Przez długie lata doskonalono sposoby identyfikowania ludzi, by uczynić świat bardziej sprawiedliwym. Teraz stają się one ostatnią nadzieją na ocalenie luksusowej izolacji Starego Kontynentu.
Odciski palców / ShutterStock
Tłumy emigrantów z północnej Afryki szturmujące Eurotunel pod kanałem La Manche – to kilka lat temu zakrawało na filmową lub literacką fikcję. W tym tygodniu minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Philip Hammond ogłosił, iż jego kraj sfinansuje zatrudnienie kolejnych stu strażników pilnujących tunelu. Po to, by wsparli francuską policję nieradzącą sobie z grupami uchodźców, którzy z Calais usiłują przedrzeć się do Anglii. „Niektóre pociągi są odwoływane lub zawracane z powrotem do Francji, jeśli mamy podejrzenie, że na pokładzie mogą być nielegalni imigranci” – oznajmił we wtorek minister Hammond. Ale takie doraźne środki nie rozwiążą problemu, co najwyżej spowodują wzrost nastrojów antyemigranckich wśród podróżnych z zawróconych pociągów. Żaden europejski przywódca nie próbuje też przedstawić całościowej strategii działania. Konieczność, zmuszająca UE, by dla własnego dobra mocno zaangażować się w próbę stabilizowania sytuacji w Afryce Północnej oraz na Bliskim Wschodzie, jest ignorowana.
Zamiast tego przyśpieszają prace nad defensywnym systemem „inteligentnej granicy”. Jego założenia sformułowała jeszcze w 2008 r. Komisja Europejska, przewidując wzrost napływu nielegalnych emigrantów do krajów Unii. Trzema filarami „Smart Borders” mają być działające już: europejski system nadzoru granic (EUROSUR), nadzór wjazdów i wyjazdów (EES) i program rejestracji podróżnych (RTP). Wszystkie one, dzięki zastosowaniu najnowocześniejszych technologii biometrycznych, obejmą dozór na każdą osobą, która przekracza zewnętrzną granicę Unii Europejskiej. W przypadku osób niebędących obywatelami UE potrwa on do momentu opuszczenia terytorium Wspólnoty.
Budowa ogólnoeuropejskiego systemu kontroli, nawet jeśli ma służyć bezpieczeństwu obywateli, budzi mieszane uczucia. W czerwcu 2015 r. Biuro Analiz Parlamentu Europejskiego sporządziło raport ostrzegający m.in. że: „jeśli system zostanie połączony z innymi bazami danych, takimi jak VIS (Visa Information System) – która według szacunków będzie zawierać wtedy aż 70 mln odcisków palców – może to prowadzić do naruszenia zasady celowości, zakładającej, że zgromadzone dane mogą być wykorzystywane jedynie do pierwotnie określonych celów”. To dość zagmatwane zdanie zdaje się świadczyć, iż analitykom pracującym dla PE przeszło przez myśl, że całościowy system nadzoru nad obcymi może z czasem wykorzystać również do dozorowania każdego z obywateli EU. A jak wiadomo, posiadanie odpowiednio rozbudowanej bazy danych stanowi we współczesnym świecie fundament realnej władzy. Co też instynktownie wyczuwali prekursorzy identyfikowania ludzi.
Sposób na Hindusa
Rozpoczynając pracę jako urzędnik w administracji brytyjskiej w Indiach, William J. Herschel zetknął się ze starymi chińskimi dokumentami opatrzonymi odciskiem dłoni. Od wieków mieszkańcy Państwa Środka, obok odręcznego podpisu, w ten sposób uwiarygodniali handlowe umowy oraz kontrakty... rozwodowe. Ale w połowie XIX w. nikt jeszcze w Europie nie zwrócił uwagi na to, iż odciski ludzkich dłoni tworzą na papierze mozaikę oryginalnych łuków i linii. Również Herschel wcale nie okazał się w tym względzie bystrzejszy. Stara chińska tradycja podsunęła mu jedynie pomysł, jak zniechęcić do oszustw hinduskich kupców. Zauważył bowiem, że ci, po zostawieniu na kontrakcie śladu umazanej tuszem do stempli dłoni, dużo rzadziej oszukują przy dostawach. Ten bardzo przydatny efekt psychologiczny skłonił brytyjskiego urzędnika, aby wymuszać na hinduskich kontrahentach sygnowanie umów odciskiem ręki.
