O tym, że funkcjonować obywatelsko w przestrzeni wirtualnej to stępić swoją energię do prawdziwego działania. Bo jeśli przestrzeń prywatna ma być naszą jedyną przestrzenią publiczną, to możemy już dziś odtrąbić koniec demokracji
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Z życia osób mało znanych: Parker Molloy to dziennikarka i autorka. Kat Von D to tatuażystka celebrytka, która ma w Sephorze własną linię szminek, a jedna z tych szminek nazywa się „Nieletnia czerwień”. Natknąwszy się podczas zakupów na to kuriozum, Molloy pokręciła głową, zrobiła szmince zdjęcie i wrzuciła na Twittera z komentarzem: „Jak to, taki kolor szminki?”, po czym wróciła do swoich zajęć. Kilka osób jednak podało tweeta dalej, kilka obśmiało nazwę, kilka się oburzyło... Tweety zobaczył „Business Insider”, potem Fortune.com, a potem „Time”, czyli poważne media. Na ich stronach pojawiły się tytuły: „Sephora sprzedaje nieprzyzwoitą szminkę; ludzie pełni obrzydzenia”, „Oburzeni klienci Sephory na Twitterze”. Wszystkie wskazywały na Molley jako na „źródło trendu”.
Część Twittera broniła Molley jako Obrończyni Kobiet, reszta ją łajała. Pisano: „Jest wolność kupowania czego się chce!”, albo „Nie masz już czego się czepiać?!”, „To tylko nazwa, czemu robisz jazdę?”. I jak to bywa z Twitterem, te połajanki szły do Molley tak z Ohio, jak i z Nebraski, tak z Francji, jak i z Islandii, od ludzi, których znała, i od tych, których znać nie będzie nigdy. Ponieważ szminka była dla Molley jedynie ciekawostką, taka reakcja twitterowego świata dość ją zdziwiła; a już w całkowite osłupienie wpadła, gdy wypowiedziała się w końcu sama Kat Von D, komentując „...dzikie i przerażające oskarżenia, że moja linia makijażu promuje poniżanie kobiet, gwałt na nieletnich, handel ludźmi, alkoholizm młodych”, oraz odmawiając „poświęcenia własnej tożsamości i wolności artystycznej”. „NIE! – pisała Von D wielkimi literami. – Nie wycofam tej szminki z kolekcji! O NIE!”. „Kat Von D jest nieugięta!” – skandowały „US” i „Daily Mail”, podczas gdy media wysokie załamywały ręce nad „kulturą oburzenia”. Ot, dzień jak co dzień z życia Twittera.
Polityka czerwonej szminki
Śmieszne, prawda? Śmieszne, że z igły mogą się zrobić widły bez faktycznych intencji konkretnych ludzi, przy udziale samej tylko mechaniki działania medium. Śmieszne, że publika może się podzielić i łajać nawzajem w związku z czymś, co tak naprawdę nie ma znaczenia ani dla jednych, ani dla drugich. Śmieszne, że porządne media tak łatwo biorą twitterowe przepychanki za rzeczywistość, w efekcie rzeczywistość tę kreując, wzmacniając i sankcjonując fakty pozorne; te z kolei jeszcze bardziej wzburzają nastroje debatujących. Ale to wszystko jest śmieszne tylko dlatego, że sama szminka to rzecz śmieszna i trywialna. Bo o wiele mniej śmieszne jest to, że Twitter działa tak samo w sprawie szminki, jak w kwestii wyborów prezydenckich w USA, córki kandydata na prezydenta Andrzeja Dudy, Komitetu Obrony Demokracji, wojny w Syrii, ataków terrorystycznych w Paryżu i globalnego ocieplenia.
