Gdy Rafał Trzaskowski ogłosił podpisanie Deklaracji LGBT+, w polskich mediach i internecie zawrzało. Temat ten doprowadził niemal do białości nie tylko przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, którzy w naturalny sposób byli najbardziej zagorzałymi krytykami tego pomysłu.
Nerwy puszczały także przedstawicielom partii Wiosna, na czele z jej liderem, ponieważ mieli oni (słuszne) wrażenie, że po tym, jak PiS odebrał im część programu socjalnego, teraz Platforma Obywatelska podbiera elementy ich programu obyczajowego. Co najciekawsze jednak, posunięcie prezydenta Warszawy krytykowali nawet członkowie jego macierzystej partii.
Dziś jednak można mieć wrażenie, że po wrzawie wokół LGBT+ niewiele zostało. Niektórzy posłowie PiS twierdzili nawet, że ten temat się zużył. Dlaczego tak jest? Częściowo dlatego, że w obecnej dynamice mediów 24-godzinnych i społecznościowych ta czy inna sprawa wywołuje emocje tyleż gwałtowne, co krótkotrwałe. Coraz szybciej zmienia się sposób, w jaki prowadzona jest debata publiczna.
Reklama
Nie jest to jednak jedyny powód. Kontynuowanie dyskusji wokół LGBT+ nie było po prostu na rękę żadnej stronie sceny politycznej. W przypadku PiS oraz związanych z nim mediów musiałoby to – po pierwsze – oznaczać brnięcie w retorykę antygejowską, czego w polskich warunkach nie da się zrobić tak łatwo, jak kampanii antyuchodźczej w 2015 r. Nie chodzi już bowiem o grupę ludzi, których nikt w naszym kraju nie widział – ale o konkretne osoby, znajomych, przyjaciół, krótko mówiąc, o Polaków. Po drugie podejmowanie tego wątku mogło tylko dodać ognia PO, która zyskała właśnie nową grupę wyborców. Wiośnie problem wprowadzony do debaty publicznej w ten sposób nie był w smak, ponieważ jej przedstawiciele mogli co najwyżej pogratulować Rafałowi Trzaskowskiemu (a także wiceprezydentowi stolicy Pawłowi Rabiejowi), a to odebrałoby wyrazistość ich własnej partii.
Wreszcie i samo PO nie mogło podsycać tego tematu, bo ruch związany z podpisaniem Deklaracji LGBT+ był co prawda skuteczny, lecz ryzykowny. Snując bowiem dalej opowieść o tym, jak wyobrażają sobie tolerancyjne społeczeństwo, politycy tego ugrupowania mogli doprowadzić nie tylko do iskrzenia w ramach własnej partii, ale i rozluźnienia więzi wewnątrz z takim trudem sklejonej Koalicji Europejskiej.

Reklama
Temat jednak zaistniał i warto przyjrzeć mu się uważniej. Na pytanie, czy polscy liberałowie i konserwatyści mogliby zgodzić się co do potrzeby wprowadzenia edukacji seksualnej oraz jej kształtu, trzeba byłoby odpowiedzieć: to zależy, z jakich będą wychodzić przesłanek. Jeśli zaczną od przerzucania się obawami przed „ciemnogrodem” z jednej strony i „masturbacją dla trzylatków” z drugiej – niewiele to da. Inaczej będzie, jeśli wyjdą od tego, jak wygląda rzeczywistość naprawdę.
Rekordy popularności na Wyspach Brytyjskich bije ostatnio film pornograficzny nakręcony przez… matki kilkorga nastolatków. Kobiety stwierdziły, że są przerażone brutalnością pornografii dostępnej w internecie na wyciągnięcie ręki. Szokuje je także, że do tego rodzaju materiałów sięgają coraz młodsi użytkownicy. Pierwszy kontakt z pornografią mają dzieci średnio w 11. roku życia (!). Kobiety postanowiły zatem działać zapobiegawczo. Zamiast czekać, aż ich synowie i córki zaczną oglądać pornografię pełną przemocy i brutalnej dominacji mężczyzn nad kobietami, przygotowały film, w którym seks przedstawiony jest ciepło, z czułością, oparty na równości partnerów.
Część komentatorów prawicowych w Polsce orzekła, że sytuacja jest absurdalna. Ich zdaniem było to zastępowanie jednej patologii drugą, krzywdzenie dzieci. Można jednak argumentować zupełnie inaczej. Oceńmy realistycznie sytuację, z którą mamy do czynienia. Wiemy, że coraz młodsze dzieci oglądają pornografię w internecie. I wiemy, że na razie nie wynaleziono sposobu, aby to skutecznie uniemożliwić. Jest to fakt, który może się nie podobać, ale który prędzej czy później dotknie większość rodziców.