Dopiero po upływie kilku lat i zebraniu tysięcy odcisków Herschel zaczął dostrzegać ich różnorodność. Będąc urodzonym biurokratą, wpadł w końcu na pomysł, jak swoje odkrycie wykorzystać do usprawnienia funkcjonowania urzędów. W tym czasie miał wielki kłopot z obsługą wypłat żołnierskich rent dla hinduskich weteranów. Podobnie jak inni Europejczycy z trudem odróżniał od siebie mieszkańców Indii, zwłaszcza gdy miał do czynienia z kłębiącym się tłumem. Tymczasem niepiśmienni weterani najpierw na pokwitowaniu stawiali krzyżyk, a potem udawali się na koniec kolejki, chcąc wyłudzić rentę za inną osobę. I często im się to udawało. Herschel postanowił ukrócić proceder przynoszący ogromne straty budżetowi kolonii. Nakazał więc, by przybyli po wypłatę zostawiali przy własnym nazwisku na liście odcisk maczanych w tuszu palców – wskazującego i środkowego.
Pomysł sprawdził się znakomicie, bo liczba oszustw gwałtownie spadła. Zachęcony tym urzędnik dalej rozbudowywał wymyślony przez siebie system.
„Każda osoba, która obecnie chce sporządzić w Hugli urzędowy dokument, musi pozwolić na zdjęcie odcisków jej palców; dotychczas nikt nie uchylał się od tej procedury. Sądzę, że gdyby wprowadzono powszechnie owo postępowanie, raz na zawsze położono by kres wszystkim szwindlom identyfikacyjnym” – chwalił się Herschel w liście wysłanym 5 sierpnia 1877 r. do naczelnego inspektora więzień w Bengalu. „Sporządziłem w ciągu ostatnich 20 lat tysiące kart z takimi odciskami i obecnie potrafię prawie zawsze zidentyfikować osoby na podstawie tych odcisków” – dodawał. Ale jego postulat nie spotkał się z żadnym zainteresowaniem lokalnych władz.
Dwa lata później Herschel wrócił do Wielkiej Brytanii i zniechęcony brakiem odzewu zarzucił propagowanie idei identyfikowania ludzi na podstawie odcisków palców. Aż niepodziewanie w październiku 1880 r. na łamach prestiżowego czasopisma naukowego „Nature” zobaczył list, którego treść wydała mu się aż nadto znajoma. Mieszkający w Tokio szkocki lekarz Henry Faulds opisywał, jak do badań nad śladami linii papilarnych zainspirowały go odciski dłoni na starożytnych glinianych skorupach, odnajdywanych w Chinach. „Rysunek linii skóry palców nie ulega zmianie przez całe życie, może zatem lepiej aniżeli fotografia służyć identyfikacji” – twierdził lekarz z tokijskiego szpitala Tsukiji. Przez ponad rok pobierał od pacjentów odciski palców i porównywał je ze sobą. Przełom przyniosło jednak dopiero włamanie do domu sąsiadów Fauldsa. Złodziej, wspinając się na pokryty białym tynkiem mur, zostawił dokładny ślad umazanych sadzą dłoni. Niedługo potem policja ujęła podejrzanego. Faulds, jako osoba wpływowa, uzyskał zgodę, by pobrać od zatrzymanego odciski palców. Kiedy porównał je z tymi na murze, zupełnie do siebie nie pasowały. Przekonał więc policję do wznowienia śledztwa i wkrótce ujęto prawdziwego włamywacza.
Po tym sukcesie poproszono Szkota, by pomógł organom ścigania w znalezieniu kolejnego zbrodniarza. Ktoś bowiem obrabował dom w ekskluzywnej dzielnicy Tokio, zostawiwszy podczas włamania widoczny ślad palca na szklance z wodą. Notabene dzięki temu Faulds odnotował, iż czubki palców (zwłaszcza osoby zdenerwowanej) wydzielające intensywnie pot odciskają czytelny wzór linii papilarnych. Śledztwo Fauldsa zakończyło się, zupełnie niespodziewanie, błyskawicznym sukcesem. Lekarz rozpoczął je od przejrzenia kolekcji gromadzonych przez rok odcisków. Ku swemu zaskoczeniu natrafił na identyczne z tymi pozostawionymi na szklance. Dom okradł pracujący w nim służący, który wcześniej leczył się u Szkota. Gdy go zatrzymano, niemal od razu przyznał się do winy.
„Można zdjąć odciski palców każdego zbrodniarza po skazaniu go i je zebrać. Jeśli ten sam przestępca zostanie później ujęty z powodu nowej zbrodni i poda fałszywe nazwisko, można będzie przez porównanie odcisków dojść do prawdziwego nazwiska” – konstatował w liście do „Nature” Faulds.