Polska jest jeszcze w ogonie światowego tweetowania. Ćwierka (bo „tweet” to po angielsku tyle to „ćwierknięcie”) około 3 mln osób, co przy 13 mln facebookowiczów jest wynikiem dość marnym. Mimo to musimy już dziś zacząć się zastanawiać nad tym, jak to medium działa, jakie daje efekty, jakie niesie ze sobą zagrożenia. Dlaczego? Także dlatego, że media społecznościowe w ogóle mają coraz większy wpływ na polityczny dyskurs; w zastanawianiu się nad tą tendencją Twitter może nam po prostu posłużyć jako dobry przykład. Ale to nie wszystko. Twitter jest wyjątkowy. Jest zupełnie inny niż Facebook, MySpace, Reddit czy Nasza Klasa. Po pierwsze, jest publiczny – nie chowasz się na nim za murem znajomych. Każdy twój tweet może stać się początkiem ogólnej debaty, tak jak tweet Molley o szmince. Po drugie, nie jest anonimowy – oczywiście zdarzają się konta, za którymi nie stoi realna osoba, grupa interesu, firma, medium czy persona, ale jest to podobnym złamaniem dyskretnego funkcyjnego decorum jak występowanie pod prawdziwym nazwiskiem na z założenia raczej anonimowym Reddicie. Po trzecie, wszyscy na Twitterze są równi. Kierowca ciężarówki z Ukrainy może tweetnąć coś do Baracka Obamy czy Rihanny, a jeśli będzie to na przykład interesujące pytanie, to kto wie, może mu nawet odpowiedzą. Po czwarte, za pomocą hashtagów, czyli krzyżykowych oznaczeń unifikujących konwersację na konkretny temat, możesz tworzyć grupy interesu w poprzek państw, wiar, kolorów skóry. A więc jest Twitter wirtualną agorą, miejscem wszelkich debat, rynkiem, po którym przechadzają się obywatele i rozmawiają, przepychają się, wrzeszczą, zbierają w kupę, sarkają, rozpoczynają rewolucje. Nie są to jednak obywatele jednego kraju – to obywatele Libanu, USA, Argentyny, uchodźcy bez obywatelstwa, nielegalni imigranci i ci na emigracji wewnętrznej. Zwolennicy feminizmu, szariatu, Watykanu i sympatycy kolarstwa. I dlatego właśnie Twitter jest wyjątkowy: bo jest to medium, które niczym specjalnie zaprojektowana soczewka skupia w sobie szaleńcze paradoksy współistnienia demokracji i globalizmu. A bliższe przyjrzenie się temu dziwu prowadzi do nieuchronnego wniosku: by demokrację utrzymać, należy zamknąć Twittera. Albo przynajmniej przestać tyle ćwierkać, a zacząć działać.
Ćwierkanie wolne i zniewolone
Zacznijmy od samej przestrzeni, jaką zapewnia użytkownikom Twitter, na później zostawiając sobie samą dynamikę właściwych mu interakcji. Dziś, zwłaszcza w Dolinie Krzemowej, modne jest mówienie o mediach społecznościowych jako o skuteczniejszym od bomb narzędziu szerzenia demokracji. Przykłady, jakie pojawiają się na poparcie tej tezy, to najczęściej arabska wiosna czy ukraiński Majdan. O silnych ruchach antyreżimowych, które wybuchły między 2010 r. a 2012 r. w Tunezji, Egipcie, Jemenie i Libii, a także tych mniej skutecznych, jak ówczesne protesty syryjskie, mówiło się nawet wprost: „Twitterowe” lub „Facebookowe” rewolucje. Ci, którzy wierzą w demokratyczną ewangelizację przez Twittera, upatrywali jego przydatności w tym, że zapewniał pewnego rodzaju przestrzeń – przestrzeń do publicznej dyskusji tam, gdzie reżim takie przestrzenie zablokował lub zniszczył. A więc ma być Twitter wirtualnym odbiciem prawdziwej Agory.
Czym jednak jest owa „przestrzeń publiczna”, o której instynktownie wiemy, że jest w demokracji potrzebna? Jak taką agorę zdefiniować? Najczęściej mówimy o niej w terminach zapożyczonych od Juergena Habermasa. To przede wszystkim taka przestrzeń, w której swobodna rozmowa o kwestiach dotyczących obywateli jest całkowicie wolna od wpływów ekonomicznych i rządowych. Przestrzeń ta musi być dostępna dla wszystkich po równo, bez żadnych ograniczeń – i tylko wtedy tam, w tej ogólnie dostępnej i wolnej przestrzeni, będzie się w sposób nieskrępowany formować opinia publiczna.
