Wczoraj okazało się, że rząd stary ma być również rządem nowym. Tak zadeklarował Donald Tusk, uzasadniając, że trwanie dotychczasowej ekipy jest nieodłącznie związane z polską prezydencją. Z racji tego, że ostatnie poważniejsze wydarzenie dotyczące prezydencji wypada 19 grudnia, można się spodziewać szczytu sezonu politycznego w święta, sylwestra i być może w Nowy Rok.
W to trudno uwierzyć, można zatem przyjąć, że ministrowie gabinetu Tuska będą mieli zajęcie jeszcze w styczniu. Ale mówiąc bardziej poważnie, warto się zastanowić, czy deklaracja premiera to tylko wyraz obawy przed komplikowaniem się sytuacji i zagrywka z gatunku czystej politycznej taktyki. Ucieczka przed koniecznością rozwiązywania wszystkich problemów naraz i rozplątywanie ich po kolei pod hasłem rekonstrukcji rządu.
Nie da się ukryć, że swym posunięciem Tusk zafundował zimny prysznic wyborcom. Przecież niektórzy członkowie rządu zanotowali marniutki wynik z nieuzyskaniem mandatu włącznie. Teraz się okazuje, że dalej są ministrami. Przecież premier dosłownie na kilka dni przed wyborami zapowiadał głębokie zmiany w strukturze ministerstw i odejście niektórych szefów resortów. Teraz okazuje się, że ni stąd, ni zowąd ważniejsza stała się prezydencja.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.