Sukces miewa wielu ojców
Po przeczytaniu listu Szkota William J. Herschel natychmiast przesłał redakcji swoje notatki, domagając się uznania, iż jako pierwszy 20 lat wcześniej dostrzegł niezwykłe cechy linii papilarnych. Wkrótce między odkrywcami rozgorzał ostry spór. Jednak nikt inny nie traktował go poważnie, a zwłaszcza Scotland Yard. Angielska policja zignorowała odkrycie, ponieważ wprowadzała właśnie u siebie system katalogowania kryminalistów w archiwach na podstawie zestawu cech fizjologicznych opracowany przez Francuza Alphonse’a Bertillona. Stworzył on w latach 80. XIX w. metodę identyfikowania ludzi za sprawą niezmiennych cech ich wyglądu, m.in.: wzrostu, obwodu głowy, długości ramion i nóg. Dzięki pomiarom antropometrycznym policja mogła po raz pierwszy tworzyć kartoteki pozwalające identyfikować recydywistów. Faktu, że pobieranie odcisków palców wszystko upraszcza, w ogóle nie chciano przyjąć do wiadomości.
Być może o liniach papilarnych wówczas by zapomniano, gdyby nie krewny Karola Darwina, wybitny antropolog Francis Galton. Prowadząc swoje badania naukowe, osiem lat po ukazaniu się listu Fauldsa w „Nature”, Galton przypominał sobie o nim i poprosił gazetę o udostępnienie tegoż tekstu. Tymczasem przez pomyłkę przysłano mu leżącą w redakcji pracę Herschela. Po jej przeczytaniu Galton w połowie 1888 r. odnalazł autora mieszkającego wówczas w Littlemore w środkowej Anglii. Następnie, gdy dokładnie poznał wyniki badań byłego urzędnika, sam zaczął gromadzić odciski palców, fotografować je i powiększać. Jak przystało na antropologa, starał się przy okazji wyróżnić podstawowe ich typy i stworzyć odpowiednią klasyfikację. Po czterech latach żmudnych badań w 1892 r. opublikował pracę naukową pt. „Fingerprints” („Odciski palców”). Dowodził w niej, iż nie istnieją dwie osoby o identycznych liniach papilarnych.
Sławnego naukowca nikt nie śmiał uznać za wariata. Na żądanie polityków oraz prasy, pomimo sceptycyzmu okazywanego przez Scotland Yard, powołano specjalną komisję rządową. Zlecono jej wydanie werdyktu, czy odciski palców mogą być bardziej pomocne przy identyfikacji przestępców od systemu Bertillona. Członkowie komisji kilkakrotnie rozmawiali z Galtonem i nawet odwiedzili jego pracownię w South Kensington Museum. Zauważono jednak, iż szukanie identycznych linii papilarnych wśród tysięcy próbek jest bardzo czasochłonne. W końcu znaleziono salomonowe rozwiązanie i komisja zaleciła Scotland Yardowi uzupełnienie systemu Bertillona przez pobieranie od recydywistów odcisków dziesięciu palców. Ale obarczony niechcianym obowiązkiem Scotland Yard sabotował jego wykonywanie na co dzień. Także inne policje w Europie zignorowały daktyloskopię i wprowadziły kartoteki przestępców oparte na pomiarze antropometrycznym Bertillona. Musiał znów wydarzyć się głośny zbieg okoliczności. Jak opisuje Jürgen Thorwald w książce „Stulecie detektywów”, w dalekiej Argentynie funkcjonariusz Ivan Vucetic (Juan Vucetich) na polecenie przełożonych zaczął dla miejskiej policji w Buenos Aires tworzyć w 1891 r. kartotekę kryminalistów wedle systemu Bertillona. Ale pewnego razu wpadł mu w ręce gazetowy artykuł poświęcony książce Galtona. Opierając się jedynie na nim, Vucetic zbudował urządzenie do zdejmowania odcisków palców, a potem na własne potrzeby zaczął tworzyć ich archiwum.