Czy Twitter spełnia te warunki? Czy pozwala na nieskrępowaną wymianę myśli w miejscu wolnym od ekonomicznych i rządowych wpływów? Niektórzy na pewno tak uważają, wśród nich na przykład rząd chiński, który swoim obywatelom na używanie błękitnego ptaszka nie pozwala. Być może jednak z punktu widzenia swoich celów rząd chiński popełnia tu ogromny błąd. Kentaro Toyama w świetnym tekście dla „The Atlantic” pisze, że nie istnieje takie forum publiczne, które jest wolne od wpływów rządu – i dowodzi, że jedynym powodem, dla którego Amerykanom wydaje się, iż Twitter jest forum demokratycznym, jest to, że Amerykanie już mają demokrację. Ci nieliczni, którzy niegdyś niepokornie obeszli cenzurę i użyli Twittera w Chinach dla celów politycznych, szybko skończyli w więzieniach – a Twitter tylko pomógł rządzącym dysydentów zidentyfikować. Twitter w Chinach tylko ułatwiłby inwigilację i nadzór, bo zapewniana przezeń technologia komunikacji byłaby nieuchronnie osadzona w konkretnym kontekście władzy. W Stanach ma miejsce dokładnie ten sam proces. Medium jest demokratyczne, bo rząd pozwala na demokratyczną wolność słowa – ale tam, gdzie ta wolność jest zagrożeniem, państwo oczywiście interweniuje, na przykład gdy głoszone są tezy proterrorystyczne. NSA, czyli Narodowa Agencja Bezpieczeństwa, jest więc na pewno wdzięczna Twitterowi za ułatwienie monitorowania obywateli – zresztą tak on, jak i wiele innych „neutralnych” firm internetowych z NSA otwarcie współpracuje. Twitter nigdy nie będzie całkowicie wolny od politycznego wpływu: postrzeganie forum jako swobodnego jest tylko funkcją faktu, że najzwyczajniej w świecie podzielamy wartości interweniujących, lub tego, że obserwacja jest wystarczająco dyskretna.
Sumienie zagłaskane
A co z ingerencją ekonomiczną? Z pewnego punktu widzenia upatrywanie przestrzeni na wolność w narzędziu oferowanym przez szaleńczo bogatą korporację może się wydawać przerażającą czkawką historii. Niebezpieczeństwa nie są być może oczywiste, nic takiego się jeszcze nie dzieje. Ale potencjał kontroli jest jeszcze większy niż w przypadku nadzoru rządowego. By streścić to, co stać się może, w jednym obrazie: najpierw na naszej agorze powieszą plakaty reklamowe, potem postawią dystrybutor z colą, potem zaczną kasować na wejściu, aż wreszcie wyłączą mikrofon przeciwnikom reklamodawców. Później będą nas jeszcze rozjuszać, żebyśmy szybciej biegali, bo dzięki temu wypijemy jeszcze więcej coli. Jeśli przestrzeń prywatna ma być naszą jedyną przestrzenią publiczną, to możemy już dziś, na zapas, odtrąbić koniec demokracji.
Najsmutniejsze jest jednak to, że nawet gdyby Twitter był w istocie wymarzoną przez Habermasa przestrzenią publiczną, to i tak nie byłby dobrym narzędziem demokratycznym – dlatego że demokracja, ze swej natury, niezbyt dobrze się czuje w światłowodach. Pisali o tym niezliczeni analitycy klęsk arabskiej wiosny, a najprzystępniej – jak zwykle – Malcolm Gladwell. W artykule „Mała zmiana. O tym, dlaczego rewolucji nie można wyćwierkać” („Small Change. Why the revolution will not be tweeted”) Gladwell zwraca uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, funkcjonować obywatelsko głównie w przestrzeni wirtualnej to tyle, co stępić swoją energię do prawdziwego działania. Na Twitterze wystarczy zaćwierkać – i oto już coś zostało zrobione, a tym samym sumienie aktywisty zostało częściowo zagłaskane. By wzbudzić chęć do rzeczywistej akcji politycznej, potrzebne jest coś innego, a mianowicie faktyczne związki międzyludzkie. Miękkie i nietrwałe relacje z współtweetującymi nie wystarczają do uformowania frontu mocnego na tyle, by stał się narzędziem politycznej zmiany. Do tego potrzebny jest nie zapewniany przez Twittera erzac wspólnoty, ale poczucie prawdziwej przynależności do realnej grupy. Zgadza się z tym choćby Christian Fuchs, autor analizy „Social media, a critical introduction”, gdy pisze: „Nie jest niespodzianką, że największe protesty spowodowane kryzysem globalnego kapitalizmu były kojarzone z fizycznymi miejscami: plac Tahrir w egipskim Kairze, plac Syntagma w Atenach, Puerta del Sol w Madrycie, Plaça Catalunya w Barcelonie, Liberty Plaza Park w Nowym Jorku”. Fuchs dowodzi, że tylko zgromadzenie „w realu” daje grupie status faktycznej siły politycznej. A poza tym przebywanie razem „...pozwala na kontakt wzrokowy, rozmowę, emocjonalną atmosferę, wspólne picie kawy czy piwa; rzeczy niezbędne do zbudowania i podtrzymania prawdziwych relacji, które z kolei są kluczowe dla spójności ruchu politycznego i nie mogą się wydarzyć przez internet”.
