Upadek państwa wcale nie musi się powtórzyć. Uczmy się na błędach, zamiast je bezmyślnie powtarzać. Różnice zdań to z tej perspektywy nie egzystencjalne zagrożenie dla zbiorowości, ale szansa. Zwracamy sobie wzajemnie uwagę na ważne sprawy. Kto wie, może popełnimy mniej błędów - zastanawia się dr Jarosław Kuisz współzałożyciel i redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”, wykładowca Wydziału Prawa i Administracji UW.
Gdy prawica jest w opozycji, z ust jej polityków nie schodzi pieśń „Boże, coś Polskę”. Kiedy władzę stracili liberałowie, powpinali w koszule oporniki i wyszli na ulice, aby bronić demokracji. Blisko 30 lat po 1989 r. wszyscy śpiewają „Mury” Jacka Kaczmarskiego. Może pan jakoś to wyjaśnić?
Wciąż spłacamy dług wobec dawnej opozycji demokratycznej. Najważniejsi politycy III RP należeli do pokolenia, które „siedziało za sprawę”. Obcych wojsk od dawna nie ma na naszym terytorium. Ale najważniejsi aktorzy sporu politycznego żywią nie do końca uświadomione marzenie, aby przeciwnik polityczny uciekł się do przemocy fizycznej. By sami mogli uzyskać status więźniów politycznych. Wtedy nareszcie wszystko stałoby się znów proste. Znów obowiązywałby podział „dobre społeczeństwo” – „zła władza”. W niepodległej od trzech dekad Polsce ci, którzy najgłośniej krzyczą o wolności, często bywają największymi niewolnikami przeszłości. Czyli kultury podległości.