Premier Édouard Philippe spotka się dzisiaj z przedstawicielami ruchu społecznego, który od dwóch tygodni trzęsie Francją
Wśród liderów protestów we Francji jest sześciu mężczyzn i dwie kobiety. Wszyscy są młodzi lub bardzo młodzi – mają od 20 do 33 lat. To, co ich łączy, to doświadczenia z trudnego rynku pracy – są na samozatrudnieniu bądź mają jakieś dorywcze zajęcia. Wszyscy bez wyjątku zaklinają się, że nie są liderami ani przedstawicielami władz żółtych kamizelek, lecz jedynie „posłańcami” (messagers) i członkami „delegacji” ruchu.
Najbardziej rozpoznawaną postacią ruchu jest Éric Drouet, 33-letni kierowca ciężarówki spod Paryża, który był jednym z organizatorów pierwszego i najliczniejszego do dzisiaj protestu 17 listopada. Z tego samego co on departamentu wywodzi się 32-letnia Priscillia Ludosky, której internetowa petycja przeciw podwyżce cen paliw zebrała milion podpisów i znacząco przyczyniła się do mobilizacji społecznej wokół protestów.
Do tego dochodzi jeszcze dwójka 31-latków: Maxime Nicolle z Bretanii oraz Julien Terrier utrzymujący się ze świadczenia usług budowlano-remontowych. Pozostali członkowie „delegacji” mają mniej niż 30 wiosen. 26-letni Jason Herbert wcześniej parał się dziennikarstwem jako freelancer; 25-letni Thomas Miralles od kilku lat pośredniczy w sprzedaży hipotek; 22-letnia Marine Charrette-Labadie pracuje jako kelnerka; 22-letni Mathieu Blavier jest studentem.
„Delegacja” ukonstytuowała się 26 listopada. Premier Philippe był gotów przyjąć ich już w miniony piątek, ale – co ciekawe – zjawiły się tylko dwie osoby, w tym Herbert, który zerwał spotkanie po tym, jak szef rządu nie zgodził się na jego nagrywanie. Co znaczące, tożsamość drugiego uczestnika spotkania pozostała anonimowa, gdyż – jak stwierdził 26-latek – wiele żółtych kamizelek uważa ich za samozwańczych przedstawicieli; otrzymywali nawet pogróżki na mediach społecznościowych.