Rewolucja już się zaczęła. I przybiera na sile. Milczące dotąd masy przemieniły się z biernych odbiorców przekazu płynącego z góry, od elit, w czynnych uczestników życia publicznego. Dzięki internetowi.
Jeśli nie chcemy dać prawa głosu wszystkim, nie nazywajmy się demokratami. Umówmy się od razu, że aby ratować swoją pozycję, trzeba wprowadzić jakąś dyktaturę. Choćby mięciutką. Puchatą i milutką. Możemy nazwać ją demokracją limitowaną – żeby zabrzmiało lepiej. Nie? To przyjmijmy, że choć demokracja nie jest (co za banał) najdoskonalszym z ustrojów, to lepszego nie wymyślono. A internet i sieci społecznościowe sprawiają, że rozlewa się ona coraz szerzej. Pozwala partycypować w życiu społecznym i politycznym milczącym dotąd tłumom. Sytuacja jest zero-jedynkowa, w gruncie rzeczy prosta. Jak bardzo nie staralibyśmy się jej skomplikować. I jak bardzo to społecznościowe ciastko nam nie smakuje.
Bo strasznie się porobiło. W Stanach wygrał ten okropny Donald Trump. Wielka Brytania wychodzi jednak nieodwołalnie z Unii. W Polsce zagnieździła się dobra zmiana i nie bardzo wiadomo, co z nią zrobić. Szok, niedowierzanie, złość. I pytanie: dlaczego? Przecież nie tak miało być, zupełnie nie tak. Sondaże, wykresy, analizy ekspertów tego nie zwiastowały. Zaczęło się więc szukanie winnego. I znaleziono, jest. Wskazany, oskarżony, naznaczony. To ten bezmyślny sieciowy tłum. Internetowa czerń. Zagrożenie dla cywilizacji. I demokracji. W każdym razie tej, jaką znamy. Po ogłoszeniu wyników wyborów w USA tym, który w Polsce dał dosadny wyraz obawom o przyszłość cywilizacji i postawił diagnozę, był prof. Marcin Król, który w wywiadzie dla gazety „Polska the Times” powiedział: „Sondaże zawsze opierały się na jakichś elementach racjonalności. Trudno w nich wyłapać osoby, które wstydzą się swoich poglądów. A wielu Amerykanów wstydziło się przyznać ankieterowi, że na przykład żywią nienawiść do innych ras. Sondaże przygotowywano z myślą o szerokich elitach, czyli osobach, które są obliczalne, kierują się w swych decyzjach zdrowym rozsądkiem. Wyborców Trumpa trudno za takich uznać, przecież oni naprawdę uważają, że zbuduje mur na granicy z Meksykiem, mimo że to nierealne, bo koszt takiej budowy jest przerażający. Widać, że mamy do czynienia z inną racjonalnością – by użyć eleganckiego eufemizmu. A mówiąc mniej elegancko: mamy do czynienia z buntem chamstwa wobec elit”. Dalej było o tym, że to nie elity oderwały się od rzeczywistości, ale owa rzeczywistość od elit. I jeszcze, że nadchodzi koniec świata zachodniego, a wraz z nim nadciągają barbarzyńcy, zaś za nimi – zapewne – wojna. Profesor Król nie odnosi się wprost do tego, jaki wpływ na to, iż zamiast Hillary Clinton gospodarzem Białego Domu został kandydat republikanów, miał internetowy lud, ale ta myśl wybrzmiewa pomiędzy niedopowiedzeniami. Są jednak tacy, którzy mówią to wprost.
Rządy tłumu
– Demos, rozumiany jako lud będący źródłem praw i władzy, był społecznością odpowiedzialnych i świadomych obywateli – wywodzi prof. Kazimierz Krzysztofek, socjolog i medioznawca z Uniwersytetu SWPS. Z kolei w przypadku internautów wywierających wpływ na zachowania i decyzje innych, rujnujących sondaże, mamy do czynienia z sieciowym plebsem. Co jest zjawiskiem groźnym i niepożądanym. Choćby z tego powodu, że może to oznaczać wejście w czwartą fazę cyklu arystotelesowskiej zmiany społecznej. Pierwszą była autokracja, np. monarchia absolutna. Drugą arystokracja (albo oligarchia czy oligokracja), kiedy to otoczenie władcy absolutnego wywalczyło sobie udział we władzy. Trzecią jest demokracja, ta właściwa i rozumna. Teraz, dowodzi prof. Krzysztofek, zbliżamy się do ochlokracji, czyli rządów nierozumnego tłumu. Chaotyzującego społeczeństwo i rujnującego instytucje publiczne. Cykl się zamknie, jeśli ktoś weźmie te masy za mordę. I wtedy wszystko zacznie się od nowa.
