić się. Zabijać czas. Spać. Potem umierają.
Wolontariusze kontra system
Starość brzydko pachnie. I nie jest to tylko przenośnia opisująca smutny los seniorów, ale realny zapach stęchlizny wypełniający ich mieszkania. Odór niemytych ciał. Smród zgnilizny wychodzący z ust. Przepraszam za ten hiperrealizm, nie lubimy słuchać o takiej rzeczywistości, a tym bardziej się o nią potykać. Hołubimy w wyobraźni obrazy pachnących lawendą, siwowłosych szczęśliwych babć opowiadających wnuczętom bajki, a w przerwach piekących drożdżowy placek ze śliwkami. Dziadziusiów pykających aromatyczny dym z fajeczki, snujących opowieści o czasach honoru i chwały. Odwracamy się od starych, którzy nie pasują do tego wyobrażenia. Zatykamy nos. Nie rozumiemy, że oni nie mają siły, aby każdego dnia wziąć prysznic. Nie mają potrzeby starać się o atrakcyjny wygląd, bo przecież w ich życiu nic się już nie wydarzy. Przestali czuć. A może nie mają prysznica, tylko wannę, zbyt głęboką, żeby do niej wejść? A na pewno za dużą, by z niej wyjść? Więc lepiej schować się pod kołdrą. Spać. Albo tylko leżeć. W pięciu swetrach, czapce, rękawiczkach, bo starym zawsze zimno.
Nie ma twardych danych, brakuje statystyk, ale doświadczenie osób pracujących z seniorami każe się domyślać, że właśnie w taki sposób wiele starszych osób dożywa swoich dni. W samotności i zapomnieniu. Jeśli ich bliscy mają ich za nic, to kto się nimi zajmie? Państwo, stworzony przez nie system? Domów opieki jest jak na lekarstwo, na miejsce czeka się latami. Prywatne są za drogie jak na emerycką kieszeń. Jest wprawdzie instytucja ośrodków pomocy społecznej zatrudniających opiekunki, ale one są zwykle słabo wykwalifikowane, kiepsko opłacane i mają zbyt wielu podopiecznych, żeby się nimi faktycznie zająć. Mielczarek opowiada: – Zwykle się spóźniają, wpadają jak po ogień, gorączkowo odhaczają z listy zadania, które powinny zrealizować. Posprzątać mieszkanie? Mniej więcej ogarniają. Zrobić z podopiecznym zakupy? Same biegną do sklepu, senior nie ma nic do gadania. Jest ubezwłasnowolniony nawet w kwestii wyboru chleba. Ma się cieszyć, że w ogóle jest. Opiekunki starają się i chcą być miłe (w większości), ale już muszą pędzić do następnego starzyka.
– Jeszcze się nie zdarzyło, żeby opiekunka spędziła ze znanym mi podopiecznym przypisane jej dwie godziny – wzdycha Joanna Mielczarek. Rolę państwa w opiece nad seniorami przejmują organizacje pozarządowe, podobne do tej, w której sama pracuje. Albo i nie przejmują. Doktor Kubicki zżyma się, że 99 proc. organizacji działających w Polsce niby na rzecz seniorów to efemerydy. Pojawiają się i znikają. Jest grant – działają. Przejedzą grant, rozpadają się i koniec. Albo przekształcają, zajmują innym projektem.
Ja już wiem, o czym mówi socjolog. Kiedy zaczęłam zbierać materiały do tego tekstu, wysłałam e-maile do kilkudziesięciu fundacji/stowarzyszeń reklamujących się jako te pomagające seniorom. Do kilkunastu z nich zadzwoniłam. Cisza, brak odpowiedzi. W najlepszym przypadku uniki. – Ja tu jestem na zastępstwie – tłumaczyła kobieta z dolnośląskiego NGO, który reklamuje się w sieci i zbiera jeden procent z podatków jako organizacja użyteczności publicznej. Pani po drugiej stronie słuchawki obiecywała, że oddzwonią. Nie oddzwonili. Gdybym była staruszką, gdybym liczyła na ich wsparcie, bardzo bym się zawiodła.