Skoro tak, to jedynym rozwiązaniem jest przygotowanie dzieci na to, że filmy pornograficzne zobaczą (np. gdy pokaże je starszy kolega lub koleżanka), zanim to się stanie. Nie proponuję tu naśladowania działań brytyjskich matek, ale coś o wiele bardziej podstawowego. Przygotowanie dzieci wymaga szczerej rozmowy o tym, czym jest seks i jak pornografia deformuje jego obraz. Ponieważ dostęp do treści pornograficznych jest zjawiskiem powszechnym, a nie indywidualnym, to warto, aby sfera publiczna (szkoła) i prywatna (dom, rodzice) w tej kwestii współpracowały. Dlatego lepiej, aby uczniowie, oprócz tego, co usłyszą w domu, otrzymali także dobrze przygotowaną lekcję wychowania seksualnego w szkołach.
To jednak nie wszystko. Rzeczywistość jest bowiem taka, że nasze dzieci mogą paść ofiarami tzw. złego dotyku i jeśli tak się stanie, dobrze byłoby, aby wiedziały, co się dzieje i jak mają się zachować. Z własnej szkoły podstawowej doskonale pamiętam księdza, który miał w zwyczaju głaskać po udach nastoletnie dziewczynki. Wszyscy w klasie mieliśmy poczucie, że coś jest nie w porządku. Nie umieliśmy jednak tego nazwać, ponieważ nikt o tym z nami nigdy nie rozmawiał, nikt nie próbował uprzedzić tego, co się może stać, mądrą informacją. I może dlatego, choć sala do religii przylegała jedną ścianą do gabinetu dyrektorki, nikt z nas nigdy nie poszedł do niej na skargę.
Warto, byśmy uczyli się na niegdyś popełnianych błędach. Oczywiście w polskiej sferze publicznej rozpowszechniono ostatnio tyle strachów na temat tego, co miałaby znaczyć edukacja seksualna kilkuletnich dzieci, że coraz trudniej o rzeczową dyskusję. Jednak jeśli odłożymy na chwilę na bok wykreowane medialnie obawy przed „nauczaniem masturbacji” i zastanowimy się, co może zagrażać naszym dzieciom, to niewykluczone, że będzie można dojść do jakichś wspólnych wniosków.
W niedawnym tekście opublikowanym w „Kulturze Liberalnej” Kacper Szulecki, na co dzień związany z Uniwersytetem w Oslo, wyjaśniał, jak wygląda edukacja seksualna adresowana do najmłodszych w Norwegii. Jak pisze Szulecki: „Kilka tygodni temu w naszym przedszkolu gościnnie pojawiły się dwie panie z owianego wśród Polaków najgorszą sławą mitycznego urzędu ochrony dzieci – Barnevern. Podstawową funkcją tej instytucji jest właśnie ochrona, choćby przed pedofilią. Stąd pogadanka dla grup 3–6 lat z użyciem dwóch lalek, które miały dzieciom uświadomić, że dotyk może być dobry, ale i zły. Wydawać by się mogło, że uświadamianie dzieci, że mogą napotkać dorosłego, który będzie chciał im zrobić coś złego, nie jest przesadnie kontrowersyjnym tematem”.
W Norwegii, jak pisze dalej Szulecki, drugim tematem, o którym się opowiada na takich zajęciach, jest to, z jakich osób składają się rodziny. Dzieci są pytane, kto jest najbliższą im osobą, z kim mieszkają. Większość uczniów pochodzi z tradycyjnych rodzin. Część jednak – z rodzin tradycyjnych, ale rozbitych, albo innych, gdzie są dwie mamy lub dwóch ojców. Nie chodzi w rozmowie na ten temat o promocję zachowań mniejszości seksualnych. Jest także jasne, jaka jest większość – większość jest heteroseksualna. Chodzi wyłącznie o to, aby od najmłodszych lat uczyć dzieci, że rodzinę można rozumieć jako ideał – gdzie jest dwoje rodziców przeciwnej płci i nawet kilkoro dzieci – lecz także jako rzeczywistość, w której rodziny wyglądają bardzo różnie i nie powinno to być powodem, aby ktokolwiek czuł się odepchnięty przez większość.
