Rigamonti: Dorosnąć do śmierci

Rigamonti: Dorosnąć do śmierci
Dziennik Gazeta Prawna
11 marca 2016

Wiedziałam, że dwóch oddzielnych pogrzebów nie przeżyję. Zresztą żadnego pogrzebu już nie przeżyję, kolejnego bólu nie zniosę. Dobrze mi zrobiła ta rozmowa z panią. Te łzy też są dobre. Pani te łzy też nagrała

2164702-magdalena-i-maksymilian-rigamonti.jpg
Magdalena i Maksymilian Rigamonti w Dzienniku Gazecie Prawnej

Już ponad rok minął, już doszłam do wniosku, że można. Tam będzie mój gabinet, pracownia taka. Na razie jest w pokoju Julki, bo Julka śpi ze mną. Może pani zajrzeć.

Pewnie jak będzie miała swój pokój, to i tak będzie ze mną spała. Nie, nie martwię się, że dziecko rozpieszczam. Gdyby Eryk był, też bym rozpieszczała. Chłopcy mieli osobne pokoje, ale i tak razem spali, w jednym łóżku, Eryk u Patryka. Kiedy się pokłócili, pobili, to mówiłam: za karę będziecie spali w osobnych pokojach, każdy w swoim łóżku. I szli do tych swoich łóżek, ale już po chwili słychać było, jak się drzwi otwierają, tup, tup, tup, i wiedziałam, że Eryk maszeruje do Patryka. Jak umarł, to wszyscy razem spaliśmy, ja, Patryk i Julka. Ciasno było, ale Patryk nie chciał spać sam.

Tuż przed jego śmiercią to prawie się nie wyrabialiśmy z produkcją. A przecież firmę prowadziliśmy tylko cztery miesiące. Umarł na miejscu, miał tyle obrażeń, że ratunku nie było. Przez miesiąc nie pracowałam. Potem rzuciłam się w wir pracy, chodzi o to, żeby się męczyć, żeby nie myśleć. Już dwa tysiące tych tortów zrobiłam. I malutkich, i ogromnych. Nie potrafię usiedzieć. Jak tylko usiądę, skupię myśli, to zaczynają przychodzić wspomnienia, zaczynam się rozklejać. Mam 35 lat, miałam 24 lata, kiedy Andrzej zginął, 34, kiedy Michał i mój dziesięcioletni syn Eryk. Czuję się tak, jakbym przeżyła już całe życie. Teraz jestem zamrożona, nie rozkleję się, nie rozpuszczę, możemy rozmawiać. Dzieci w domu, muszę trzymać pion, działalność prowadzić, zarabiać coś.

Tu zawsze było dużo ludzi. Była pełna rodzina. Dzieci, my, teraz zostaliśmy sami, z Patrykiem i małą Julką. On stara się być mężczyzną. Muszę go stopować, bo jeszcze dziecko, jeszcze chłopiec. Widzi, że Julka ma katar, to już mi każe do lekarza dzwonić, umawiać małą na wizytę. Julka poszła do żłobka, po trzech dniach już była chora, znowu na trzy dni i znowu chora, i tak w kółko. Ja się denerwuję, kiedy Julka choruje... W ogóle boję się o dzieci. Julka jeszcze sobie nie zdaje sprawy, co tu się, w tej naszej rodzinie, stało. Tak jak Eryk nie wiedział, że jego tata zginął. Był malutki. Patryk już rozumiał więcej.

Poszłam do psychologa, bo zaczęłam się bać o Patryka. Pani psycholog kilka razy wychodziła z gabinetu, zawołała inną panią psycholog i obie stwierdziły, że Patryk po prostu tęskni za tatą, za to ja potrzebuję pomocy. I to jak najszybciej. Wiedziałam, że na taki termin długo się czeka i zdziwiłam się, kiedy kazały przyjść pojutrze. Wyszłam z harmonogramem wizyt na kilka tygodni.

Początki były ciężkie. Usłyszałam, że dobrym zakończeniem terapii będzie spokojne pójście na cmentarz. Miałam stanąć i powiedzieć do nagrobka męża: Żegnaj. Nigdy tego nie powiedziałam. Do tej pory mówię: Do zobaczenia. Analizowałyśmy sny, rozmawiałyśmy o wszystkim, wychodziłam z gabinetu zapłakana, uzewnętrzniona, w dziwnym stanie, ale z tygodnia na tydzień było coraz lepiej.