Kolejnym problemem z polityką ćwierkania jest według Gladwella nadmierny egalitaryzm, czyli brak jakichkolwiek hierarchii. Skoro na Twitterze ukraiński kierowca ciężarówki jest takim samym użytkownikiem jak prezydent USA, to jeśli chcieliby stworzyć wspólny front, lider tego frontu wcale nie byłby oczywisty. A mimo tego, że działalność rewolucyjna jest w swej istocie antyhierarchiczna, całkowite zrównanie statusu wszystkich uniemożliwia wybranie przywódców, utrudnia samoorganizację, a w rezultacie całkowicie blokuje efektywność. I tak uwidacznia się jeden z głównych paradoksów globalnej demokracji – gdy obywateli jest zbyt wielu, zbyt różnych, a ich głosy mają tę samą wagę, instytucje muszą się rozpaść, bo zamiast głosu ludu mamy ćwierkającą kakofonię.
Gladwell pisze: „Dzięki [mediom społecznościowym] aktywistom jest o wiele łatwiej wyrazić swoje myśli, a o wiele trudniej mieć jakikolwiek wpływ”. To może wyjaśniać częściowo, dlaczego tak wiele z inspirowanych internetem, prodemokratycznych ruchów na świecie zakończyło się utwardzeniem reżimów, akcjami militarnymi albo wręcz wojną, żeby wspomnieć chociażby tragiczne losy Syrii, aneksję Krymu czy konsolidację rządów silnej ręki w Turcji. Coraz mniej wagi przywiązują zachodni analitycy do „wolnościowych” głosów ćwierkających w autorytarnych zakątkach świata, coraz mniej poważnie traktuje się twitterowych rewolucjonistów, bo jak się okazuje, sama klawiatura nie wystarczy. I wtedy tym, którzy piszą o globalnej przestrzeni publicznej w postaci Twittera i o tym, że internet nas (ich) wyzwoli, chce się przypomnieć przestrogę Waltera Benjamina: „Zawsze gdy nastaje faszyzm, jest to świadectwo nieudanej rewolucji”.
Skurcze i tiki
Mówimy o głębokich ideach, takich jak przestrzeń publiczna i polityczna podmiotowość, a przecież zaczęliśmy tę historię od nieprzyzwoitej szminki. Nieprzypadkowo – bo jedna sprawa to gdzie toczy się dyskusja, a sprawa druga to jak. A obrazem tej dyskusji jest sama nazwa platformy, o której genezie chętnie zawsze opowiada Jack Dorsey, jeden z założycieli Twittera: „Początkowo rzecz miała się nazywać »Jitter« albo »Twitch« (oba te słowa oznaczają coś w rodzaju skurczu lub drgawki). W końcu jednak stanęło na Twitterze, bo Twitter to: »...krótka, nieistotna, nagła informacja, jak ćwierknięcie ptaka«. Od razu pomyśleliśmy, że to dokładnie to, o co nam chodzi”.
Twitter jest więc pełen nagłych skurczów, przepraszam, ćwierknięć. I to jest pierwszy problem z dyskusją, która się w tej przestrzeni odbywa: każda wiadomość ma nie więcej niż 140 znaków. Świetna sprawa, jeśli chcemy napisać: „OMG, trzymajcie mnie, zgadnijcie, kto koło mnie siedzi w samolocie, to BRAD PITT!!!” albo „FAŁSZYWY ALARM, TO NIE BRAD PITT TYLKO ZAKOŚCIELNY!!! lol też ładny #cudzechwalicie”. Gorzej, jeśli traktujemy poważnie wszystkie bajki o międzynarodowym, otwartym forum publicznym i wypowiadamy się w sprawach istotniejszych.
