„Możesz być nawet z Krakowa, jeśli jesteś kibicem Legii” – hasło warszawskiego klubu wciąż budzi kontrowersje. Postanowił on szukać fanów na rynku globalnym. Zrozumiał, że to także klienci i kupią nie tylko bilety na mecz.
Wszystkie polskie kluby piłkarskie mają ten sam problem – z roku na rok frekwencja na trybunach jest coraz mniejsza. Nowe, wybudowane za setki milionów złotych tuż przed Euro 2012 stadiony rzadko zapełniają się w 50 proc. Najwięcej kibiców w rundzie jesiennej sezonu 2013 przychodziło na obiekt w Poznaniu – mecze Lecha oglądało średnio prawie 19,6 tys. osób, czyli o niemal 4 tys. mniej niż rok wcześniej. Legia ze średnią 14,8 tys. na mecz sklasyfikowana została na drugim miejscu. Ale rok wcześniej mogła liczyć przeciętnie na 18 tys. kibiców, a w 2011 – prawie 21 tys. Te wyraźne spadki skłoniły władze warszawskiego klubu do szukania innych źródeł zysków. Od kilku miesięcy Legia prowadzi kampanię marketingową i reklamową, która ma jej przysporzyć więcej sympatyków, a tym samym – klientów. Na razie jednak różnie z tym bywa.
Głośnym echem odbiła się ostatnia odsłona tej kampanii – na billboardach w stolicy pojawiły się kontrowersyjne plakaty z hasłem „Możesz być nawet z Łodzi [Poznania, Gdańska, Wrocławia, Krakowa], jeśli jesteś kibicem Legii”. Momentalnie rozgorzała dyskusja na temat jego stosowności. Jakub Szumielewicz, członek zarządu Legii Warszawa, odpowiedzialny za dział marketingu i sprzedaży, zapewnia, że hasło nie ma na celu urażania kogokolwiek. – Chcemy po prostu podkreślić, że Legia to klub ponad podziałami, dla kibica z każdej części kraju – deklaruje. Czy aby na pewno? – Wątpię, żeby Legii w ten sposób udało się kogoś do siebie przekonać. Jeśli ktoś urodził się w danym mieście, to nie będzie kibicował klubowi z innego miasta – uważa Stanisław Skorzyński, kibic krakowskiej Wisły.