Prezydent Zełenski zaryzykował protestami, ale zgodził się na wpisanie do ustawy niekorzystnych zapisów w sprawie Donbasu.
Opozycja w parlamencie, a nacjonaliści pod siedzibą prezydenta Wołodymyra Zełenskiego oprotestowali zgodę Kijowa na implementację tzw. formuły Steinmeiera, ustalającej zasady przeprowadzenia wyborów w okupowanych częściach Zagłębia Donieckiego, po których tereny te mają uzyskać specjalny status w składzie Ukrainy.

„Ogólnie rzecz biorąc”

Reklama
Dokument mieści się na jednej stronie. W myśl jego zapisów specjalny status ma zostać przyznany Donbasowi tymczasowo o godz. 20 w dniu przeprowadzenia tam wyborów, a na stałe po tym, jak obserwatorzy Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie uznają ich przebieg i wyniki za „ogólnie rzecz biorąc, przeprowadzone zgodnie ze standardami OBWE i ustawodawstwem ukraińskim”.

Reklama
Bój toczył się zwłaszcza o sformułowanie „ogólnie rzecz biorąc” (po rosyjsku „w cełom”), bo pozostawia ono pole do zignorowania jakiejś części nieprawidłowości z przyczyn politycznych. Specjalny status zakłada autonomię językową i kulturalną dla Donbasu, prawo tworzenia milicji ludowej, czyli faktyczną legalizację oddziałów separatystów, swobodę w zakresie nominacji sędziowskich i prokuratorskich, a nawet prawo do zawierania umów o współpracy z regionami Federacji Rosyjskiej.
Pod dokumentem podpisali się we wtorek były prezydent Ukrainy Łeonid Kuczma, eksszef rosyjskiego parlamentu Boris Gryzłow, Martin Sajdik z OBWE oraz przedstawiciele samozwańczych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych Natalija Nykonorowa i Władysław Dejneho. Poinformowały o tym najpierw media rosyjskie. Strona ukraińska długo nie komentowała tych informacji, co najpierw wzbudziło podejrzenia co do ich prawdziwości, a potem wywołało krytykę, że Kijów nie kontroluje własnej polityki informacyjnej.
Dopiero we wtorkowy wieczór Zełenski potwierdził na konferencji prasowej informację o podpisaniu się przez Kuczmę pod formułą wymyśloną przez byłego szefa MSZ, a obecnie prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera. – Nie będzie żadnych wyborów pod lufami karabinów. Nie przekroczymy żadnej czerwonej linii, dlatego nie ma i nie może być mowy o kapitulacji – przekonywał Zełenski. To samo 20 września w wywiadzie dla „Ukrajinśkiej Prawdy” mówił szef MSZ Wadym Prystajko.
Dlatego wtorkowy podpis można rozpatrywać w charakterze gry na czas. Moskwa stawiała uznanie formuły Steinmeiera za warunek przeprowadzenia szczytu w formacie normandzkim, czyli z udziałem prezydentów Francji, Rosji i Ukrainy oraz kanclerz Niemiec. Podpis jest, ale implementacja formuły jest trudna do przeprowadzenia. Wybory zgodne ze standardami OBWE i ukraińskim prawem oznaczałyby, że musiałyby w nich wziąć udział ukraińskie partie polityczne. Trudno sobie wyobrazić, by tak się stało bez wprowadzenia tam co najmniej sił pokojowych.

Pięcioletnia adaptacja

– Lokalne wybory doprowadzą do legalizacji terroryzmu. Nie powinno się ich przeprowadzać nawet tuż po odzyskaniu kontroli nad terytorium i wycofaniu wojsk, bo skończy się to głosowaniem na prorosyjskich bojowników udających cywili. Wybory można przeprowadzić po pięciu latach mentalnej i informacyjnej adaptacji mieszkańców Doniecka i Ługańska – komentuje Maksym Butczenko, ukraiński publicysta pochodzący z okupowanej dziś części obwodu ługańskiego.

Ryzyko zniesienia sankcji

Żeby w ogóle myśleć o wyborach, trzeba najpierw przyjąć nową ustawę o specjalnym statusie Donbasu, która – według Zełenskiego – miałaby zastąpić tę z czasów Petra Poroszenki, teoretycznie obowiązującą, a w praktyce martwą. Poroszenko pisał na Facebooku, że zgoda na formułę oznacza „ryzyko kapitulacji”. Według sondażu ośrodka Rejtynh tylko 23 proc. Ukraińców popiera autonomię dla Donbasu. Nominalni przywódcy DRL i ŁRL określili decyzję mianem szansy, ale zażądali od Zełenskiego bezpośrednich rozmów ze sobą.
O ile za wcześnie mówić o legalizacji DRL i ŁRL, o tyle Kijów wystawił się na ryzyko zniesienia sankcji nałożonych na Rosję. Zachodnioeuropejscy dyplomaci coraz częściej powtarzają, że warunkiem takiej decyzji jest nie tyle wykonanie mińskich porozumień rozejmowych z 2015 r., ile choćby stwierdzenie postępu na drodze do ich wykonania. Moskwa może więc forsować tezę, że odpowiedzialność za to leży teraz po stronie ukraińskiej, skoro zobowiązała się ona do zapisania we własnych przepisach formuły Steinmeiera.