Viktor Orbán przekonywał, że Rosja czuje się zagrożona i chce tylko przywrócić status quo. Bronił też omijających Ukrainę rosyjskich projektów energetycznych.
Z żadnym krajem NATO Ukraina nie ma tak napiętych relacji jak z Węgrami. Kością niezgody jest przyjęta we wrześniu 2017 r. ustawa o oświacie, zmieniająca zasady funkcjonowania szkolnictwa mniejszości narodowych. Według danych z 2011 r. na Ukrainie mieszka 145 tys. Węgrów. Kijów mimo apeli nie konsultował nowego prawa z sąsiadami. W odwecie Budapeszt zablokował współpracę polityczną Ukrainy z NATO.
Premier Viktor Orbán coraz częściej pozwala sobie też na formułowanie uwag zgodnych z rosyjską oceną wydarzeń na Ukrainie. Wczoraj podczas spotkania z węgierską młodzieżą w rumuńskim Băile Tuşnad Orbán dowodził, że Ukraina jest rozdarta między Wschodem i Zachodem, zaś celem Rosji – która czuje się zagrożona – jest jedynie „przywrócenie poprzedniego stanu rzeczy”. Premier określił też unijną politykę sankcyjną mianem prymitywnej i opowiedział się za tym, by każdy kraj nawiązywał takie relacje z Kremlem, jakie uważa za stosowne.
Reklama
Zgodnie z ustawą, która we wrześniu 2017 r. wywołała spór na linii Budapeszt – Kijów, edukacja w językach mniejszości będzie mogła być prowadzona jedynie w przedszkolu i pierwszych czterech klasach szkoły podstawowej. Potem jedynym dopuszczalnym językiem będzie ukraiński, zaś język mniejszości będzie mógł być prowadzony jako dodatkowy. To nie wszystko. Nie jest jasna przyszłość szkół mniejszości narodowych, bowiem w ustawie mowa jedynie o klasach mniejszości narodowych. Tymczasem Węgrzy na Zakarpaciu dysponują niemal 100 placówkami od przedszkoli po uniwersytet im. Franciszka Rakoczego w Berehowie.
Według węgierskiego rządu ustawa godzi w węgierską mniejszość narodową. Sprzeciwiają się jej także politycy z Zakarpacia, nie tylko Węgrzy, ale i Ukraińcy. Partia Węgrów Ukrainy jest członkiem koalicji w zakarpackiej radzie obwodowej, a jej lider Wasyl Brenzowycz zasiada w Radzie Najwyższej wybrany z list Bloku Petra Poroszenki. Politycy z Użhorodu skarżą się, że ich apele o nieeskalowanie konfliktu zostały zignorowane zarówno przez Kijów, jak i Budapeszt. I że najpierw ukraiński parlament przegłosował ustawę o oświacie, a dopiero później zaczął z nimi rozmawiać na temat jej zmiany.

Reklama
Ale cała sprawa ma też drugie dno, którego obawiają się ukraińscy politycy. W 2010 r., zaraz po tym, jak koalicja Fidesz–KNDP doszła do władzy, uchwalono ustawę o przyznaniu obywatelstwa Węgrom żyjącym na dawnych ziemiach Królestwa Węgierskiego, m.in. w Rumunii, Serbii na Słowacji i Ukrainie. Takie prawa otrzymali więc także Węgrzy na Zakarpaciu, chociaż – podobnie jak na Słowacji – nie można się tam legitymować dwoma paszportami, a wykrycie tego faktu teoretycznie może skutkować pozbawieniem tego pierwszego (choć to rzadkie przypadki, bo drugi paszport ma nawet wielu najważniejszych polityków).
Od jesieni rząd Węgier, najczęściej ustami szefa dyplomacji, powtarza jak mantrę, że Budapeszt będzie się sprzeciwiał wszelkiej euroatlantyckiej integracji Ukrainy. Péter Szijjártó każdorazowo domaga się też reakcji Komisji Europejskiej wobec Kijowa, na co jego ukraiński odpowiednik Pawło Klimkin zwykł odpowiadać równie ostrymi stwierdzeniami. Zdaniem Węgrów ukraińska ustawa uderza w europejskie standardy, jest także sprzeczna z podpisanym w 1991 r. traktatem dobrosąsiedzkim. Ukraińcy liczyli, że to tylko gra na użytek kampanii i Budapeszt wycofa się z blokady posiedzeń Rady NATO – Ukraina od razu po kwietniowych wyborach.
