Całkowite i totalne oczyszczenie z zarzutów!” – krzyczał Donald Trump triumfalnie, wiatr w blond włosach, komentując z płyty lotniska raport specjalnego prokuratora Roberta Muellera, który stwierdza brak dowodów na to, że ludzie Trumpa spiskowali z Rosjanami w celu przejęcia władzy w USA. Zmowy, jak relacjonuje prokurator generalny William Barr, który zapoznał się z raportem, nie było.
Reklama
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Rzeczywistość, jak to bywa, jest nieco bardziej skomplikowana niż wypowiedzi prezydenta USA. Jego sztab wyborczy na pewno miał kontakty z Rosjanami, nawet jeśli nie miały one charakteru spiskowego. Wiele osób z nim związanych zachowało się niegodnie i popełniło przestępstwa, jak choćby Paul Manafort, którego Mueller prześwietlał pod kątem spotkań z rosyjskim wywiadem, a który skończył z wyrokiem czterech lat więzienia za oszustwa finansowe. Co więcej, w sprawie kolejnego zarzutu wobec Trumpa, który Mueller miał za zadanie przebadać, a mianowicie utrudniania pracy organom sprawiedliwości, raport jest niekonkluzywny i pozostawia ocenę materiału dowodowego Departamentowi Sprawiedliwości.
Ale centralny fakt pozostaje faktem: spisku jako takiego, wedle najlepszej wiedzy, jaką dziś mieć możemy, nie było. Nie było spotkań Trumpa z Putinem w ciemnych, wypełnionych papierosowym dymem pomieszczeniach (jeżeli ktoś tak sobie właśnie wyobraża spisek). Nie było nocnych telefonów na linii Moskwa – Mar-a-Lago; nikt nie meldował Kremlowi wykonania zadania. Amerykańscy demokraci prawie dwa lata czekali na raport, który miał przynieść polityczną sprawiedliwość i nadać ich wrogości wobec prezydenta głęboki wymiar, ale Święty Mikołaj okazał się skąpy i zamiast iPhone’a dostali tylko kilka cukierków i rózgę. Polowanie na czarownice – przekonywali republikanie z obozu Trumpa i, jak się okazało, nie było to całkiem niewłaściwe określenie.
Co robić? Jak ci z nas, którzy sprzyjają demokratom, są oburzeni większością decyzji Trumpa, uważają go za polityka szkodliwego, aktywnie podkopującego mechanizmy amerykańskiej demokracji, niezdolnego do właściwego sprawowania urzędu prezydenta USA, mają się w tej sytuacji zachować? Jak zareagować, gdy jest się jednym z tych, którzy czekali na raport Muellera w przekonaniu, że będzie on dla prezydenckiej administracji zabójczy?
Odpowiedź jest prosta jak budowa cepa: złożyć broń w sprawie spisku i otrzepać ręce. Domagać się upublicznienia jak największej części raportu, bo nawet jeśli nie ma w nim mowy o konspirze, to na pewno jest wiele ciekawych historii o administracji, których poznanie nam się należy. Co więcej, jeśli dotąd uważało się, że trzeba się zabrać do impeachmentu, raport Muellera nie powinien wpłynąć na zmianę tego przekonania. Powodów do impeachmentu jest, tak wedle wielu demokratów, jak i pokaźnej grupy republikanów, wystarczająco dużo, od szalejącej prywaty po pogardę dla procedur prawnych i niezdolność do efektywnego zarządzania; spisek byłby tu tylko kroplą, która przelałaby i tak już kipiącą czarę goryczy.
Ale trzeba też zrobić jedną rzecz nieoczywistą i być może najważniejszą, a mianowicie zadumać się nad liberalnymi mediami oraz mechanizmami ich działania w warunkach pogłębiającej się politycznej partyzantki.
Dlaczego bowiem idea rosyjskiej konspiracji w ogóle zawładnęła naszymi umysłami? Można zaryzykować stwierdzenie, że zostaliśmy poddani efektom zbiorowej histerii szanowanych mediów głównego nurtu; histerii, z której wyłamali się jedynie pojedynczy dziennikarze. Weźmy choćby Rachel Maddow z MSNBC, jedną z czołowych medialnych postaci tak zwanych liberal media. Według „The Daily Caller” były miesiące, w których Russiagate była tematem numer jeden w ponad 50 proc. programów Maddow. Dziennikarka wielokrotnie sugerowała, że Trump nie tylko spiskował z Rosjanami podczas kampanii wyborczej, ale wręcz, że jest wieloletnim rosyjskim agentem. Sprawa rzekomej agenturalnej działalności prezydenta była suflowana nie tylko przez wyjątkowo zaangażowaną w propagowanie tej tezy Maddow, ale przez poważne media, takie jak „The Washington Post” czy „The New York Times”.
Oczywiście nie ma nic złego w pomyłkach. Nawet najlepszy dziennikarz czy publicysta może popełnić błąd w interpretacji faktów. Ale wybaczenie może przyjść wtedy, gdy obejrzawszy materiał dowodowy, na jakim się ów dziennikarz czy publicysta opierał, sami przyznalibyśmy, że owszem, wszystko na daną tezę wskazywało. I teraz, patrząc wstecz na to, jak Russiagate była relacjonowana w mediach, widzimy, że ów materiał dowodowy to przede wszystkim inne słabo umocowane medialne doniesienia. Winni jesteśmy my, konsumenci mediów, których weryfikacja czytanej treści kończy się na kliknięciu linka do innego artykułu opisującego tę samą kwestię w identyczny sposób; ale winni są też dziennikarze, którym nauczyliśmy się ufać.