Zawsze mi mówił, że będzie jeździł na misje, do Kosowa, na wzgórza Golan, i jeśli chcę z nim być, to muszę to wiedzieć i się na to godzić. Wiedziałam, ale zawsze udawało mi się go od tych wyjazdów odwieść. Głównie szantażem emocjonalnym. Do Iraku też nie chciałam go puścić. Byłam wtedy w ciąży z Erykiem. Mówił, że jak nie pojedzie, to całe życie będzie żałował. Cztery i pół roku byliśmy szczęśliwi, a potem pojechał. Mieli stabilizować i miał być spokój. No i tylko baza, żadnego patrolowania terenu. Tuż przed wyjazdem mówi, że będzie kierowcą saperem. Pytam: po co kierowcy, po co saperzy, skoro macie być w bazie? I słyszę, że to lepsze pieniądze, a poza tym lepiej być kierowcą, niż siedzieć w bazie i patrzeć w niebo. Dzień przed wylotem, 27 stycznia, zadzwonił, że najchętniej by został w Polsce, że ma złe przeczucia. Byłam w siódmym miesiącu ciąży. Nie mogłam się denerwować. Tylko się codziennie modliłam. Nie oglądałam wiadomości. Bałam się, że coś się stanie. 1 kwietnia urodził się Eryk. Sama byłam. Eryk okazał się kopią Andrzeja, jak skóra ściągnięta. Wysłałam do Iraku siedem zdjęć synka. Andrzej zdążył je zobaczyć. Przez telefon Eryka słyszał, ale nigdy go nie zobaczył. Ja też Andrzeja nigdy nie zobaczyłam.

Andrzej zawsze mówił, że jest silny i nic mu nie grozi. Okazało się, że tam, w Iraku, codziennie ćwiczył, rzeźbił ciało, chciał wrócić odmieniony. Widziałam go takiego tylko na zdjęciach, bo ciała nie można było zobaczyć. Te zdjęcia, zresztą nie tylko te, do niedawna wszędzie wisiały. Cały dom był obwieszony Andrzejem. Michał nic nie mówił, choć wiem, że to nie było dobre dla naszego związku, te ciągłe rozmowy o tym, co było, a nie o tym, co teraz.

Zaraz przyjdzie mama Michała. Codziennie przychodzi, pomaga, jest ze mną. Kiedy się gorzej czuję, to zajmuje się Julką, przypilnuje Patryka. Zresztą cała moja rodzina całkowicie zmieniła swoje życie. Moja mama mieszkała z nami przez rok od śmierci chłopaków, zajmowała się nami, była, bez niej bym chyba nie przeżyła. Moja siostra pomagała mi w prowadzeniu firmy, rodzice Michała również codziennie są u nas. Michał jeździł z nami na cmentarz i chociaż nie znał Andrzeja, to pielęgnował pamięć o nim, rozmawiał z chłopcami o ich tacie. Wiem, że bardzo mocno ich kochał. Kiedy czasem w kłótni powiedziałam: To nie są twoje dzieci, to było mu przykro. Przecież się nimi zajmował, opiekował, wychowywał i je kochał.

Kiedy się pokłóciliśmy, to jechał do rodziców, już po chwili dzwonił jego tata i mówił, że wszystko jest w porządku i mam się nie martwić. Zawsze wracał z kwiatami.

Tłumaczyliśmy Michałowi, że to nie jest związek na miesiąc ani na rok, tylko na całe życie. Mówiłam mu, że ani jej, ani tych dzieci nie może skrzywdzić. Chłopcy zaczęli do nas mówić „babciu” i „dziadku”. Nie umiem sobie wyobrazić, co ona przeżywa. W tym drugim wypadku zginął nasz syn, a jej partner, no i jej synek. Przeżyć można wszystko, tylko nikt nie wie, jak z taką traumą dalej żyć. Coś pęka, coś się zmienia, człowiek staje się inną osobą. Oczywiście, trzeba dalej żyć, bo są dzieci, trzeba wstać rano i działać. I cały czas się czeka, że wejdą, że wrócą. Ja czekam. Marzenka też czeka. Kiedy Michał się z nią wiązał, to mówiliśmy, że to jest też związek z jej wspomnieniami.