Nic takiego się nie stało i komunikaty o stanowczości oraz pogróżki wciąż przeplatają się ze skąpymi informacjami dotyczącymi negocjacji z Ukrainą. Kijów zapewnił na razie, że ustawa nie wejdzie w życie w 2020 r., ale dopiero w 2023 r. Ukraińcy proponują, aby nowelizacja ustawy odbywała się na drodze rozporządzenia. Na to nie chcą zgodzić się Węgrzy, wychodząc z założenia, że rozporządzenie można zmienić po cichu w każdej chwili. Budapeszt domaga się też, by ustawa w ogóle nie dotyczyła szkół prywatnych, co z kolei Kijów na razie traktuje jako warunek zaporowy.
Ostatnia tura negocjacji odbyła się przed miesiącem, ale ich efekt został nad Balatonem uznany za niewystarczający. Także dlatego, że towarzyszyły jej zapowiedzi ponownego otwarcia jednostki wojskowej w Berehowem. Oficjalnie – dla zapobieżenia prowokacjom. W ostatnich miesiącach niszczono samochody na węgierskich numerach i spalono węgierski dom kultury w Użhorodzie. Ale był też powód nieoficjalny: pokazanie Węgrom, że Kijów może negocjować, ale nie zamierza poddawać się dyktatowi. Co charakterystyczne, pomysł wywołał więcej entuzjazmu w Kijowie niż na samym Zakarpaciu, gdzie nawet lubiący awanturnicze metody uprawiania polityki gubernator Hennadij Moskal nazwał przywrócenie jednostki wojskowej „czystym populizmem”.
Ostatni raz o blokowaniu integracji Ukrainy Szijjártó mówił więc 16 lipca na szczycie ministrów spraw zagranicznych w Brukseli. Sprawy nie rozwiązały dobre gesty, w których ministrowie edukacji i spraw zagranicznych wspólnie wręczyli dyplomy ukończenia wspomnianej szkoły im. Rakoczego. Ustawa stała się tymczasem kolejnym pretekstem do prowadzenia polityki bliższej Moskwie niż Kijowowi, co pozytywnie wpływa na relacje Viktora Orbána z Władimirem Putinem. Kijów patrzy na ich stosunki podejrzliwie, odkąd w 2014 r. – gdy Ukraina zmagała się już z rosyjską agresją – premier Węgier zażądał utworzenia autonomii na Zakarpaciu. Węgrzy angażują się też w omijające Ukrainę projekty energetyczne, jak gazociąg południowy, a po cichu przyzwalają też na budowę drugiej nitki Nord Stream 2.
Kilka tygodni temu opublikowano memorandum, w którym premier Orbán nazwał Ukrainę państwem upadłym, sięgając do poetyki znanej z rosyjskich przekazów propagandowych. Orbán uznaje obecny rząd na Ukrainie za kontrolowany przez George’a Sorosa, a zatem antywęgierski, bo obecne elity polityczne w Budapeszcie uznają miliardera za wroga. Z drugiej strony Węgrzy pilnują się, by nie przekroczyć czerwonej linii. Prawdziwą próbą ich stanowiska był ostatni szczyt NATO, w którym udział wzięły Gruzja i Ukraina. Budapeszt mógł zablokować konkluzje szczytu, ale jednak tego nie uczynił, choć na użytek węgierskiej opinii publicznej specjalnie się tym gestem nie chwalił.
Diaspora węgierska jest oczkiem w głowie Viktora Orbána, a działem polityki narodowościowej kieruje wicepremier Zsolt Semjén. Jednym z jej elementów było finansowanie szkolnictwa w krajach ościennych. Placówki – wśród nich uniwersytet w Berehowie – są odnawiane ze środków węgierskiego budżetu, państwo zapewnia też pomoce dydaktyczne. Brak możliwości nauczania w języku węgierskim będzie skutkować trudnościami w budowaniu kadr, które miałby potem zasilać węgierski rynek pracy, na którym zaczyna brakować pracowników.
Z drugiej strony kierunkiem przeprowadzek mieszkańców Zakarpacia nie są wyłącznie Węgry. Wielokrotnie tylko przejeżdżają oni przez Budapeszt w poszukiwaniu szczęścia w Austrii, Niemczech bądź na Wyspach Brytyjskich. Od zakarpackich Węgrów można usłyszeć skargi, że nie czują się w starej ojczyźnie pełnoprawnymi obywatelami, słysząc np. szyderstwa z ich akcentu. Jeden z naszych rozmówców nie ukrywał, że węgierski paszport traktuje przede wszystkim jako otwarcie drzwi do emigracji do oferujących lepsze pensje rynków zachodnich.