Na koniec zadajmy pytanie: czy w ogóle można przeprowadzić edukację seksualną w szkołach w mądry sposób, taki, który spotka się z akceptacją większości rodziców? Czy też wszystko uniemożliwi spór między liberałami a konserwatystami?
W szkole publicznej, do której chodzi jedno z moich dzieci, mamy grupę zaangażowanych rodziców. Grupa ta składa się z najróżniejszych osób, zarówno pod względem zawodowym, jak i światopoglądowym. Od kilku lat przygotowujemy na wiosnę spektakl teatralny, w którym rodzice są aktorami, a dzieci widzami. W tym roku ktoś zaproponował „Królową Śniegu”. Ktoś odpowiedział ze śmiechem, że to dobry pomysł, ale możemy dla zabawy odwrócić role kobiece i męskie – będzie Król Śniegu, Gerd, Kaja i tak dalej. Ktoś inny dodał, że zaprosimy wtedy na premierę nowego prezydenta Warszawy. Wywołało to ogólną wesołość. Pomyślałam wtedy, że przy odrobinie wysiłku i rozmowy nie byłoby problemem, żeby ta grupa rodziców ustaliła między sobą, czy i w jakim sensie życzą sobie edukacji seksualnej ich dzieci.
Kłopot jednak w tym, że nikt ich o to nie zapyta – bo nie będzie miał odwagi. W obecnym systemie edukacji rodzice mają znikomy wpływ na to, jak wygląda nauczanie dzieci w szkołach, do których je posyłają. Odnośnie takich tematów jak edukacja seksualna nie ma konsensusu, ponieważ nie ma rzeczywistego wpływu rodziców na sytuację, która prowadziłaby do konieczności rozmowy. Brakuje realnego dialogu między nimi a szkołą.
Ten brak umożliwia politykom wykorzystywanie tematów, takich jak edukacja seksualna, do rozgrywek wyborczych. Przeprowadza się zatem „skoki na edukację”, które polegają na tym, że przekonuje się: „od dziś tak należy uczyć”, „tak jest mądrze, bo mówią tak standardy” albo „bo tak trzeba”, a nie poszukuje się rozwiązań w wariancie minimum, takich, na które zgodzić mogliby się wszyscy. Na przykład takiej edukacji seksualnej, która będzie chronić wszystkie dzieci przed złym dotykiem.
Sprawa naprawdę nie dotyczy tylko edukacji seksualnej. Bardzo podobny mechanizm można zaobserwować w przypadku innych tematów, naklejanych niby łatki na i tak dość mało przemyślany program. W szkołach naucza się zatem od niedawna pierwszaki o żołnierzach wyklętych, choć przecież uczniowie w tym wieku nie otrzymują żadnego kontekstu w postaci dziejów Polski. Jaki jest w tym sens, skoro dzieci uczą się historii dopiero od czwartej klasy? A teraz mowa jest także o edukacji seksualnej – ale znów w mało konkretny, jeśli nie powierzchowny sposób. Nie jest to ani dobre, ani złe – a po prostu jałowe.
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Wreszcie mało zwraca się uwagę na to, że nie tylko konserwatystom, ale nawet najbardziej liberalnie usposobionym rodzicom może nie być po drodze z wprowadzeniem edukacji seksualnej ze względu na brak zaufania do instytucji państwowej, jaką jest szkoła. Zatem spór nie musi w ogóle mieć charakteru ideologicznego. Piotr Zaremba słusznie zwracał w swoim artykule dla DGP uwagę na to, że rodzice mogą obawiać się, iż wielu nauczycieli podejdzie do sprawy nieumiejętnie albo rutyniarsko. Zamiast ważnej rozmowy o kwestiach intymnych odbędzie się wtedy lekcja zupełnie bezwartościowa, zapamiętana przez dzieci wyłącznie jako coś nudnego lub krępującego.
Zatem spór o edukację seksualną ma sens. W imię troski o dzieci powinniśmy jednak umożliwić dyskusję nie o tym, czy wprowadzać ją do szkół – ale przede wszystkim, jak.
Autorka jest historyczką idei, członkinią redakcji „Kultury Liberalnej”, adiunktem w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Opublikowała m.in. książkę „Wina narodów. Przebaczenie jako strategia prowadzenia polityki”, wyróżnioną Nagrodą im. Józefa Tischnera. Wkrótce ukaże się jej książka „Wynalazek nowoczesnego serca. Źródła współczesnego myślenia o emocjach w filozofii klasycznej”