Przełożeni traktowali jego hobby z przymrużeniem oka, aż do momentu gdy w lipcu 1892 r. poprosił go o pomoc inspektor Alvarez z La Plata. Śledczy próbował rozwikłać zagadkę zabójstwa dwójki dzieci samotnej matki Franciski Rojas w miasteczku Necocha. O zbrodnię pani Rojas oskarżyła robotnika z pobliskiego ranczo, niejakiego Velasqueza. Ale nawet po zastosowaniu tortur podczas przesłuchania ten uparcie odmawiał przyznania się do zbrodni. Tymczasem inspektor Alvarez zaczął podejrzewał, iż dzieci mogła zabić ich matka, gdyż stały się przeszkodą w jej związku z Velasquezem. Po dokładnym obejrzeniu miejsca mordu odkrył na drzwiach ślad krwi z odbitą opuszką kciuka. Odciął ten fragment przy pomocy piły i przywiózł do zbadania Vuceticowi. Porównanie śladów linii papilarnych nie pozostawiło wątpliwości, to Francisca Rojas była winna.
Wyjaśnienie przez Ivana Vucetica głośnej zagadki kryminalnej przy użyciu daktyloskopii sprawiły, że pod koniec XIX w. Argentyna stała się pierwszym państwem świata, w którym pobieranie śladów linii papilarnych wprowadzono jako standardową procedurę podczas śledztwa. Wkrótce inne kraje Ameryki Południowej zaczęły naśladować rozwiązania argentyńskie. Dopiero wówczas daktyloskopią zainteresowano się w Europie.
Poprawianie ideału
Metoda identyfikowania ludzi na podstawie odcisków palców okazała się prawdziwym strzałem w dziesiątkę ze względu na niezawodność, prostotę procedury pobierania odcisków i łatwość ich katalogowania. Dlatego przez długie lata nie wymyślono niczego lepszego. Wprawdzie duże nadzieje wiązano z odkryciem polskiego uczonego Ludwika Hirszfelda, który w 1910 r. dowiódł, że istnieją różne grupy krwi. Jednak wyszczególniono ich zaledwie kilka, co powodowało, że jedynie w szczególnych wypadkach dawało się na podstawie próbki krwi określić konkretną osobę. Boleśnie doświadczył tego sam uczony, gdy powołany został przez sąd w charakterze eksperta podczas głośnego procesu Rity Gorgonowej. Na przełomie kwietnia i maja 1932 r. procesem guwernantki, oskarżonej o zamordowanie siedemnastoletniej córki swego kochanka Henryka Zaremby, żyła cała Polska. „Przeżyłem wówczas popularność diwy operetkowej. Do telefonu przestałem podchodzić, gdyż redakcje pism zasypywały mnie pytaniami” – wspominał Hirszfeld. Wszystko dlatego, że przeprowadził kluczowe dla aktu oskarżenia badania śladów krwi, jakie znaleziono na futrze Gorgonowej. Wedle ustaleń naukowca podejrzana miała grupę zero. Tymczasem na futrze, które nosiła w dniu morderstwa, znaleziono plamy krwi grupy A, zgodnej z grupą krwi zabitej Lusi. Ostatecznie, pomimo wielu wątpliwości wynikłych z zaniedbań w śledztwie, sąd uznał Gorgonową winną zbrodni i skazał ją na karę śmierci. Wyrok ten później uchylił Sąd Najwyższy ze względu na błędy proceduralne, a po ponownej rozprawie zamieniono karę śmierci na więzienie.
Tak czy inaczej, próbki krwi nie pozwalały na niebudzącą wątpliwości identyfikację konkretnej osoby aż do (nomen omen orwellowskiego) roku 1984. Wówczas to zespół brytyjskich genetyków z Uniwersytetu w Leicester, kierowany przez Aleca Jeffreysa, opracował metodę analizy DNA. Naukowcy szukali tzw. znaczników chorób dziedzicznych i niejako przy okazji udało się im stworzyć technologię porównywania próbek kodu genetycznego. A że jest on, podobnie jak linie papilarne, indywidualny dla każdego człowieka, pomysł, by używać go do identyfikowania ludzi, narodził się bardzo szybko. Zwłaszcza że próbki DNA można pozyskiwać nie tylko z krwi, ale też m.in. ze śliny, włosów i spermy. Już dwa lata po odkryciu zespołu Jeffreysa doszło do ujęcia pierwszego przestępcy zidentyfikowanego na podstawie śladów DNA. Był nim gwałciciel i zabójca dwóch czternastoletnich dziewczynek Colin Pitchfork. Nowa metoda przy okazji ocaliła przed wyrokiem 30 lat więzienia siedemnastoletniego Richarda Bucklanda, który został wcześniej aresztowany przez policję, i długo przyjmowano, iż to on popełnił podwójne morderstwo.
