Politycy kalkulują: dymisja Hanny Gronkiewicz-Waltz mogłaby oddać władzę w stolicy w ręce PiS. Referendum albo wybory zaszkodziłyby partii. Plan ujawnienia listy beneficjentów wydaje się desperackim posunięciem, nastawionym na to, by „uwspólnić” problem, tzn. pokazać, że nie tylko urzędnicy kojarzeni z PO mają nieczyste sumienie.
Taka była główna linia obrony Hanny Gronkiewicz-Waltz, która przekonywała, że afery związane ze zwrotem nieruchomości pojawiały się już za prezydentury Lecha Kaczyńskiego (chodzi np. o sprawę działek przy Al. Waszyngtona, którą Kaczyński zgłosił do prokuratury). – Jeszcze nie otrzymaliśmy takiej prośby ze strony władz PO, ale pomysł sam w sobie nie jest zły – przyznaje jeden z urzędników ratusza.
Platforma nie ma zbyt wielkiego pola manewru, by wyjść z sytuacji z twarzą, co przyznają nawet politycy tego ugrupowania. PO nie zamierza z własnej inicjatywy doprowadzić do referendum, w którym poczynania prezydent oddano by pod osąd warszawiaków. – Znów musielibyśmy grać na niską frekwencję, zniechęcać ludzi do głosowania. Nawet gdyby referendum nie było wiążące, to pewnie wynik byłby w stylu 99 proc. do 1 proc. przeciwko prezydent Gronkiewicz-Waltz. A to wyglądałoby dla nas fatalnie z wizerunkowego punktu widzenia – przyznaje jeden z posłów.