Michał Kleiber, b. prezes PAN / Dziennik Gazeta Prawna
Czy ktoś rozsądny może wątpić, że niezbędne do funkcjonowania społeczeństw zasoby naszej planety muszą się kiedyś wyczerpać? Niech nikogo nie myli to, iż z punktu widzenia poszczególnych osób czy nawet całych krajów Ziemia wydaje się nieskończenie wielka.
Reklama

Reklama
Tę naiwną opinię wspomaga świadomość minionych 10 tys. lat w miarę stabilnej sytuacji ziemskiego środowiska naturalnego, prawda jest jednak inna i niezaprzeczalna – wszystkie zasoby naturalne są ograniczone i któregoś dnia ludzkość dojdzie do kresu możliwości ich wykorzystywania. A gdyby tak się stało, to już na pewno bez możliwości podjęcia wtedy jakichkolwiek działań zaradczych. Globalna intensyfikacja działalności gospodarczej i wzrost konsumpcji (rozumiane statystycznie, co jak wiemy, nie wyklucza wielu, często dramatycznych obszarów ubóstwa) tworzą problemy ważne bynajmniej nie tylko dla naszej odległej, enigmatycznej przyszłości. Skala i charakter naszych obecnych działań, takich jak wycinanie lasów, emisja gazów cieplarnianych czy niszczenie różnorodności biologicznej, destabilizują bowiem naturalne środowisko człowieka w stopniu wymagającym podjęcia działań natychmiast.
Stwierdzenie to jest konkluzją artykułu opublikowanego niedawno w prestiżowym czasopiśmie naukowym „Science” przez pracującego w Australii i Szwecji wybitnego badacza ekosystemów W. Steffena i jego 17 współautorów. A holenderskiego noblistę P. Crutzena skłoniła jakiś czas temu do zaproponowania terminu „antropocen” na określenie obecnie trwającej epoki geologicznej – terminu akcentującego rozmiar zmian dokonywanych na Ziemi przez człowieka. Ostrzegawcze opinie potwierdzane są przez wielu innych uczonych. Autorzy ww. artykułu twierdzą, że groźna dla ludzkości destabilizacja ekosystemu Ziemi jest kwestią jedynie paru dekad. Swój pogląd opierają na analizie dziewięciu problemów uważanych od paru lat przez środowiska naukowe za kluczowe dla trwałości życia na Ziemi w obecnej formie. Do problemów tych należą m.in.: niszczenie warstwy ozonowej, poziom dostępu do pitnej wody, kwasowość oceanów, stężenie aerozoli w atmosferze czy obecność w środowisku egzotycznych związków chemicznych. Przekroczenie granicznych wartości mierników poszczególnych zjawisk tego typu naukowcy traktują jako dramatyczne ostrzeżenie rozwojowe – później mieć będziemy do czynienia ze strefą całkowitej niepewności co do możliwości dalszego istnienia ekosystemu. Nie musi to wprawdzie od razu oznaczać globalnej katastrofy, ale stworzy sytuację zupełnie dotychczas nieznaną. Porównuje się ją niekiedy do ostrzeżeń o możliwościach zejścia w górach lawin – pewności nigdy nie ma, ale skutki często okazują się tragiczne. W omawianym przypadku optymistyczna wersja zakłada, że konsekwencje zmian miałyby bardzo istotny wpływ na możliwości rozwoju globalnej cywilizacji w sposób zgodny z dotychczasowymi wyobrażeniami, zaś o wersji pesymistycznej trudno nawet mówić...
Aktualność problemu polega w szczególności na tym, że cztery z owych granicznych wartości w opinii autorów już zostały przekroczone. Dotyczy to zalesionej powierzchni Ziemi, poziomu dwutlenku węgla w atmosferze oraz zawartości w oceanach azotu i fosforu (wykorzystywanych szeroko w rolnictwie). Dla przykładu – bezpieczny przyrost zawartości azotu w oceanach szacowany jest na 62 megatony rocznie, a dzisiaj jest to około 150 megaton (!), co stanowi górną granicę strefy wysokiego ryzyka. Bezpieczny dla życia obszar pokryty lasami nie powinien być mniejszy niż 75 proc. historycznie ukształtowanego zalesienia (średnia globalna), a dzisiaj jest to już tylko 60 proc., przy czym co roku ubywa na Ziemi lasów na obszarze równym połowie powierzchni Polski. (Pamiętajmy, że jedno drzewo pochłania tyle dwutlenku węgla, ile generują dwa domy jednorodzinne!). Z kolei bezpieczna zawartość dwutlenku węgla w atmosferze szacowana jest na 350 ppm (cząstek na milion), strefa podwyższonego ryzyka miałaby według badaczy rozciągać się w przedziale 350–450 ppm, obecnie osiągnęliśmy już poziom 400 ppm, a dolną granicę strefy wysokiego ryzyka, czyli 450 ppm, osiągniemy zapewne jeszcze za życia młodszych z nas. A to miałoby spowodować wzrost średniej temperatury na Ziemi o dwa stopnie, ze wszystkimi tego dramatycznymi konsekwencjami dla wielu obszarów globu. Wygląda więc na to, że jest o czym myśleć...
Zakończmy jednak (umiarkowanie?) dobrą wiadomością. Ziemia w odległej przeszłości była miejscem najróżniejszych dramatycznych wydarzeń. Setki milionów lat temu prawdopodobnie całkowicie zamarzła, a jakieś 60 mln lat temu trafiona została skałą wielkości olbrzymiej góry, co spowodowało zagładę połowy zamieszkujących na Ziemi gatunków, w tym np. dinozaurów. A życiu na naszej planecie zawsze jakoś udawało się przetrwać i stawać się coraz bogatszym – tak jakby Ziemia umiała o siebie zadbać w walce ze wszystkimi przeciwnościami losu. Pamiętajmy jednak i o tym, że żyjemy dzisiaj w świecie dynamicznie rozwijających się technologii, które mogą pomóc, ale też dramatycznie, w nieznany z przeszłości sposób, zaszkodzić harmonijnej przyszłości globu. Innymi słowy, licząc po cichu na cudowną zdolność Ziemi do zwalczania zagrożeń, nie miejmy złudzeń – musimy ją w tym dziele aktywnie wspomagać.