Kiedy zaszłam w ciążę, to chłopcy tak się cieszyli. Chcieli mieć siostrę. Rozumieli, że jej tatą będzie Michał. Wcześniej się bali, że Michał odejdzie, zostawi nas. Nie mieli podstaw, był tylko strach. Nie chcieli znowu zostać bez mężczyzny, bez ojca. Eryk przez całą ciążę całował mój brzuch. Kiedy Julka się urodziła, przyszedł do szpitala, wziął ją na ręce, tak wprawnie, pewnie, jakby całe życie dziecko na rękach nosił. Szkoda, że go Julka nie będzie znała.

Wystraszyłam się, że coś sobie zrobi, że go stracę, tak jak straciłam Andrzeja. Musiałam go ratować. Umówiłam całą rodzinę do psychologa, zaczęliśmy terapię. Psycholog tłumaczyła, że Patryk próbuje się odnaleźć. I że to jest moja wina, bo synom często powtarzałam, że tata patrzy na nich z góry, jest z nich dumny albo jeśli źle się zachowują, to widzi i jest mu smutno. Może dlatego Patryk nie chciał zaakceptować Michała. Bał się, że tę jego akceptację tata zobaczy. Nie chciał tacie pokazywać, że lubi Michała. Powiesił sobie w pokoju zdjęcie Andrzeja, w takim miejscu, że tata zawsze na niego patrzył. Potem schował je do pudła. Pod koniec czerwca 2014 r. zaczął mówić do Michała „tato”. W połowie lipca już Michała nie było.

Chodźmy na balkon, co tam jest?

O Jezusie, bałagan. Tam Julka latem miała swój plac zabaw.

: Chciałbym tu zrobić zdjęcia.

No, dobrze. Pani Magdo, Patryk jest w swoim pokoju. Kiedy mówiłam, że pani przyjedzie, to usłyszałam: nie licz na mnie. Zamyka się. Gra, czyta, odrabia lekcje. Niech pani spróbuje.

Kiedy jestem w szkole, sygnet leży tu, na półce. Jak gram w gry komputerowe, to go zakładam, przynosi mi szczęście. Zawsze kiedy jest na palcu, to mam szczęście z doborem zawodników. Zacząłem go nosić w szóstej klasie, ale wiedziałem o nim dużo wcześniej. Mamę zapytałem, czy mogę. Zmierzyłem, był wielki, dużo za duży. Poszedłem do złotnika, żeby go zmniejszyć. Niedawno mi pękł, to też złotnik musiał naprawić.

Był w pudełku, które przyjechało z Iraku. Po tacie. Tatę trochę pamiętam. Pamiętam, jak jeszcze na wsi mieszkaliśmy i tata z psem Szarikiem mnie na sankach ciągał. I jak oglądaliśmy „Hugo”, taki film dla dzieci w telewizji, i kiedy były przerwy reklamowe, to wychodziliśmy na dwór. Więcej już nic nie pamiętam. Dawno mamy nie pytałem o tatę. Niezbyt już mnie to interesuje. Ani jednego taty nie mam, ani drugiego.

I co, rozmawiał z panią? On chyba woli słuchać, niż mówić. Teraz jemu jeszcze ciężej. Stracił wszystkich mężczyzn. I tatę Andrzeja, i tatę Michała, i brata. Przez jakiś czas nie chciał na cmentarz chodzić, bo mówił, że kamieni nie będzie odwiedzał, nie będzie do nagrobków mówił. Ale ostatnio zaczął rowerem jeździć na cmentarz. Sam. Już kilka razy. Zapytał, czy mi się Eryk śni, czy Michał też. A mnie się oni rzadko śnią. Chciałabym, żeby częściej, na zawołanie nawet, jak Andrzej. On w snach mówił: kochanie, wróciłem. Jak to wróciłeś, nie było cię tyle czasu i wróciłeś? A on, że to była tajna misja, nie mógł dzwonić, nie mógł się ujawniać, ale teraz już jest. Miałam wrażenie, jakby był obok mnie, czułam nawet ciepło, słyszałam kroki. Albo szłam na cmentarz, stawałam przy jego grobie i prosiłam, przyśnij mi się, powiedz, że mnie kochasz, tak mi tych słów brakuje. I w nocy się śnił, mówił, że kocha. A Eryk... Mimo że proszę, że się modlę, choć nie wiem do kogo, gdzieś w próżnię chyba, to prawie nie przychodzi. Może dlatego, że przestałam wierzyć w Boga, że jestem na tego Boga wściekła. Miałam nadzieję, że po śmierci Andrzeja będzie na mnie patrzył łaskawszym okiem, po czym zabrał mi dziecko. Jak można dziecko zabrać matce? Po śmierci chłopaków Patryk powiedział, że nie będzie chodził na religię i że albo ja go wypiszę, albo będzie uciekał z lekcji. Do kościoła też nie chce chodzić, tylko wtedy idzie, kiedy jest rocznica, msza zamówiona.