Kto chciałby zobaczyć, co mam na myśli, niech obejrzy na przykład wywiad, jaki przeprowadził Aaron Mate z Lukiem Hardingiem, dziennikarzem brytyjskiego „The Guardian” i autorem książki „Collusion. Secret Meetings, Dirty Money and How Russia Helped Donald Trump Win” (Zmowa. Tajne spotkania, brudne pieniądze i jak Rosja pomogła Trumpowi wygrać wybory), która została bestsellerem dziennika „The New York Times”.
Mate, którego macierzystą redakcją jest niemainstreamowe „The Real News Network”, przyjmuje pozę dociekliwego dziennikarza, który bardzo chce zrozumieć, dlaczego Harding uważa, że spisek był faktem. Harding mu opowiada na przykład o podróży Trumpa do Rosji w latach 90., a Mate pyta: – No dobrze, ale czy to znaczy, że był spisek? Harding mówi więc o wpływie, jaki na europejskie wybory wywierały rosyjskie trolle, na co Mate pyta znów: – No dobrze, ale czy to automatycznie znaczy, że Trump jest agentem? – Nie mówię, że był typowym agentem KGB – mówi Harding (parafrazuję) – ale na pewno były tam różne transakcyjne wymiany. Opowiada o tym, że Rosja nie gra w kulki, to niebezpieczny reżim i że Mate po prostu nie rozumie, jak działa agentura. – Rozumiem, że Rosja to niebezpieczny reżim – mówi Mate (znów parafrazuję dla skrótu) – i rozumiem, że agenci rosyjscy robią wszystko, co mogą, dla realizacji politycznych celów tego reżimu. Ale nadal nie rozumiem, skąd pewność, że sterują Trumpem od końca lat 80. Harding twierdzi wówczas, że miliarder jest wręcz książkowym zasobem dla Rosjan; nieporządny, chętny zaszczytów, zainteresowany pieniędzmi, potencjalnie niewierny w małżeństwie. Każdy by go zwerbował! – No dobrze – pyta Mate – ale czy zwerbował? Harding oferuje szeroki kontekst, który faktycznie uprawdopodabnia jego tezę o transakcyjnych wymianach, ale ani razu nie oferuje twardych dowodów.
Harding w końcu przyznaje, że nie jest z CIA; że jest opowiadaczem historii, dziennikarzem – i że w tej chwili odpowiedź na pytanie o spisek znają jedynie Trump i Putin. Przyciśnięty do muru jest w stanie zobaczyć, które jego tezy mają poparcie dowodowe, a które są częścią, nazwijmy to, kreatywnej eksploracji. I znów – kreatywną eksploracją publicystyka stoi; Harding ma prawo użyć swojej szerokiej wiedzy o Rosji, by zadawać niewygodne pytania, budując geopolityczny i dziennikarski kontekst dla wydarzeń w USA. Tylko dlaczego inne media chętnie podejmują jego tezy bez koniecznego krytycyzmu; dlaczego taka narracja staje się powoli oficjalną opowieścią na temat Trumpa; dlaczego w tej kwestii nagle zmniejsza się wymagana poprzeczka dowodowa opisywanych tez i brexit wystarcza za dowód w sprawie spisku w USA.
Nie jest tu winny sam Harding, który w dobrej wierze konstruuje narrację na faktach i domysłach, ale dziennikarska bańka, w której rzetelna analiza jego tez skazałaby autora na twitterowo-liberalną banicję. Winna jest też logika wojenna, która każe dziennikarzom zwierać szeregi przeciwko wspólnemu wrogowi. I wreszcie winny jest mechanizm medialny, który nagradza silne, mocne tezy bez względu na ich dowodowe wsparcie, a potem nie rozlicza ich autorów ze zniszczeń, jakie te powodują, gdy okażą się nieprawdziwe. Prezydent agentem? Milion klików. Wrak pełen trotylu? Szum kliknięć słychać aż na Kremlu. Jednak nie? No cóż, zdarza się, idziemy dalej.
Powinniśmy nade wszystko dbać o to, by media liberalne nie wpadały w spiskowe pułapki, w jakie wikłają się media skrajnie prawicowe (alt-right). Niech będą zakątki internetu, gdzie Hillary Clinton przewodzi szajce pedofili z pizzerii; niechaj nie będzie takich, w których Russiagate ma większą wagę, niż mieć powinna.
To trudne – i T.A. Frank z „Vanity Fair” zwraca uwagę na koszty takiego funkcjonowania mediów: – Administracja Trumpa zbombardowała Syrię, wmieszała się w zmianę władzy w Wenezueli, wyraziła wsparcie dla Izraela w sprawie aneksji wzgórz Golan, wprowadziła ogromne zmiany podatkowe, złapała i wypuściła setki tysięcy nielegalnych imigrantów i wypowiedziała wiele kontrolujących zbrojenia umów; tymczasem gdyby zsumować relacje z tych wszystkich wydarzeń w telewizji kablowej i w gazetach, ilość prawdopodobnie byłaby nieporównywalna z relacjami z Russiagate.
Tymczasem spisku nie ma. A jedyną sensowną reakcją na taki rozwój wydarzeń były słowa komika Stephena Colberta. Poniekąd tłumaczą one wszystkich, którzy żyli w obsesji agenta Trumpa: – Myślę, że to kłopotliwe wieści – powiedział Colbert o raporcie Muellera. – Bo jeśli Trump naprawdę nie współpracuje z Rosjanami, to co jest z nim, do cholery, nie tak?