Męczą wszyscy biednego Donalda Tuska. Pojechał spotkać się z rolnikami, którzy doznali strat z powodu wiatrów i burz, a uprawiali paprykę. Rzeczywiście na tle przeciętnego losu polskiej wsi są to ludzie szczególni, bo chociaż próbowali się specjalizować, jednak jakby zapomnieli, że w rolnictwie bardzo wiele zależy od losu i pogody.
Ryzyka uniknąć się nie da, tak jak się nie da – co prawda skala znacznie większa – ubezpieczyć od trzęsienia ziemi. A rząd nie może brać na siebie każdego ryzyka, bo musiałby w równym stopniu zajmować się tymi, którzy popadli w tarapaty z powodu franka, jak i tymi, których przedsiębiorstwa mają się kiepsko z powodu złego zarządzania. Rząd nie jest od tego: ma stworzyć możliwości i na tym dość, reszta w rękach ludzi.
Najlepiej to jednak widać z perspektywy zwyczajnego rolnictwa (niewyspecjalizowanego) i zwyczajnej wsi. Naturalnie rolnicy bez przerwy narzekają, głównie na to, że się nie opłaca. I to jest prawda w przypadku milionów gospodarstw, które są niewielkie – sieją i sadzą to i owo, hodują świnie i jedną krowę na użytek własny. Bardzo często dzieci już całkiem dorosłe uprawiają ziemię dla przyjemności dziadków, którzy by nie ścierpieli, gdyby leżała odłogiem. Przy obecnych cenach paliwa i robocizny wprawdzie kombajnem żniwa idą szybko, ale w najlepszym razie wychodzi się na zero. Ekonomiści powiedzieliby chórem, że jak czegoś produkować się nie opłaca, to nie warto tego robić, tylko poszukać innego zajęcia lub się wyspecjalizować. Polscy rolnicy wybierają jednak inne wyjście.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.