Ameryka jest coraz bardziej zmęczona wenezuelskim kryzysem. Prezydent Donald Trump otwarcie dał temu wyraz. Najpierw wprowadził sankcje finansowe wobec prezydenta Nicolása Madury i jego najbliższych współpracowników, a na ostatnim szczycie ONZ w Nowym Jorku powiedział, że reżim w Wenezueli może zostać bardzo szybko obalony.
Reklama
Trump mówił, że jest gotów spotkać się z wenezuelskim dyktatorem, po czym Maduro popędził do Nowego Jorku, ale do spotkania nie doszło, co zapewne miało pokazać Madurze, kto rozdaje karty w tej grze. Natomiast w rozmowie z prezydentem Chile Sebastiánem Piñerą w Białym Domu deklarował, że Wenezuela to bałagan, który trzeba posprzątać. Co prawda, Trump lubi mocne oświadczenia, jednak nie jest tajemnicą, że przedstawiciele amerykańskiej administracji odbyli kilka spotkań z byłymi wenezuelskimi wojskowymi, którzy deklarowali wcześniej, że chcą przygotować zamach stanu. Wysokiej rangi przedstawiciel administracji zastrzegł co prawda w rozmowie z gazetą „Washington Post”, że rozmowy miały służyć wysłuchaniu strony wenezuelskiej. Jednak Amerykanom zdarzało się w przeszłości obalać niewygodne latynoamerykańskie reżimy niejednokrotnie za pomocą wewnętrznych sił.
Oczywiście krytyka skrajnie lewicowego rządu Madury wpisuje się w konserwatywną retorykę Trumpa, który chce się jawić jako obrońca demokracji i programowo zwalcza wszystko, co może się kojarzyć z lewicą. Jednak to za mało, aby się decydować na zamach stanu. Wenezuela jest trzecim największym eksporterem ropy do USA. Na jej terenie działają dwa wielkie amerykańskie koncerny naftowe: Chevron i Halliburton. Dziennie Caracas wysyła do USA 500 tys. baryłek, w tym samym czasie importując z Ameryki 80–100 tys. ton ropy i produktów naftowych.
Krytyka skrajnie lewicowego rządu Madury wpisuje się w konserwatywną retorykę Trumpa
Wenezuelska ropa jest ciężka. Amerykańskie rafinerie rozcieńczają ją, umożliwiając jej późniejszy przesył. Zapewne dlatego Trump mimo zapowiedzi nie zdecydował się na objęcie embargiem tego surowca. Jednak poziom produkcji ropy w Wenezueli systematycznie maleje, bynajmniej nie z powodu jej braku, bo ten latynoamerykański kraj ma jej najwięcej na świecie, lecz z powodu korupcji i fatalnego zarządzania przemysłem naftowym. Dalszy spadek wydobycia może rozdrażnić Amerykanów, ale szybko znajdą sobie innego dostawcę. Ponadto 40 proc. produkcji Wenezuela wysyła do Rosji i Chin na poczet zadłużenia wobec tych krajów.
Wenezuela w obliczu chaosu stała się idealnym miejscem do odrodzenia się kolumbijskich ruchów rewolucyjnych, które mogą ponownie zdestabilizować proamerykańską Kolumbię, której nowy prezydent Iván Duque jest przyjacielem republikanów. Kolumbijskie bojówki zarabiają na swoje utrzymanie handlem narkotykami, których głównym odbiorcą są Stany Zjednoczone. Ten czynnik także niepokoi Waszyngton.
Pohukiwanie na Madurę jest też potrzebne Trumpowi w kontekście zbliżających się wyborów do Kongresu. USA są drugim po Kolumbii krajem, do którego w ostatnich latach najchętniej emigrowali Wenezuelczycy. Tak jak Kubańczycy, którzy osiedliwszy się niegdyś na Florydzie, mogą decydować o wyniku wyborów. Wenezuelczycy z Florydy również są tradycyjnie konserwatywni i antykomunistyczni, więc Trump swoimi deklaracjami chce im się przypodobać. Nie bez przyczyny konserwatywne media w USA wypowiadają się pozytywnie na temat rosnącej wenezuelskiej społeczności.
I zapewne tylko na pohukiwaniu i deklaracjach się skończy, o ile amerykańska administracja zdaje sobie sprawę, że interwencja w Wenezueli będzie nieopłacalna. Kraj zalicza się do strefy wpływów Rosji, Chin i Kuby. Jeśli USA spróbują przeciągnąć Wenezuelę na swoją stronę, muszą się liczyć z ostrą reakcją Rosji i Chin, a ponadto mogą ponieść sromotną klęskę, ponieważ obydwa mocarstwa obsadziły Wenezuelę swoimi agentami i mają pewien wpływ na armię i rząd Madury. Dodatkowo Trump może narazić swoje koncerny naftowe. Obalenie Madury mogłoby nawet skutkować obsadzeniem stanowiska prezydenta przez jeszcze bardziej prorosyjskiego lub prochińskiego kandydata, który mógłby wyrzucić Amerykanów z Wenezueli.
Zakładając scenariusz, w którym Waszyngtonowi udaje się zainstalować przychylny sobie rząd, koszt operacji byłby ogromny, bo sama zmiana władzy nie wydźwignie gospodarki z potężnej zapaści. Część kosztów musiałyby ponieść Stany Zjednoczone, na co z pewnością nie są gotowe. Wenezuela stała się zakładnikiem silniejszych od siebie mocarstw, które nie będą miały chęci podjęcia konkretnych działań, by zażegnać kryzys, o ile nie uderzy on w ich żywotne interesy. Niestety opozycja i społeczeństwo są na tyle bezsilne, że nie mogą z siebie wykrzesać siły na przeprowadzenie zmian samodzielnie. A na razie wenezuelski kryzys rozlewa się przede wszystkim na inne państwa Ameryki Łacińskiej. A te są zbyt słabe i niedostatecznie zintegrowane, aby podjąć stanowcze działania wobec reżimu w Wenezueli.