Turcja nie potrzebuje wojskowego wsparcia – spotkanie NATO oraz wymiana uprzejmości pozwalają Ankarze usankcjonować swój polityczny zwrot – bezpośrednie zaangażowanie w wielką wojnę bliskowschodnią.
Jest tylko jeden problem – nikt z nas naprawdę nie wie, z czym jako członek NATO mamy się solidaryzować.
Czy Turcja rozpoczęła wojnę z Państwem Islamskim, czy może raczej wykorzystała pierwszy lepszy pretekst do tego, żeby zaatakować rodzącą się kurdyjską państwowość? Czy to przypadek, że Ankara wkracza do akcji kilka dni po podpisaniu irańskiego porozumienia atomowego? Czy to przypadek, że Turcja atakuje Kurdów po tym, jak rządzące AKP dostaje wyborczy cios od partii lewicowo-kurdyjskiej?
Pytań o to, co w zasadzie robi Turcja i z czym my jako jej sojusznik mamy się solidaryzować, jest bardzo dużo. Ale najbardziej niepokojące jest to, że odpowiedzi na te pytania wcale nie muszą być prezydentowi Erdoganowi znane. Nazywany Sułtanem, polityk lawiruje między poparciem arabskiej wiosny, gospodarczą współpracą z Saudami, słownymi atakami na Izrael i rekonstrukcją związku z Amerykanami. Coraz trudniej o odpowiedź na pytanie, jakie w zasadzie Turcja ma cele.
Teraz do tego zestawu pytań dochodzą kolejne. Najciekawsze z nich dla mnie jest to, czy raz puszczona w ruch turecka armia nie nabierze ochoty, żeby porządki zrobić nie tylko za granicą, ale i w domu...
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.