Na przykład kiedy Donald Trump, który dziś prowadzi w walce o nominację prezydencką amerykańskiej Partii Republikańskiej, pisze: „W Wielkiej Brytanii więcej muzułmanów przyłącza się do ISIS, niż idzie do wojska”. Ponieważ zarówno jego zwolennicy, jak i przeciwnicy są ograniczeni do krótkich ćwierknięć, dyskusja, którą wywołuje Trump, przypomina serię skurczy i tików. Ktoś (francuskojęzyczny student o imieniu Maxime) odpowiada połączonymi zdjęciami Hitlera i Trumpa, obu z tym samym wyrazem twarzy. Dziewczyna o ksywce Pszczoła odpowiada Maxime, że „Trump jest gorszy niż Hitler”. Na to sportowiec Hunter Burleson: „Ale śmieszne, porównać osobę, która stworzyła tysiące miejsc pracy, z mordercą milionów”. Ktoś, kto nazywa się Jason Bergkamp, błaga, by Trump nie dopuścił, aby ISIS przeszmuglowało agentów do Stanów pod postacią uchodźców. Carl Figueredo z Paragwaju pisze tylko: „Rasista!”, a na to Tyrone Da’Quondequi dopowiada: „Fakty i prawda są rasistowskie”. Ktoś krzyczy, że przecież terroryści i tak mogą przylecieć legalnie samolotem, a ktoś inny upomina: „Ty głupku, przecież jest kontrola graniczna...”. Tweet Trumpa został podany dalej prawie 3 tys. razy, dyskusja jest wciąż w toku, można się włączyć.
Nic łatwiejszego, niż ponarzekać na to, że w erze obrazkowej tracimy zdolność skupienia, nasze myśli są coraz krótsze, coraz rzadziej potrafimy budować sensowne argumenty – ale lament nad erozją narracji nie dotknąłby kwestii tutaj najważniejszej. Gdybyśmy się zajęli tym problemem, widzielibyśmy popularność krótkiej formy tweetów jako element rozpadu kultury. Co innego jest tu jednak ciekawsze: to, że dyskusja tego typu, gdzie Trump rozmawia z fanami i wrogami, przeciwnikami politycznymi i zwykłymi ludźmi, w ogóle nie byłaby możliwa, gdyby nie to formalne ograniczenie, gdyby Maxime, Hunter, a nawet sam Trump upubliczniali na forum jakieś głębokie epistoły. Po prostu tylko wtedy, gdy ćwierkamy, zamiast mówić, możemy włączyć więcej głosów do dyskusji. I na tym właśnie zasadza się drugie napięcie między demokracją a globalizacją: jest nas zwyczajnie za dużo, by rozmawiać. Dlatego właśnie Twitter awansował na agorę XXI wieku – bo na agorze zwyczajnie prawie nikt by się nie zmieścił. Państwo demokratyczne rozwiązuje ten problem za pomocą reprezentacji politycznej – ale nie da się tego zrobić, gdy sfera publiczna idzie w poprzek państw i narodów. Co więcej, nawet w ramach jednego państwa reprezentacja przestaje mieć dotychczasową moc, gdy istnieje narzędzie do ciągłej ekspozycji zmiennej opinii wyborców.
Egalitarność Twittera prawdopodobnie wymusiłaby więc krótkość formy, nawet gdyby nie była ona narzucona z góry. Ale ponieważ kosztem inkluzji wielu różnych głosów jest tak ich jakość i dokładność, jak ich słyszalność, głosy stają się coraz mniej efektywne. I tak wirtualna przestrzeń publiczna staje się jednocześnie największą nadzieją na zmianę i, poprzez kanalizację tej nadziei, najmocniejszą siłą utrzymującą status quo.
Aktywizm naskórkowy
Rekord najczęściej podanego dalej tweeta (3,4 mln podań) należy dziś do Ellen DeGeneres, która wrzuciła na Twittera selfie wykonane podczas prowadzenia Oscarów w 2014 r. Do kogo należał poprzedni rekord? Do Baracka Obamy, który ćwierknął radośnie w noc wyborów 2012 r. To zestawienie mówi więcej o naturze Twittera niż tysiąc słów. Oto jedno narzędzie służy nam tak politycznie, jak i hedonistycznie; zabawa i polityka stają się tym samym, bo przecież narzędzie nie jest tu obojętne, „medium is the message”, forma określa treść. Rzeczywisty aktywizm, poprzez ciągłe sąsiedztwo z fotkami celebrytów i narzekaniami Kim Kardashian na swoją wyjątkowo uciążliwą ciążę, sam stał się drobny, fragmentaryczny, małostkowy i oparty na złośliwościach. Ponieważ amerykańscy ćwierkający wiedzą, że nie mają mocy dokonywania systemowych zmian, narzekają na rzeczy, które zmienić mogą – na przykład na seksistowską wymowę kolejnego produktu Hollywood, na zachęcającą do gwałtu nazwę koloru szminki, na kosmetyczne zmiany językowe, które sprawią, że lepiej poczują się osoby transseksualne, albo na kiepski smak nowej wersji Big Maca.