Poza odkryciem przydatności śladów genetycznych rok 1984 przyniósł światu jeszcze jeden przełom w dziedzinie identyfikowania ludzi. Firma EyeDentify wypuściła na rynek pierwszy skaner potrafiący utrwalić wzór siatkówki ludzkiego oka, a następnie sprawdzić, czy skanowane oko do niego pasuje. Rynkowy sukces skanerów EyeDentification 7.5. udowodnił, że warto inwestować kapitał w badania nad rozwojem nowych metod biometrycznych. Dziesięć lat później John Daugman z Uniwersytetu Cambridge opatentował algorytm pozwalający na łatwe rozpoznawanie wzoru tęczówki oka. Podczas filtracji obrazu tęczówki konkretnego człowieka jest on potem zapisywany w pamięci komputera w postaci kodu binarnego. Podobnie jak w przypadku śladów DNA czy odcisków palców, prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch identycznych jest znikomo małe. Potem wystarczy już tylko uruchomić skaner podłączony do bazy danych i przy jego użyciu wychwytywać poszukiwane osoby.
Permanentna inwigilacja
Skanery tęczówki z algorytmem Daugmana przetestowano w 1994 r. na więźniach amerykańskiego zakładu penitencjarnego w hrabstwie Lancaster (stan Pensylwania). Sprawdziły się bezbłędnie i powoli zaczęły wchodzić do powszechnego użycia. W międzyczasie różne ośrodki badawcze starały się opracowywać coraz bardziej wyszukane technologie biometryczne. Wychodzono przy tym ze słusznego założenie, że przecież poszukiwana osoba może nie pozostawić odcisków palców, włosów, śladów krwi ani też nikomu się nie uda uzyskać skanu tęczówki jej oka. Dlatego próbuje się dopracować systemy rozpoznające ludzkie twarze, oparte na samouczącej się sztucznej sieci neuronowej. Rozmieszczone w kluczowych punktach kamery biometryczne, połączone z siecią neuronową, potrafiłby zidentyfikować każdą poszukiwaną osobę, jeśli ta pojawiłaby się w ich zasięgu. Za jeszcze bardziej perspektywiczną metodę uznaje się kamery termowizyjne rejestrujące termiczny obraz obiektu. Wszystko zależy od skuteczności sztucznej inteligencji, która przeprowadzałaby analizę, wychwytując charakterystyczne dla danej osoby cechy.
Na razie jest to tylko wizja przyszłości, bo w praktyce wciąż króluje daktyloskopia. Rejestrowanie śladów linii papilarnych jest nadal najprostszym i najtańszym sposobem nadzorowania ludzi. Swe „drugie życie” daktyloskopia zawdzięcza w dużej mierze terrorystom z Al-Kaidy. Po zamachach z 11 września 2001 r. Stany Zjednoczone, by uniemożliwić podejrzanym osobom dostanie się na swe terytorium, zaczęły na masową skalę wprowadzać do użycia czytniki linii papilarnych. Od jesieni 2004 r. każdy, kto chciałby otrzymać wizę wjazdową do USA, musi złożyć odciski swoich palców w amerykańskiej ambasadzie. Po zeskanowaniu trafiają one do elektronicznej bazy danych, z której korzystają agencje zajmujące się kwestami bezpieczeństwa narodowego.
Ten system kontroli zaczęły szybko powielać inne państwa, a także wielkie korporacje. I z każdym rokiem budowa elektronicznych kartotek nabiera tempa. Obejmują one też uciążliwie dla państw grupy społeczne lub narodowe. Francja w 2010 r. zaczęła tworzyć bazę odcisków palców Romów, którzy otrzymywali jednorazową zapomogę w wysokości 300 euro, ale w zamian zobowiązywali się na zawsze opuścić ten kraj. Francuskie Ministerstwo Imigracji, wzorem Williama J. Herschela, postanowiło tym sposobem uniemożliwić niechcianym gościom powrót do kraju pod fałszywymi nazwiskami i ponowne wyłudzenie zasiłku. Co i tak jest jedynie drobną przygrywką do ogólnoeuropejskiego systemu „Smart Borders”. W zamierzeniu swych twórców mającego zadbać o to, by zalew barbarzyńców nie odebrał mieszkańcom Starego Kontynentu wygodnego życia oraz poczucia bezpieczeństwa. Wyrzeczenie się prywatności zdaje się przy tym niekoniecznie wysoką ceną. Gorzej jeśli społeczeństwa Zachodu ją definitywnie stracą, a dawane przez biometrię przekonanie kontrolowania sytuacji okaże się całkowicie złudne.