Zazdroszczę mu takich snów. Mnie ostatnio Eryk śnił się wpięty w fotelik Julki. Ciałko miał w tym śnie małe. I strasznie płakał, bo go zostawiłam na kilka godzin w zamkniętym samochodzie. Przepraszałam go później. Dziwne to, bo za życia nigdy go w samochodzie nie zostawiłam, nigdy.

Kiedy jechałam do szpitala w dniu wypadku, miałam wrażenie, jakby wołał: mamooo, mamooo! Już jadę, synku, poczekaj na mnie jeszcze chwileczkę, głośno mówiłam, do siebie, do niego. Wpuścili mnie na oddział, przytuliłam go, zagarnęłam. I jedna łezka mu spłynęła po policzku. Jedyna oznaka życia, już później nic. Lekarze mówili, że trzy procent szans na przeżycie, więc ja sobie wyobrażałam, że zaraz wyzdrowieje i do domu go zabiorę. Pytałam, kiedy go przewiozą do nas, do naszego szpitala, żebym mogła dzień i noc z nim być. Patrzyli na mnie jak na wariatkę. Mówili, że muszą zrobić operację i podczas operacji też może umrzeć. Miał krwotok wewnętrzny, musieli tamować. Tak go męczyli. Nikt, kto tego nie przeżył, nie zrozumie, co to znaczy patrzeć na swoje umierające dziecko. Oddałabym całą siebie, żeby tylko mógł wstać i wrócić do domu. Byłam zła na Andrzeja i na Boga, że Eryka nie uchronili. Lekarze stwierdzili śmierć mózgu. Poprosiłam, żeby mi powiedzieli, na jakiej podstawie tę śmierć diagnozują. Jeszcze raz wszystko sprawdzili, stałam przy nich, pilnowałam. Mogłam się z nim pożegnać. Jak mu serduszko przestawało bić, to śpiewałam kołysankę. Nic więcej nie można było zrobić. Najgorsze jest żyć ze świadomością, że już nie przytulisz, nie pogłaszczesz.

Od policjanta, który przyjechał powiedzieć nam o wypadku, usłyszeliśmy, że Michał wyprzedzał na trzeciego. Przez trzy miesiące wierzyliśmy w te bzdury. Dopiero potem przeczytałam akta. Nie wiem, mógł zasnąć, zasłabnąć, deszcz strasznie padał, jezdnia była śliska. Cały przód auta się wgniótł. Widziałam zdjęcia policyjne. Nie wszystkie, tylko te najmniej drastyczne. Na jednym Michał taki wysunięty, jakby chciał Eryka przytrzymać, jakby chciał go uratować. Pojechałam tam w rocznicę śmierci. Straszne miejsce, łzy same płyną.

Potem mi powiedziała, że już nigdy rosołu nie ugotuje. Ale niedawno zadzwoniła, że Eryczek jej się przyśnił i powiedział: babciu, już możesz rosół zrobić. W tym gotowaniu, sporządzaniu bliskim, coś jest ważnego. Jak się traci dwóch mężów i dziecko, to gdzieś na koniec ma się pretensje do siebie. I myśli się o tym, że można było być lepszą matką, ale też o tym, że mogłam im częściej piec chleb, bo bardzo lubili, upiec im jabłka, bo też im smakowały. Nie myśli się o żadnych wielkich rzeczach, tylko o tych pieczonych jabłkach. Po śmierci Andrzeja myślałam sobie, a żeby tak szybko minęło ze 20 lat, Eryk będzie już dorosły, Patryk tym bardziej i wtedy ja będę mogła w spokoju umrzeć. Po śmierci Eryka i Michała też pomyślałam o takim spokoju bez bólu, bez cierpienia. Wiem, nie przerabiam tej żałoby, ale jak tu przerabiać.

Koleżanka zainterweniowała w MON. Prokurator zadzwonił po godzinie, że ciało syna można odebrać. Sekcji już nie robili. Wiedziałam, że dwóch oddzielnych pogrzebów nie przeżyję. Zresztą żadnego pogrzebu już nie przeżyję, kolejnego bólu nie zniosę, limit się wyczerpał. Dobrze mi zrobiła ta rozmowa z panią. Te łzy też są dobre. Pani te łzy też nagrała.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.