Żeby było jasne: mam świadomość istotności języka, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że zapał i gorliwość ćwierkania w sprawach składni, szminek Kat Von D czy niepoprawnej politycznie wymowy teledysku Taylor Swift (nawiązuje do czasów kolonialnych!) to podświadoma próba skanalizowania poczucia głębszej, systemowej niesprawiedliwości, rasowej i genderowej, której usunąć ćwierkaniem się nie da. Można zająć się za to zmianą naskórkową, wypuścić trochę pary, a potem się trochę rozerwać. I tak Twitter, miast być faktycznym narzędziem demokracji, rewolucjonizuje naskórek, a zachowuje strukturę niesprawiedliwości.
Jest takie specyficzne poczucie pustki i smutku, jakie płynie z podróży po Twitterze, kiedy człowiek chce prześledzić jakąś dyskusję i dowiedzieć się czegoś o konkretnej sprawie. Krótkość ćwierknięć, mnogość wizji, brak uzasadnień, wrogość i sarkazm w miejsce argumentów jako narzędzia debaty sprawiają, że zaczyna czuć delikatne mdłości. Tego się nie da zrobić, myśli sobie podróżnik, nie da się scalić tych głosów, nie da uporządkować tej kakofonii. Smutek wynika z tego, że Twitter naprawdę jest w pewnym sensie obietnicą demokracji – ale jest też jej redukcją ad absurdum, jej prywatyzacją, jej parodią i – ponieważ bezcelowe ćwierkanie generuje ruch w interesie – utowarowieniem obywatelstwa.
W gnieździe ptaka
Rok temu, w siedzibie Twittera w San Francisco, niejaki Gabor, znajomy analityk zachowań użytkowników Twittera, opowiadał mi z pasją o tym, czego dowodzą jego badania. Na przykład tego, że w dowolnej licznej grupie tylko około 8 proc. osób jest rzeczywiście odpowiedzialnych za komunikację. Albo że można przewidzieć nasilenie bądź osłabienie trendu na podstawie słów kluczy lub konkretnych wzorców zachowań interakcyjnych. Gabor jest niezwykle inteligentnym człowiekiem, wybitnym matematykiem, ale nie był w stanie zauważyć, że jego badania nie dotyczą interakcji ludzkich w ogóle, ale interakcji ludzkich takich, jakimi są na Twitterze. Twitter był dla niego idealnym modelem badań ludzkiego zachowania, zawierającym w sobie wszystkie istotne cechy tegoż. Myślał, że mówi o rewolucjach, a nie o Twitterze; że mówi o aktywizmie, a nie o Twitterze, że relacjonuje nastroje społeczne, a nie tylko ćwierknięcia.
Być może miał na to wpływ fakt, że logo Twittera było wszędzie. Jedliśmy lunch z miseczek z niebieskim ptaszkiem, pokoje w budynku miały ptasie nazwy, ptaki były na sufitach, dywanach i w windzie; wszystko było tak dokumentnie zaptaszone, że niebieskoptasi świat faktycznie wydawał się alegorią świata w ogóle. A ja modliłam się w duchu, by Twitter okazał się chybionym modelem ludzkiej dyskusji, żeby był właśnie wyłącznie parodią, sitcomem o globalnej demokracji. Bo jeśli Twitter jest prawdziwy, to znaczy, że szminka w Sephorze jest równie ważna jak wybory, że z igły można zrobić widły, a porządne widły przerobić na pięć igieł, że mem z Jarosławem Kaczyńskim jest jedyną bronią opozycji, wszystko ma niewłaściwe proporcje, a każda myśl trafia nieco obok celu. Nie dajmy się Twitterowi.
A jeśli już musimy siedzieć z nosem w telefonie, to z dwojga złego wybierzmy już Facebooka. Bo tam przynajmniej o tej szmince Kat Von D można pogadać ze znajomymi. ©?