Niewiele jest instytucji w Polsce, które faktycznie pomagają starszym. Joanna Mielczarek pojawiła się w moim tekście nie z przypadku. O stowarzyszeniu „mali bracia Ubogich” (tak ma właśnie wyglądać pisownia nazwy tej organizacji, jej symboliczność zdekodują sobie państwo sami) wspominało mi po drodze prowadzącej do tego tekstu wiele osób. Są, faktycznie pomagają, wyręczają system – zapewniali. Mali bracia powstali w przedwojennej Francji, początkowo, zgodnie z założeniami organizatorów, mieli być zakonem bezhabitowym. Potem zdarzyła się II wojna światowa, a kiedy się skończyła, zostawiła po sobie starzejące się wdowy i sieroty po poległych żołnierzach. Pierwsza akcja była prosta – dać im choćby paczkę na święta. Potem pojawił się pomysł, żeby kojarzyć ludzi samotnych z tymi, którzy mają czas i chcą coś dla innych zrobić. Jak opowiada Mielczarek, dziś w Polsce w gronie wolontariuszy dominują dwie grupy: młodzi, od 18. do mniej więcej 25. roku życia, oraz osoby dojrzałe, po pięćdziesiątce. Ci pierwsi – podobnie jak oni, kiedy zakładali tę organizację – są idealistami. Chcą pomóc. Ale także sami mają deficyty: ich rodzice na początku transformacji przeprowadzili się z prowincji do dużych miast, dziadków zostawiając za sobą, na starych śmieciach. Tymczasem młodym ludziom potrzebny jest kontakt z seniorami. A seniorom milej jest żyć z przyszywanymi nawet wnuczkami.
W wolontariackim gronie jest pokoleniowa przerwa. Młodzi odchodzą, gdy zakładają rodziny, realizują się w karierze zawodowej. Mają inne sprawy. Dopiero kiedy się nażyją, zrealizują, wypuszczą pisklęta z domu, są gotowi, żeby zrobić coś dla innych. I właśnie taki wolontariusz senior jest najbardziej cenny. Bo ma czas i doświadczenie. Bo sam już myśli o tym, co będzie, kiedy i on zniedołężnieje. Kiedy przez cały tydzień będzie czekał na to, że w piątek do południa przyjdzie wolontariusz przyjaciel. Do tej wizyty będzie się przygotowywał przez siedem dni. Będzie myślał, co mu powie. O co poprosi. W jakiej filiżance poda kawę. W dzień odwiedzin wstanie przed piątą i zacznie krążyć pomiędzy oknem a drzwiami. To czas święta.
Stukajcie, a będzie wam otworzone
Starzy ludzie zwykle nie przypominają babć i dziadków z pocztówek. Bywają roszczeniowi i upierdliwi. Kłócą się, mają za złe, za wszelką cenę chcieliby nas uwięzić przy sobie, zdominować i zagarnąć. W każdym razie ci, którzy mają trochę sił i nie zastygli jeszcze pod przepoconą kołdrą. Jak ich zagospodarować? Wiele się o tym mówi. I głównie mówi. Zdarzają się wprawdzie inicjatywy z góry, mówiące o konieczności wykorzystania doświadczenia siwych włosów, ogłaszane są dni i lata seniora, ale niczego to nie zmienia. Albo prawie niczego.
Przemysław Wiśniewski, prezes Fundacji Zaczyn, kulturoznawca i animator społeczny, opowiada, że zaangażował się w walkę o los ludzi starszych, kiedy zawodowy incydent rzucił go do pracy przy strategii senioralnej. To było kilka lat temu, podczas poprzedniej ekipy rządowej. Ta prawie nic nie zrobiła. Obecna nie wiadomo, co chce zrobić. Są wprawdzie jakieś akty prawne, jak ten pozwalający powstawać radom seniorów, ale i tym ciałom nie zapewniono narzędzi działania, więc najczęściej ich działanie to fikcja. Na 2,5 tysiąca gmin tylko w trzystu powstały takie rady, z czego 1/4 ma realny wpływ na polepszenie jakości życia lokalnych seniorów. Bo zwykle nie mają pieniędzy, a więc przełożenia na rzeczywistość. Zdarzają się wyjątki, jak ten legionowski, gdzie siła jednego człowieka była w stanie sprawić, aby wiele organizacji się zjednoczyło. I zaczęło wspólnie dbać o swój dobrostan. Jak im to wychodzi? Robert Biskupski mówi, że świetnie. Przemek Wiśniewski, ten od Zaczynu, jest bardziej zdystansowany. Mówi, że nie ma szału ani wielkich sukcesów. Ale liczy się to, że zaczęli coś robić. Lepiej by było, abyśmy się bardziej postarali w tej kwestii. Nie tylko dlatego, że ty, on, ona, ja za pięć minut będziemy takimi seniorami. Że będzie nam miło, jeśli ktoś przyjdzie, pogada z nami, podrapie po plecach. Choć i to jest istotne. Ale ważniejszy jest fakt, że jeśli niemal połowa społeczeństwa za kilkanaście lat będzie się składała z seniorów, to nie będzie nas stać, żeby ich nie zauważać. Lekceważyć, wykluczać, skazywać na dożywotnie zamknięcie. Bo ich dobrostan będzie się przekładał na jakość życia wszystkich. Także, a przede wszystkim, młodych. Więc albo pogodzimy się z seniorami, albo zaakceptujemy eutanazję. W tym także swoją. Za małą chwilę.