Czyli wojna? Wojna! Niekoniecznie ta prawdziwa, światowa, atomowa, ale na pewno mamy do czynienia ze starciem starego i nowego porządku. Nie pierwszym, nie ostatnim buntem tłumów przeciwko elitom, ale mimo jego „wirtualności” przekładającym się na rzeczywistość i tym samym stanowiącym zagrożenie. Bo nikt nie wie, czego się spodziewać, jak będzie wyglądała cywilizacja po tym, kiedy karty społecznego niezadowolenia zostaną rozdane od nowa. Profesor Krzysztofek prosi jednak, żeby nie demonizować, jego zdaniem te wszystkie ruchy internetowe, te e-bunty są uczestnictwem w życiu społecznym niskiej jakości. Można wprawdzie dzięki nim skrzyknąć ludzi, zmobilizować ich na pięć minut, zebrać pieniądze na takiego czy innego kandydata, zapewnić mu chwilę uwagi internetowego ludu, ale wcześniej czy później ten musi spłonąć jak ćma w ogniu zainteresowania, bo na nic więcej to się nie przekłada. – Rewolucji nie da się wytłitować – ironizuje prof. Krzysztofek. Trzeba wyjść na ulice, stanąć dzielnie, wyprężyć pierś do boju, odnieść rany. Tymczasem ów społeczny ogień w internecie jest właśnie wirtualny, szybko wygasa, nawet nie za bardzo pali. Bo co zostało z ruchu oburzonych poza stertą sieciowych ruin? Nawet dymu już nie ma. Tylko zimny żużel. Albo bitwa o ACTA, wydawało się, że próba ograniczenia wolności w sieci skończy się źle dla jej żandarmów. Jednak antypirackie przepisy i tak wprowadzono, tyle że tylną furtką. CETA także przeszła. Tak samo jak przejdzie wiele innych uregulowań, które nie będą się podobać masom, ale staną się faktem.
Więc czy się komuś to podoba, czy nie, owa rewolucja, na szczęście, jest już sterowalna. Wprawdzie wciąż panuje bałagan, wprawdzie elity nie otrząsnęły się jeszcze po tej mentalnej porażce, jaką im zgotował bunt internetowych plebejuszy, ale i tak sytuacja została opanowana. To co, że ludzie w sieci będą jeszcze długo gadać o tym, co się stało. Konserwa, której na razie wydaje się, że wygrywa, będzie przędła swój przekaz, z którego wynika, iż udało się powstrzymać cywilizację śmierci, tego bękarta postępu stawiającego na skrajny indywidualizm, niszczącego rodzinę, wiarę, wartości. Zaś liberałowie, zwani powszechnie lewakami, nadal się będą przedstawiać jako ofiary odwrotu od przesłania oświecenia, zesłańcy do świata, w którym racjonalna jednostka nie jest w stanie się odnaleźć. I tak się wszyscy będą w tej sieci nawalali, a świat będzie się toczył swoim utartym trybem.
To rozprężenie internetowe, jak nazywa owe sieciowe porywy prof. Krzysztofek, jest uciążliwe, przybiera rozmiary epidemii, ale na szczęście da się nad tym zapanować. Wciąż debata w telewizji bardziej się przekłada na to, co myślą i czynią ludzie, niż ekscesy w sieci. Wprawdzie mamy do czynienia ze zjawiskiem superwzmocnionych jednostek, czyli liderów internetowych, ale on nie przeceniałby ich wpływu. Jeszcze można posprzątać ten bałagan. Bo masa, jak to z masą bywa, jest niezbyt mądra, kieruje się emocjami, które przecież można skanalizować. – Po głosowaniu na temat wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii badano ślady sieciowe. I okazało się, że ludzie, już po ogłoszeniu wyniku, byli skonfundowani. Szukali w sieci wyjaśnienia takich haseł, jak np. to, czym jest Unia Europejska – opowiada profesor. Można z tego wyciągnąć wniosek, że znając wektory sił, jakie działają, należy się postarać wywnioskować, jaka z nich wyjdzie wypadkowa. I zapobiec zgubnym skutkom.